poniedziałek, 6 grudnia 2021

Chatka bez Puchatka. Połonina Wetlińska

Połonina Wetlińska to jedno z najpopularniejszych miejsc w Bieszczadach. Zarazem jedno z najpiękniejszych, więc po raz kolejny chętnie na nią wróciliśmy - tym razem z dwuletnią córką. To była inna wycieczka niż poprzednie, nie tylko ze względu na średnią wieku w ekipie. Szliśmy obejściem szlaku wytyczonym ze względu na budowę nowej Chatki Puchatka. Na Połoninie Wetlińskiej coś się kończy i coś się zaczyna. 

Najłatwiejszym i najkrótszym szlakiem na Połoninę Wetlińską jest żółty z Przełęczy Wyżniej. Z tego punktu można wybrać się również na Dział i Rawki przyjemną, łatwą trasą przez las, którą już testowaliśmy rok wcześniej. Szlak na Połoninę Wetlińską też był nam dobrze znany, choć obecnie jego przebieg jest zmieniony ze względu na budowę nowego schroniska. 

Pierwsze widoki na Dział  i Połoninę Caryńską

Zaczynamy na parkingu i idziemy lekko pod górę żółtym szlakiem. Podejście jest krótkie, bowiem po ok. kilometrze trafiamy na szlaban oraz informację o zmianie przebiegu drogi. Odbijamy w prawo i idąc przez las, po około 10 minutach docieramy do szlaku czerwonego z Brzegów Górnych. Pamiętam, że gdy pierwszy raz byłam na Połoninie Wetlińskiej i schodziłam  do Brzegów, to pomyślałam, że nie chciałabym tędy podchodzić. No cóż, nie jest tak źle. Jest ostro pod górę, idzie się po niewygodnych stopniach, ale za to szybko się zyskuje wysokość. 

Tak szybko, że aż za szybko - nawet nie zauważyliśmy, kiedy znaleźliśmy się na otwartej przestrzeni połoniny. Pojawiły się widoki i zrobiło się po prostu pięknie! Normalnie tym szlakiem doszlibyśmy do Chatki Puchatka, ale obecnie (końcówka 2021 r.) zrobione jest obejście omijające plac budowy. 

Kultowy schron na połoninie został zbudowany przez wojsko w roku 1952. Mundurowi opuścili go 4 lata później, na krótko przejęli go harcerze, ale surowe warunki sprawiły, że nie zagrzali tu długo miejsca. Później wieloletnim opiekunem Chatki Puchatka był Lutek Pińczuk, bieszczadzka legenda, człowiek, który dwukrotnie odbudował zniszczony schron, transportując materiały budowlane na ponad 1200 m n.p.m. ...na koniu. 

Chatka Puchatka

Chatka, choć kultowa, nie grzeszyła luksusem. Nie było w niej kanalizacji, prądu ani bieżącej wody. Trudno zresztą wymagać nie wiadomo czego od najwyżej położonego schroniska w jeszcze do niedawna dzikich Bieszczadach. Wiosną 2020 r. Chatka Puchatka została zamknięta i trwa jej przebudowa, a w zasadzie budowa, bo wygląda na to, że z dawnego budynku i jego klimatu nie zostanie nic. Otwarcie ma nastąpić wiosną 2022 r. 

Obejście szlaku

Widok na budowę

Po obejściu terenu chatki kierujemy się dalej czerwonym szlakiem w stronę Przełęczy Orłowicza. Droga jest długa, ale przecież nigdzie nam się nie spieszy. Młoda zasnęła u mnie w nosidle, więc mamy sporo luzu. Połonina Wetlińska ma kilka wierzchołków, z których najwyższy jest Roh (1255 m n.p.m.), zaledwie dwa metry niższy jest Osadzki Wierch. Wędrówka przez połoninę mimo paru podejść i zejść to czysta przyjemność ze względu na widoki - zresztą zobaczcie sami. 



