sobota, 26 maja 2018

Wystrzałowa fabryka prochu Forst Scheuno - Brożek

Fabryka materiałów wybuchowych Forst Scheuno poddana została tak doskonałemu maskowaniu, że nawet dziś ciężko wypatrzeć jej budynki w gęstym lesie. Niemcom tak bardzo zależało o utrzymaniu tego miejsca w tajemnicy, że aż trzy piętra kotłowni ukryto pod ziemią, na powierzchni zostawiając tylko jedną kondygnację. Nawet po latach to miejsce owiane jest tajemniczą aurą...

Kotłownia elektrociepłowni - z zewnątrz i od środka

Pamiętacie opisywaną jakiś czas temu fabrykę materiałów wybuchowych DAG Krzystkowice? Dziś zaprezentuję Wam podobny obiekt znajdujący się w lesie koło wsi Brożek nad Nysą Łużycką, tuż przy obecnej granicy polsko-niemieckiej. Należąca do Deutsche Sprengchemie GmbH fabryka zajmowała obszar kilkuset hektarów (spotkałam informacje, że od 300 do aż 700) i tak naprawdę były to dwa bliźniacze zakłady wybudowane między 1938 a 1941 rokiem. Aby zapewnić komunikację między obiektami wybudowano ponad 70 km dróg betonowych i 38 km torów kolejowych, a także kilka stacji, lokomotywownię i obrotnicę kolejową. 


Obrotnica kolejowa, stacja oraz jeszcze raz kotłownia

Istnienie fabryki było utrzymywane w ścisłej tajemnicy - wiele budynków budowano w dół, nawet do 20 metrów pod ziemią, a części wystające ponad grunt wyposażano w grube na 3 metry, betonowe ściany, a następnie obsypywano grubą warstwą gruntu i obsadzano mchem i sosnami. 2400 pracowników zobowiązanych było do zachowania milczenia na temat miejsca pracy, a pracownicy przymusowi zapewne nawet nie wiedzieli, w jakim zakładzie się znajdują. Do dziś maskowanie fabryki robi ogromne wrażenie i wędrując po lesie, nieraz dopiero po chwili zdawaliśmy sobie sprawę, że w gęstwinie kryje się kolejny obiekt. Wiele budynków robiło wrażenie tylko po wejściu do środka, bowiem dopiero po pokonaniu kilku korytarzy okazywało się, że niepozorne miejsce, to tak naprawdę kolos ukryty pod warstwą ziemi.


Obiekty są doskonale maskowane

Produkcja prochu trwała tu niemal do ostatnich dni II wojny światowej. W lutym 1945 roku Niemcy zdołali w pośpiechu zdemontować niewielką część najcenniejszego wyposażenia; 28 lutego fabrykę zajęła Armia Radziecka. Pozostałe instalacje zarekwirowali Rosjanie, a to, co ocalało, stało się własnością Wojska Polskiego. Demontaż trwał do 1960 roku i przez ten czas obszar był strzeżony i niedostępny. Następnie opuszczone budynki wykorzystywane były jako magazyny, piwnice win, palarnie kawy, pieczarkarnie... 

Wydział produkcji kwasów

Obiekty fabryki

Obecnie część terenu zaadaptowana została na pole paintballowe i przyciąga miłośników mocnych wrażeń (zwłaszcza zza zachodniej granicy), ale większa część fabryki pozostaje nieużykowana. Oczywiście wstęp do budynków jest wzbroniony, ale na własne ryzyko i przy zachowaniu szczególnej ostrożności... Obszar Forst Scheuno jest ogromny i nie sposób obejrzeć wszystkiego dokładnie w jeden dzień. Nam pobieżne oględziny zajęły dobrych parę godzin, a i tak było nam łatwiej, bo przemieszczaliśmy się autem. To miejsce jest niesamowite i fascynujące, a liczne tajemnice tylko pobudzają wyobraźnię...

Podczas zwiedzania poruszaliśmy się zgodnie z tą mapą znalezioną w internecie - bardzo przydatna rzecz, dlatego się dzielę :)

Obiekty fabryki

Wieża obserwacyjna w pobliżu remizy oraz kolejna stacja kolejowa

sobota, 19 maja 2018

Pałac w Szalejowie Dolnym - kolejna niewykorzystana szansa

Dolny Śląsk pałacami stoi. Nie ma drugiej takiej krainy geograficznej w Polsce, w której byłoby więcej przepięknych rezydencji, dworków i zamków. Część z nich dostała drugie życie i stanowi atrakcję turystyczną lub pełni funkcje hotelowe. Inne czekają na swoją szansę i choć lata świetności mają za sobą - cieszą oko wspaniałą architekturą i zachwycają historią. Dziś zapraszam do niechcianego i zapomnianego Szalejowa Dolnego.


