sobota, 31 grudnia 2016

Dzień litery O: Orle Gniazda, Osztyn i Ostrężnik

Na dobry koniec roku odwiedziłam niezwykle lubiane przeze mnie rejony - Jurę Krakowsko-Częstochowską. Tym razem zdecydowanie bardziej częstochowską, bowiem skierowałam się do jednego z najpiękniejszych zamków na Szlaku Orlich Gniazd - do Olsztyna.

Wszystkie "Orle Gniazda" łączy charakterystyczne położenie na wysokich skałach sięgających nawet do 30 metrów. Nie inaczej jest w Olsztynie - ruiny zamku z charakterystyczną wieżą górują nad niewielkim miasteczkiem. Okolica jest niezwykle malownicza, dlatego warto spędzić tu dłuższą chwilę. Ze skał rozciąga się przepiękny widok zarówno na nieodległe Góry Sokole, jak i Częstochowę. 



Po obejściu zamku skierowałam się na tzw. "Mały Giewont", czyli górę Biakło, która dzięki charakterystycznemu krzyżowi niemal do złudzenia przypomina tatrzańskiego "śpiącego rycerza". Jest to niewysoka góra (zaledwie 340 m n.p.m.), ale jej skalista budowa sprawia, że przyciąga zarówno piechurów, jak i wspinaczy. Tuż obok znajduje się jeszcze jedno, 11 metrów wyższe, wzniesienie o nazwie Lipówki.



Trzecim miejscem, w jakie dotarłam tego dnia, był zamek Ostrężnik. Jest to prawdopodobnie najmniej poznana z jurajskich warowni, gdyż nie zachowały się niemal żadne źródła historyczne na jej temat. Wiadomo jedynie, że w wiekach XVIII i XIX część zrujnowanego obiektu po prostu rozebrano. Choć z zamku nie zostało zbyt wiele, warto odnaleźć w lesie imponującą skałę, na której go zbudowano i wyobrazić sobie, jak niezwykła musiała być to budowla.



Była to szybka, spontaniczna i bardzo udana wycieczka, podczas której odwiedziłam ostatnie z "Orlich Gniazd". Oznaczać to może tylko tyle, że wkrótce stworzę przegląd wszystkich zamków. Mam nadzieję, że taki przewodnik będzie przydatną rzeczą podczas planowania wiosennych wycieczek na zamki :-)

wtorek, 20 grudnia 2016

Witajcie w naszej bajce. Góry Kamienne

Na południe od Wałbrzycha, na granicy polsko-czeskiej, rozciągają się Góry Kamienne. Wystarczyłoby dodać "dawno, dawno temu" i mamy gotowy wstęp do pięknej baśni. Skojarzenie nie jest przypadkowe - to niewielkie pasmo Sudetów Środkowych w zimowy poranek wygląda jak sceneria z bajki.



Godzina 4:45 w nocy z piątku na sobotę zdecydowanie bardziej pasuje do kładzenia się spać niż wstawania. Jeśli jednak chce się w krótki zimowy dzień pojechać w góry, to trzeba się zmusić do pobudki o tak nieludzkiej godzinie. Poranna toaleta, mocna kawa, śniadanie, tramwaj, pociąg i o 7:20 podziwiam piękny wschód słońca w Wałbrzychu*. Szybka przesiadka i jeszcze przed 8:00 można wyruszać czerwonym szlakiem z Jedliny-Zdroju. To się nazywa konstruktywny poranek.


Szlak zaczyna się od ostrego (jak na tak niskie góry) podejścia, na którym dostajemy przedsmak późniejszych widoków. Ciepłe światło wschodzącego słońca maluje sielankowy obraz. Można się rozmarzyć, ale trzeba też iść dalej. Już na tym etapie zauważyłam, że charakterystyczną cechą Gór Kamiennych są mocne podejścia na góry o stożkowatym kształcie. Potrafi to nieco dać w kość, zwłaszcza jak się przeszło na zimowy tryb kondycji.


Kawałek za Przełęczą pod Wawrzyniakiem gubimy szlak. Pierwszy, ale nie ostatni raz tego dnia. Trasa nie była ani dobrze oznakowana, ani też nie było wyraźnych śladów po innych turystach. W równie tajemniczych okolicznościach, jak ten szlak zgubiliśmy, w końcu go znaleźliśmy, podchodząc na przełaj w kierunku Jeleńca Małego. Parę kroków w górę i zaczęło przybywać śniegu, a w okolicy Rogowca pojawiły się malownicze skały (tzw. Skalna Brama) i TE widoki na Góry Sowie.