Gdzieś w okolicach Osadzkiego Wierchu Młoda się obudziła i kategorycznie zażądała wypuszczenia jej na nogi. Spory kawałek szła sama bez problemu, bo większość szlaku pozbawiona jest trudności (pojawiają się kamienie, miejscami tylko jest trochę wąsko). W pewnym momencie szlak wchodzi w zadrzewiony teren i jest to chyba najmniej ciekawa część wędrówki. Po wyjściu znów na połoninę naszym oczom ukazuje się Smerek. 


Z tego miejsca mamy już niecały kilometr do Przełęczy Orłowicza, która oddziela Połoninę Wetlińską od Smereku. Na Smerek tym razem nie weszliśmy, bo już robiło się późno, lecz szczyt ten jest znam znany - to była pierwsza taka bieszczadzka góra naszej córki :-) Miała wtedy 9 miesięcy i łatwiej się ją wnosiło pod górę, a na pewno szybciej nam to szło... Z przełęczy schodzimy żółtym szlakiem do Wetliny. Jak zawsze jest na nim pełno błota, chyba można się już przyzwyczaić. 

To była bardzo udana wędrówka (jak na wycieczkę z małym dzieckiem). Tym razem mieliśmy lepsze tempo niż parę dni wcześniej na Tarnicy, kiedy to Szanowna postanowiła sama pokonać wszystkie schody. Czekam z ciekawością na otwarcie nowej Chatki Puchatka - mam nadzieję, że będzie to zmiana na lepsze, a nie tylko kolejny krok do komercjalizacji Bieszczad. A póki co Połoniną Wetlińską zamykam na jakiś czas temat tych wspaniałych gór. 

Duuużo więcej do przeczytania na temat Bieszczad znajdziecie TUTAJ

sobota, 4 grudnia 2021

Cerkiew w Jałowem. Nie taki jałowy trud

Kolejną bieszczadzką cerkiew, jaką Wam pokażę, zaadaptowano na kościół rzymskokatolicki. Paradoksalnie to właśnie przejęcie świątyni przez wiernych kościoła katolickiego pomogło w zachowaniu pamięci po bojkach zamieszkujących przed laty wieś Jałowe. Obecnie świątynia prezentuje się wspaniale, lecz nie zawsze tak było. 


Cerkiew św. Mikołaja w Jałowem obecnie funkcjonuje jako kościół rzymskokatolicki, dzięki czemu ocalała od zagłady. Świątynia zbudowana została w 1903 roku na wzgórzu między Jałowem a Hoszowem. Opustoszała po wysiedleniach rdzennej ludności i po 1951 roku pozostawała nieużytkowana. Padła ofiarą dewastacji i kradzieży. Od 1971 roku pełni funkcję kościoła filialnego pw. Najświętszej Marii Panny. 


Jest orientowana, trójdzielna, o konstrukcji zrębowej, prawie w całości pokryta gontem. W świątyni zachowały się fragmenty ikonostasu z 1903 r. i pochodzący z I połowy XIX wieku późnobarokowy obraz przedstawiający Wniebowzięcie Marii Panny. Przy cerkwi znajduje się murowana dzwonnica z początku XX wieku oraz pozostałości cmentarza. Zachowało się 11 nagrobków z piaskowca oraz 3 drewniane krzyże. 



W Jałowem możemy zobaczyć kolejny przykład dobrze wykorzystanej szansy na adaptację świątyni. Wiele bieszczadzkich cerkwi uległo zagładzie po drugiej wojnie światowej. Na szczęście Jałowe nie było jedną z nich. 

Cerkiew w Hoszowczyku. Ale bomba!

Cerkiew w Hoszowczyku wzniesiona w 1926 roku była pierwszą świątynią, jaka powstała we wsi. Nie dane było długo nacieszyć się nią wiernym, którzy po Akcji Wisła musieli opuścić swoje domostwa. Coś jednak po sobie pozostawili, a odkryto to dopiero na początku XXI wieku... 