Do pałacu dotarliśmy późnym popołudniem, zjeżdżając w wąską uliczkę z drogi krajowej numer 8 między Kłodzkiem a Polanicą. Budynek oświetlało ciepłe, miękkie światło, ale piękna pogoda tylko smutno podkreślała, jak zaniedbany jest ten obiekt. Pałac w Szalejowie Dolnym pozostaje w cieniu nieodległej rezydencji w Bożkowie, która także czeka na lepsze czasy. Bożków jest znacznie większy, bardziej znany, bardziej medialny. A tu przecież też mamy perełkę.


Nie wiemy wiele na temat początków tego pałacu. Zbudowany został prawdopodobnie w XVII wieku przez zakon jezuitów. Z tego okresu pochodzi najstarsza, środkowa część budynku. Po kasacji zakonu pałac trafił w ręce hrabiego Friedricha Wilhelma von Redena, a następnie majątek przejęła rodzina Münchhausen. To właśnie im zawdzięczamy przebudowę z lat 1840 – 1844, podczas której stary budynek został przekształcony w okazały, neogotycki pałac, a następnie w 1872 r. utworzono we wnętrzach okazałą salę balową. 

Pałac przed przebudową (z lewej). Archiwalne zdjęcie pochodzi z dolny-slask.org.pl

Pałac pozostał w posiadaniu Münchhausenów do 1945 roku. W czasie drugiej wojny światowej w budynku stacjonowało dowództwo nieodległego lotniska Luftwaffe. Po wojnie przez pałac "przeszła" Armia Czerwona, a potem wnętrza zaaranżowano na biura i mieszkania pracowników PGR. W latach 70. w pałacu przeprowadzono (dewastujący wnętrza) remont i utworzono ośrodek szkoleniowo - wypoczynkowy, a później także ośrodek kolonijny. Pałac wielokrotnie przechodził z rąk do rąk, aż w końcu (po 1989 r.) stał się własnością Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa, która odsprzedała go osobie prywatnej. 


Nowa właścicielka nie podjęła się ratowania zabytku i skazała go na powolne niszczenie. Pociągnęliśmy nieco za język lokalnych mieszkańców, którzy przekazali nam, że niedoszła inwestorka nie jest już właścicielem pałacu i obecnie zarządza nim Gmina Kłodzko, która wystawiła go na sprzedaż. Czy to prawda - tego na sto procent nie wiem. (Edycja: obecnym właścicielem pałącu Jest Skarb Państwa, który przejął nieruchomość po wykreśleniu z KRS spółki poprzedniego właściciela). Pałac jest piękny, bajkowy i zasługuje na lepszy los. Przykro patrzeć na jego postępujące niszczenie, a pomyśleć, że to tylko jeden z dziesiątek, jak nie setek takich obiektów...

niedziela, 13 maja 2018

Czas wziął górę - ruiny wieży na Włodzickiej Górze

Na Dolnym Śląsku spotkać można wyjątkowo dużą ilość wież widokowych. Większość z nich to obiekty historyczne, ale zdarzają się także nowe inwestycje - takie jak wieża na Borowej. Dziś pokażę Wam wieżę, która miała mniej szczęścia i pozostaje w stanie trwałej ruiny. Ta malownicza konstrukcja na szczycie Włodzickiej Góry spokojnie mogłaby posłużyć jako scenografia do horroru.


Włodzicka Góra jest najwyższym szczytem (757 m n.p.m.) Wzgórz Włodzickich, niewysokiego pasma leżącego na południowy-zachód od Gór Sowich. W latach 1925-1927 na samej górze zbudowano wieżę widokową z tarasem nakrytym namiotowym daszkiem. W obiekcie działał także bufet - schron turystyczny. Po 1945 roku wieża straciła na popularności i zaczęła popadać w ruinę. W 2015 roku pojawił się pomysł jej odbudowy przy wykorzystaniu środków unijnych, ale ostatecznie z inicjatywy nic nie wyszło*.