Na szczycie Rogowca znajdują się ruiny zamku z końca XIII wieku. Dawniej stanowił on jedno z umocnień przy granicy czeskiej. W 1497 roku został zdobyty przez wojska Macieja Korwina i tak splądrowany, że nigdy już nie podniósł się z ruin. Rogowiec, wznosząc się na wysokości 870 m n.p.m., jest najwyżej położonym zamkiem w Polsce.


Idąc dalej, tym razem niebieskim szlakiem, przechodzimy przez Jeleniec - jedną z wyższych gór w okolicy (902 m n.p.m.). Niezwykle przyjemnym i klimatycznym miejscem w Górach Kamiennych jest Schronisko PTTK "Andrzejówka" zbudowane u stóp najwyższego szczytu w paśmie - Waligóry (936 m n.p.m.). Nazwa chaty pochodzi Andreasa Bocka - prezesa towarzystwa turystycznego z Wałbrzycha, które w 1933 r. postawiło tutaj "Andreasbaude". Podczas wojny w schronisku odpoczywało Hitlerjugend, a następnie siedzibę miała tu obrona przeciwlotnicza Wehrmachtu. Od 1978 roku w okolicy "Andrzejówki" odbywa się drugi największy bieg narciarski w Polsce - Bieg Gwarków. Co ciekawe, do schroniska można dojechać komunikacją miejską z Wałbrzycha.


Wracając na szlak - kolejnym celem był szczyt Waligóry (ta nazwa kojarzy mi się z jakimś drabem ze świata Wiedźmina). Podejście bezpośrednio ze schroniska prowadzi ostro pod górę, więc w ruch poszedł ostry sprzęt - gumowe raczki z Biedronki! Obeszło się bez poręczówki, ale czekan byłby wskazany! A tak zupełnie na serio, to bez raczków nie dalibyśmy rady; podejście jest naprawdę strome, ale przynajmniej poczułam w końcu smak zimy - zaliczyłam pierwszą w tym roku zimową glebę na cztery litery podczas zejścia.



Gdzie i jak rozdzielają się szlaki czerwony, żółty i zielony, to ja nie wiem. Był taki moment, że szliśmy po kawałku każdym z nich, aby potem zawrócić i szukać kolejnego - właściwego. Na szlaku żółtym znajduje się kolejne niezwykle ciekawe miejsce - ruiny zamku Radosno z podobnego okresu, co Rogowiec. Istnieje zresztą teoria, że twierdzę zbudowali Czesi, aby stanowił przeciwwagę dla Rogowca. Na tym podobieństwa się nie kończą, bowiem kres jego historii również stanowi grabież dokonana przez wojska Macieja Korwina. Dziś z zamku została tylko wieża i ledwo widoczne przyziemia. Częściowo zburzona budowla pięknie komponuje się z górskim krajobrazem i wygląda jak siedziba złej wiedźmy albo innego smoka...


Dalszy plan zakładał przejście czerwonym szlakiem przez Bukowiec, ale jako że nie udało nam się odnaleźć drogi, poszliśmy zielonym do Sokołowska. Ta niewielka miejscowość o wyjątkowym mikroklimacie nazywana jest śląskim Davos, choć to raczej Davos powinno się nazywać szwajcarskim Sokołowskiem. W 1885 roku zostało bowiem tutaj uruchomione pierwsze na świecie specjalistyczne sanatorium dla gruźlików. Obecnie nieco zapomniane Sokołowsko walczy o odzyskanie statusu uzdrowiska.


Ostatnim przystankiem tego dnia był Unisław Śląski, w którym bardzo chciałam zobaczyć opuszczony kościół ewangelicki z cmentarzem, o którym pisałam TUTAJ. Zbliżał się zmrok, temperatura spadła mocno poniżej zera... przyszedł zatem czas, aby zakończyć wycieczkę. O Górach Kamiennych mogę powiedzieć, że ja tu jeszcze wrócę!

Tradycyjnie link do trasy (nie uwzględnia licznych pozaszlakowych meandrów).

----

* - Gwoli wyjaśnienia: choć Wałbrzych jest takim Sosnowcem Dolnego Śląska, to mnie się to miasto  naprawdę podoba. Ma w sobie coś, co przypomina mi o rodzinnych stronach - te kopalniane szyby, sztolnie, odrapane "familoki" i ogólnie taki postapokaliptyczny klimat urbexu.

niedziela, 18 grudnia 2016

Cmentarz, który umarł. Unisław Śląski

We wsi Langwaltersdorf znajdował się okazały barokowy kościół ewangelicki z rokokowym ołtarzem oraz wyrastającą ponad miasteczkiem wieżą z zegarem. W Unisławiu Śląskim pozostały po nim już tylko żałosne ruiny i zdewastowany cmentarz.