Cerkiew Narodzenia Matki Bożej zbudowana została w 1926 roku i jest jedną z najmłodszych cerkwi, jakie miałam dotychczas okazję odwiedzić w Bieszczadach. Była to pierwsza świątynia w Hoszowczyku, co musiało być sporym "awansem" dla wsi. Usytuowana na wzgórzu jest tak widoczna, że gdy jedzie się drogą od strony Hoszowa, to można pomyśleć, że to już cerkiew w Równi

Na tablicy ustawionej przed świątynią możemy dowiedzieć się nieco o jej historii: "Po roku 1951, po kilku próbach odprawienia w niej mszy rzymskokatolickich przez przesiedleńców z okolic Krystynopola, cerkiew została zamknięta. Stała nieużytkowana aż do 1970, kiedy to została zamieniona w kościół rzymskokatolicki". Mamy więc tu kolejny przykład udanej adaptacji świątyni, dzięki której przetrwała ona w dobrym stanie do czasów współczesnych. Powyżej świątyni znajduje się cerkiewny cmentarz z kilkoma starymi nagrobkami oraz grobami powojennych osadników. 

Na początku XXI wieku cerkiew przeszła remont, który zapewne w Hoszowczyku zapamiętają na długo. Otóż w 2002 roku, czyli 52 lata po zakończeniu Akcji Wisła, pod okapem prezbiterium odkryto duży zapas amunicji z okresu II wojny światowej. Dobrze, że przez tyle lat funkcjonowania tu kościoła rzymskokatolickiego nic nie wybuchło. Daje mi to jednak do myślenia - ciekawe, ile podobnych niespodzianek kryją inne bieszczadzkie cerkwie. 

Niepozorna cerkiew w Hoszowczyku skrywała przez ponad pół wieku swoją tajemnicę. Jak widać, wiele jeszcze może nas w Bieszczadach zaskoczyć. Do świątyni można podjechać na chwilę, gdyż znajduje się ona między dwiema bardziej znanymi cerkwiami: w Hoszowie i Równi. A nuż stwierdzimy: "ale bomba!".

środa, 1 grudnia 2021

Cerkiew w Równi nie ma sobie równych

Bieszczadzkie cerkwie się mają sobie równych. Często są dziś jedynymi pozostałościami po dawnych bojkowskich wsiach. Tym razem pokażę Wam świątynię znajdującą się w północnej części regionu. Oto cerkiew w Równi

Cerkiew Opieki Matki Bożej w Równi obecnie funkcjonuje jako kościół katolicki, ale do 1951 roku, do czasu wysiedlenia ukraińskich mieszkańców wsi, była świątynią greckokatolicką. Nie jest znana dokładna data jej powstania, określa się ją na pierwszą połowę XVIII wieku. 

Po wysiedleniu Ukraińców cerkiew wykorzystywana była jako magazyn, lecz mimo to jej wnętrze przetrwało w dobrym stanie. W latach 60. XX wieku została wpisana na listę zabytków, a zabytkowy ikonostas z XVI w., cztery ikony XVIII-wieczne oraz siedem chorągwi procesyjnych trafiły do muzeum w Łańcucie. 

W 1969 roku miejscowi wierni, bez zgody administracji państwowej, zaadaptowali dawną cerkiew na cele liturgii rzymskokatolickiej. Oficjalne przekazanie nastąpiło dopiero trzy lata później. Obecnie świątynię można podziwiać przede wszystkim z zewnątrz, chyba że akurat trafi się na nabożeństwo. W innym przypadku można zajrzeć do środka przez okienko. Przy cerkwi zachowały się pojedyncze nagrobki bojkowskie. 

wtorek, 23 listopada 2021

Otryt - górska republika dla wybrańców

Zalesione pasmo Otrytu w niczym nie przypomina widokowych połonin i nie przyciąga też takich tłumów. To z pozoru mało ciekawe miejsce zamyka jednak od północy obszar Bieszczadów Zachodnich, a na jego grzbiecie znajduje się drewniana Chata Socjologa. Żeby do niej dotrzeć pokonać trzeba morze błota, zignorować parę znaków ostrzegawczych, by na końcu... odbić się od drzwi. Czy w takim razie warto iść na Otryt? Moje zdanie pewnie dobrze znacie - zawsze warto iść w góry!