Na Włodzicką Górę można wybrać się zarówno dłuższym niebieskim szlakiem z Ludwikowic Kłodzkich, jak i krótszym - zielonym - ze Świerków. Byliśmy w okolicy tylko przejazdem, więc zdecydowaliśmy się na tę drugą opcję. Samochód można zaparkować przy stacji kolejowej lub w okolicy rozdroża pod Świerkami Dolnymi. Początkowe podejście prowadzi przez malowniczą łąkę, z górnych partii której rozciąga się piękny widok na dolinę i góry. 


Po paru minutach marszu wchodzimy w las, w którym natrafiamy na okazałą żelbetową budowlę - dawniej obiekt wykorzystywany był do załadunku i transportu kamienia z pobliskiego kamieniołomu. Mniej więcej w tej okolicy istniało kiedyś Schronisko Spitzbergbaude, które niestety nie przetrwało do czasów współczesnych. Kilka kroków dalej znajduje się rozdroże pod Włodzicką Górą, do którego dojść można także czerwonym szlakiem ze Świerków Górnych. Stąd mamy już tylko pięć minut na szczyt.


Wyłaniająca się zza drzew wieża w połączeniu z deszczem, który złapał nas na podejściu, wygląda równie fascynująco, co upiornie. Przypomina mi trochę sztuczne ruiny ("mysie wieże"), które często budowano jako ozdobę romantycznych parków. Różnica polega na tym, że ta wieża kiedyś tętniła życiem, a jej upadek przyszedł z czasem i dziś jest już tylko zapomnianym miejscem w cieniu Gór Sowich. Wejście do wieży nie jest zabezpieczone i można wspiąć się parę metrów w górę krętymi schodami. Biorąc pod uwagę, w jak złym stanie jest konstrukcja, trzeba zachować szczególną uwagę i nie ryzykować, jeśli nie jesteśmy pewni kolejnego kroku.


Wieża widokowa w tym miejscu mogłaby być nie lada atrakcją ze względu na łatwy dostęp (tylko 20 minut podejścia szybkim krokiem ze Świerków) i doskonały punkt widokowy w kierunku Gór Sowich. Niestety póki co pisany jest jej los trwałej ruiny, która jednak znajdzie wielu pasjonatów opuszczonych budynków i górskich wędrówek. Warto tu podejść, jeśli będziecie w okolicy.



* - Dopisek z 10.10.2018 r. - W październiku 2018 roku na szczycie otwarto nową wieżę widokową wzorowaną na historycznym projekcie.

poniedziałek, 7 maja 2018

Podróż do wnętrza Ziemi - tunele pod Sajdakiem i Małym Wołowcem

Czy chodząc po górach, zastanawiacie się czasem, co kryje się głęboko pod ziemią? Nie będzie to historia o Złotym Pociągu, choć udamy się w okolice Wałbrzycha. Pokażę Wam dwa nieczynne tunele kolejowe w Górach Wałbrzyskich, podczas wędrówki krórymi włos się może na głowie zjeżyć. 

Miniona majówka była dla mnie bardzo owocnym czasem, który spędziłam niemal w całości w podróży. Tej wycieczki nie miałam jednak w planie, choć o tunelach czytałam już dawno temu. Niepewna pogoda skłoniła mnie do poszukania czegoś zadaszonego, żeby nie powiedzieć dosłownie - pod ziemią. Jakiś czas temu opisywałam na blogu podróż malowniczą linią kolejową nr 286 łączącą Kłodzko i Wałbrzych. Na jej trasie wykuto trzy tunele, które miały ułatwić komunikację kolejową w trudnym, górzystym terenie. Dwa z nich - te nieczynne - zdawały się być dobrym kierunkiem na wypadek deszczu. 


Jako pierwszy odwiedziliśmy krótszy z tuneli - pod górą Sajdak. Podobnie jak w przypadku tunelu pod Małym Wołowcem, który opiszę za chwilę, są to tak naprawdę dwa równoległe tunele wykute jeden obok drugiego.  Starszy z nich powstał w latach 1876-79, drugi oddano do użytku nieco później - w 1911 roku. Podczas budowy drążono skałę z obu stron "na zbicie" - tak, aby spotkać się w połowie. Tunele nie są bardzo długie - mierzą po ok. 380 metrów, tak więc stojąc u wlotu widać wyraźnie drugi koniec. Linia kolejowa cały czas jest użytkowana, jednak ruch pociągów odbywa się wyłącznie starszym z tuneli.