Jadąc przez największą wieś w Górach Kamiennych, nie sposób nie zauważyć tego budynku. Okazały (jak na tak niewielką miejscowość) kościół powstał w 1742 roku. W XIX wieku został przebudowany i postawiono istniejącą do dziś wieżę. Po 1945 roku Langwaltersdorf stał się Unisławiem Śląskim, w niemieckich domach zamieszkali katoliccy Polacy i kościół ewangelicki zaczął popadać w ruinę. W 1972 budynek strawił pożar, a około 2007-2008 roku zawalił się dach. Warto dodać, że od 1980 roku kościół jest wpisany do wojewódzkiego wykazu zabytków.


Na wzgórzu obok kościoła znajduje się cmentarz równie zdewastowany, co sama kaplica. Można na nim zobaczyć pozostałości po nagrobkach głównie z pierwszej połowy XX wieku. Groby są zniszczone, prawdopodobnie rozszabrowane, ziemia się zapada. Kilkadziesiąt lat po wojnie pochowano tu kilka ostatnich osób, pamiątką po których są wyróżniające się metalowe krzyże. Można podejrzewać, że byli to nieliczni nieprzesiedleni Niemcy, którzy założyli tu rodziny z Polakami (nazwiska są zarówno polskie, jak i niemieckie).



Dawno nie byłam w tak przygnębiającym miejscu jak ten zdewastowany cmentarz. Trudno mi oceniać, może nie ma pieniędzy, siły czy zasobów, aby ratować takie miejsca. Mimo wszystko rażą mnie lata zaniedbań i odżegnywania się od historii. Dolny Śląsk był niemiecki i dziś powinniśmy być dumni z wielokulturowej historii tych ziem, bo to świadczy o ich wyjątkowości.

czwartek, 15 grudnia 2016

Podziemny Wrocław. Schron pod Placem Solnym

Wokół podziemi Wrocławia narosło sporo legend. Choć od zakończenia wojny minęło już ponad 70 lat, wciąż istnieją ludzie, którzy wierzą w poniemieckie skarby ukryte pod dworcem, korytarze łączące najważniejsze obiekty w mieście, a nawet... podziemną stację metra. Większość tych rewelacji to oczywiście wymysły, ale we Wrocławiu rzeczywiście powstało kilka schronów. Jeden z nich znajduje się pod Placem Solnym.



Przeciwlotniczy schron na ponad 300 osób zbudowany został w latach 1942-43. Postawiono go na monolitycznej płycie o grubości jednego metra, grubość ścian zewnętrznych sięga 2,4 m, a łączna powierzchnia budowli wynosi ponad 870 metrów kwadratowych!

Schron był wykorzystywany podczas alianckich nalotów na miasto, a następnie służył podczas oblężenia Festung Breslau. Po wojnie planowano przebudować obiekt na nowoczesny schron atomowy, ale pomysł ten nigdy nie został zrealizowany. Obecnie od kilkudziesięciu lat pozostaje niezagospodarowany, ale na początku grudnia miasto ogłosiło przetarg na dzierżawę schronu. Wiele wskazuje na to, że obiekt wkrótce otrzyma drugie życie. Przyjrzyjmy się temu miejscu z bliska. 


Wejście do schronu znajduje się koło miejskiego szaletu i zabezpieczone jest kratą. Kilka kroków po schodach w dół i trafiamy na zardzewiałe metalowe drzwi, po pokonaniu których witają nas zachowane oryginalne napisy w języku niemieckim. Schron to tak naprawdę trzy długie korytarze z pomieszczeniami po obu stronach: znajdziemy tu między innymi dawną kuchnię, łaźnię i ambulatorium. Wchodząc do środka, trzeba wyposażyć się w latarkę, gdyż nie ma tam oświetlenia. Obiekt został po wojnie rozszabrowany, więc nie zachowało się wiele z oryginalnego wyposażenia, ale jego stan techniczny jest dobry.


Mam ogromną nadzieję, że to miejsce wzbudzające duże emocje już wkrótce zostanie w ciekawy sposób zaadaptowane i stanie się nietuzinkową atrakcją Wrocławia. Z całą pewnością na to zasługuje, gdyż jest częścią niezwykłej historii miasta.