Otryt jest długim, prostym grzbietem o długości ok. 18 km. Porastają go lasy jodłowo-bukowe, przez co jest niemal całkowicie pozbawiony punktów widokowych. Najwyższym wzniesieniem Otrytu jest Trohaniec mierzący 939 m n.p.m. Na grzbiet można dotrzeć od strony Polany przez Hulskie niebieskim szlakiem, od strony Lutowisk zielonym - podobno najładniejszym ze wszystkich - oraz najszybciej z Dwernika ścieżką niebieską. Nasz wypad na Otryt był trochę nieporadny - późną porą w deszczowy dzień - więc wybraliśmy tę ostatnią opcję i postanowiliśmy dojść do Chaty Socjologa i z powrotem.

Już na początku szlaku napotykamy znaki ostrzegające nas przez obecnością niedźwiedzi, można więc poczuć, że wchodzimy do tej nieco dzikszej części Bieszczad. Tego dnia padał deszcz, pogoda była paskudna, a szlak dosłownie płynął błotem. Nieco wyżej zrobiło się ciut lepiej, ale początek był tragiczny. Idzie się w miarę jednostajnie pod górę bez żadnych widoków, co jakiś czas pojawiają się ławeczki i tablice z opisami przyrody. Ludzi jak na lekarstwo - to akurat super.

Tuż pod grzbietem wita (?) nasz tabliczka informująca o tym, że wkraczamy do Otryckiej Republiki Wolnej Myśli i Słowa, wespół z napisami ostrzegającymi o biegających luźno psach. Nieźle, jak nie niedźwiedzie, to inne czworonogi. Na szczęście żadnych nie spotkaliśmy. Im  bliżej chaty, tym robi się mroczniejszy klimat... pomalowane maski powieszone na gałęziach, straszny stwór z czaszką zamiast głowy. Nie jest to bynajmniej serdeczne powitanie, ale może o to chodzi, by nie zapraszać? A może taki to po prostu folklor w tej górskiej republice?

Znalazłszy się na Górnym Otrycie, od razu zauważamy Chatę Socjologa. Została ona zbudowana przez pracowników i studentów Wydziału Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego w 1973 r. Schronisko spłonęło 13 stycznia 2003, lecz szybko zostało odbudowane i ponownie działa od 14 listopada 2003 r. Niestety wstęp do środka możliwy jest tylko dla osób zostających na nocleg, o czym informują liczne tabliczki znajdujące się na zewnątrz. Czym jest to spowodowane - brakiem gościnności gospodarza czy nadgorliwym przestrzeganiem obostrzeń pandemicznych - oceńcie sami, bo zdania są podzielone ;-)


Kawałek za chatą znajduje się pole namiotowe i punkt widokowy, z którego jednak nic nie widać, bo pogoda była, jaka była. Zejść musimy tym samym szlakiem, aby wrócić do auta. Czarno widziałam schodzenie po tym śliskim błocie, mając córkę w nosidle. Na szczęście na szlaku spotkaliśmy dwóch sympatycznych wędrowców, którzy wskazali nam, jak obejść ten newralgiczny punkt i udało nam się całkiem bezpiecznie wrócić i jeszcze na sam koniec załapać się na ładny widok oraz na... retorty :-)