We wnętrzu panuje klimat jak w podziemiach - jest znacznie zimniej niż na powierzchni, panuje mrok i da się odczuć wysoką wilgotność powietrza. Tory w nieczynnym tunelu zostały rozebrane i pozostały same podkłady kolejowe, po których się idzie. Co jakiś czas po obu stronach spotkać można wnęki ucieczkowe, a mniej więcej w połowie tunelu znajduje się łącznik z drugim korytarzem, który miał wspomagać wietrzenie oraz również dawać możliwość schronienia. Tunel jest ciekawy - mnie szczególnie zainteresowały stare, niemieckie tabliczki - ale była to zaledwie przystawka przed głównym daniem, jakie zaserwował nam tunel pod Małym Wołowcem. 



Tunele pod Małym Wołowcem powstawały w tym samym czasie, kiedy prowadzono prace pod Sajdakiem. Pierwszy tunel (mierzący 1560 m) wydrążono w latach 1876-1879, drugi - długi na 1601 m - wykonano w latach 1909-1911. Ciekawostką jest, że w okresie II wojny światowej tunele wykorzystywano jako schron dla specjalnych pociągów. Ma to swoje logiczne uzasadnienie - przestrzeń ukryta pod ziemią jest przecież ogromna! Do dziś jest to najdłuższy pozamiejski tunel kolejowy w Polsce wykonany metodą drążenia. Obecnie używana jest tylko jego nowsza - lewa część (patrząc od strony Wałbrzycha).


Stanęłam u wlotu tunelu i oniemiałam. Sajdak w tym momencie jawił się jak plac zabaw, w którym można sobie pobiegać i się dobrze bawić. Gdy patrzyłam na ten maleńki jasny punkcik na drugim końcu, dotarło do mnie, że trasa do przejścia pod ziemią mierzy ponad 1,5 kilometra. Niby nie jest to dużo, ale gdy masz wejść w ciemność, to nagle zmienia się punkt widzenia. Po pierwszych paru krokach oświetlanych tylko światłem czołówek myślałam, że nie dam rady i zawrócę. Choć tunel jest wysoki na 6 metrów, to w tej ciemności było coś klaustrofobicznego. Po chwili udało mi się jednak przełamać początkowy lęk i ruszyłam do przodu.



Przejście całego tunelu żwawym krokiem zajęło nam 20 minut. Pokonanie tej odległości z przystankami na zdjęcia - znacznie dłużej. Droga zdawała się nie mieć końca, a jasny punkcik wcale nie stawał się większy. O tym, że posuwamy się do przodu, poświadczały mijane wnęki ucieczkowe, oraz trzy kolejne przecinki łączące oba tunele. Gdzieś w okolicach połowy można było usłyszeć pluskanie wody - źródełko - tak nazwałam to miejsce. W istocie jest to zapewne część systemu odprowadzania wody. Nieopodal warto także było spojrzeć w górę na komin - szyb wentylacyjny służący do odprowadzania spalin. Trzeba zaznaczyć, że linia ta nigdy nie była zelektryfikowana i jeszcze do drugiej połowy lat 90. XX wieku poruszały się tędy parowozy.


O tym, jak ważna jest sprawna wentylacja tuneli przekonano się 11 listopada 1947 roku. Pociąg jadący w kierunku Wałbrzycha doznał awarii i stanął w tunelu. W wyniku spalania się węgla w lokomotywie parowej przy niedostatecznej ilości tlenu, w tunelu zaczął się zbierać tlenek węgla. W efekcie tego nieszczęśliwego zdarzenia życie straciło czterech kolejarzy, którzy zatruli się tlenkiem węgla. Warto o tym pamiętać także jeśli ma się w domu junkers i szczelne, plastikowe okna. Niestety brak dopływu powietrza może być w takich sytuacjach zabójczy.



Bywałam w wielu opuszczonych miejscach, ale nieczynnych tuneli kolejowych jeszcze u mnie nie grali. Była to świetna przygoda również w kontekście mojego zamiłowania do podróży pociągami i fascynacji starymi parowozami. Podobny tunel kolejowy znajduje się także pod Przełęczą Kowarską i na pewno się nim zainteresuję, jak będę w pobliżu. Pamiętajcie jednak, że wejście nawet do nieczynnych tuneli kolejowych jest nielegalne i każdy robi to na własną odpowiedzialność. Pod ziemią jest zupełnie ciemno, trzeba się ciepło ubrać i zadbać o odpowiednie obuwie, bo teren jest nierówny i nietrudno o skręcenie kostki. Jak to się mówi: "nie róbcie tego w domu" :-)