Choć pogoda nie sprzyjała, to cieszę się, że w końcu dotarliśmy na Otryt. Chata Socjologa niestety okazała się niedostępna (i nawet mój dyplom mgr socjologii by tu nic nie zmienił ;-)), ale fajnie było poczuć taki bieszczadzki, dziki klimat tego pasma. Coraz mniej jest takich miejsc w Bieszczadach, więc może z drugiej strony to dobrze, że nie stają się one komercyjne. To była całkiem łatwa i przyjemna wycieczka właśnie na taki "słabszy" dzień. 



niedziela, 21 listopada 2021

Cerkiew w Żernicy Wyżnej - jak nie z tego świata

Choć bieszczadzkie cerkwie nie mają sobie równych, to z czasem można poczuć znużenie oglądaniem kolejnych podobnych do siebie świątyń. Kiedy powoli zaczynałam czuć, że ten temat się dla mnie wyczerpuje, trafiłam do cerkwi greckokatolickiej w Żernicy Wyżnej i się nią totalnie zauroczyłam.


To była miła końcówka wyjazdu w Bieszczady. Już zmierzaliśmy w drogę powrotną, gdy poprosiłam męża, abyśmy jeszcze zajechali w jedno miejsce. Nie spodziewałam się, że w tak "cywilizowanej", tj. północnej części tego rejonu mogę spotkać taką dziką dolinę. A jednak. Żernica Wyżna jest niezamieszkałą osadą wysiedloną w czasie Akcji Wisła w 1947 r. Jeszcze w 1921 roku mieszkało tu 888 osób, obecnie jedynymi śladami cywilizacji są zbudowania dawnego PGR, powstałe w 2013 roku prywatne lądowisko szybowców oraz świątynia, o której zaraz napiszę.

Aby do niej dotrzeć, między Baligrodem a Hoczwią trzeba skręcić z Wielkiej Pętli Bieszczadzkiej w niepozorną drogę, która z każdym kilometrem wygląda coraz bardziej terenowo... ale spokojnie, to jeszcze nie poziom Bukowca albo dojazdu do Krywego ;-) Przejeżdżamy przez Żernicę Niżną - również opuszczoną wioskę, w której jedynym budynkiem jest kaplica rzymskokatolicka pod wezwaniem Matki Boskiej Ostrobramskiej i w końcu docieramy do Żernicy Wyżnej. Zaparkować można przy samej cerkwi.

W Żernicy Wyżnej cerkiew istniała już w 1511 roku i była najprawdopodobniej drewniana. Nową, murowaną, wzniesiono w 1800 roku; w 1936 r. odnowiono ją i dobudowano babiniec. Wieś zamieszkiwali w większości Rusini, wielu z których  popierało działania UPA. W górnym krańcu wsi było miejsce kaźni, w którym mordowano Polaków. Po Akcji Wisła zabudowania wsi spalono lub rozebrano, w po wojnie istniało tu gospodarstwo rolne. Wówczas cerkiew została zdewastowana, a w świątynnych murach ulokowano magazyn nawozów mineralnych. 


Ruina cerkwi została wyremontowana przez obecnego właściciela terenu w latach 2008-2013. Wymieniono dach, elewację, odnowiono ocalone polichromie i wstawiono nowy ikonostas, witraże, podłogi. Przycerkiewny cmentarz uporządkowano. Dziś cerkiew ta napawa spokojem i ma w sobie coś i niezwykłego. Na totalnym  odludziu spotykamy świątynię, drzwi do której są otwarte, jakby zapraszały każdego wędrowca do środka. Przypomina mi trochę Łopienkę. Och, jak ja lubię takie miejsca!

Murowana cerkiew w Żernicy Wyżnej wygląda jak nie z tego świata, a przecież jeszcze nie tak dawno temu była sercem istniejącej tu wsi. Tragiczne koleje losu sprawiły, że dziś to miejsce całkowicie zmieniło swój charakter. I tylko ta jedna ocalała świątynia przypomina o tym i o tych, których już nie ma.