wtorek, 28 listopada 2017

Znajome rejony - Góry Sowie i Kalenica

Jesienno-zimowe krótkie dni nie sprzyjają wielogodzinnym wędrówkom po górach. Na niedzielę wybrałam więc krótką trasę ze schroniskiem po drodze, w którym można się ogrzać i posilić. Zapraszam na trzeci pod względem wysokości szczyt Gór Sowich - Kalenicę. Będzie też o wiaduktach kolejowych i pozostałościach po kopalni Wenceslaus.



Poprzedni mój wpis dotyczył linii kolejowej numer 296 łączącej Kłodzko i Wałbrzych. Ponownie wybraliśmy się na tę trasę, tym razem już nie krajoznawczo, tylko dojazdowo. Jestem pod wrażeniem tego, jak dobrze skomunikowane są pociągi z Wrocławia z przesiadką w Wałbrzychu - rano zmiana pociągu zajęła nam 15, a po południu jedyne 6 minut! Przesiadka odbywa się szybko, a tabor jest nowy i komfortowy. Naprawdę lubię podróżować Kolejami Dolnośląskimi.

Zdrojowisko

Górską wędrówkę zaczęliśmy o 8:30 na malutkim przystanku kolejowym Zdrojowisko między Ludwikowicami Kłodzkimi a Nową Rudą. Początkowo żółty szlak biegnie wzdłuż torów i prowadzi nas do imponującego wiaduktu kolejowego, przy którym schodzimy na dół na drogę do Jugowa. Więcej o wiaduktach, tunelach i samej linii 296 pisałam TUTAJ.

Wiadukt w Nowej Rudzie

Pierwsze dwa kilometry szlaku biegną przez wieś - idziemy cały czas asfaltem przez Jugów i dopiero za osadą Pniaki wchodzimy w las. Dolnośląskie wsie mają niesamowitą, jak ja to mówię - poniemiecką atmosferę. W Górach Sowich widać to szczególnie mocno, zwłaszcza gdy przyjrzymy się charakterystycznej, niespotykanej na rdzennie polskich ziemiach, architekturze z XIX i początku XX wieku. Gdzieniegdzie spod warstw farby i tynku prześwitują stare napisy przypominające o dawnych mieszkańcach tych ziem.


W lesie od razu wpadamy w błoto. Cóż, taka pora roku - trzeba zaopatrzyć się w stuptuty i przygotować się na grząski teren. Szlak prowadził nas drogą pożarową i okazało się to być dla nas nieco zgubne, bo przegapiliśmy odbicie w lewą stronę. W efekcie zamiast podejść łatwym trawersem, wybraliśmy ścieżkę wiodącą ostro pod górę. Trochę pobłądziliśmy, ale udało nam się dotrzeć na Bielawską Polanę, będącą krzyżówką kilku szlaków. Jest to dobre miejsce na odpoczynek, zwłaszcza że można usiąść w niewielkim szałasie z ławkami i stoliczkiem.

Bielawska Polana i okolice

Z Bielawskiej Polany ruszamy żółto-czerwonym szlakiem w stronę Kalenicy. Zaraz za pierwszym podejściem w lewą stronę biegnie ścieżka na szczyt góry Żmij (887 m n.p.m.). Dziś trudno w to uwierzyć, ale miejsce to kiedyś tętniło życiem. Od 1919 roku miejscowa ludność urządzała tutaj festyny, a w 1938 r. zorganizowano tu nawet bal kostiumowy. Niegdyś popularny punkt widokowy obrósł w wiele legend, takich jak ta o baronie, który rzekomo zaprzęgał zamiast koni oswojone jelenie.

Żmij (zdjęcie archiwalne z dolny-slask.org.pl)

Szczyt Kalenicy (964 m n.p.m.) jest całkowicie zalesiony, ale dzięki wieży widokowej możemy podziwiać stąd panoramę Bielawy, Jugowa i oczywiście Gór Sowich. Stalowa wieża została wykonana w Bielawie w 1932 roku, a na szczycie zamontowano ją rok później. Konstrukcję nazwano wówczas na cześć marszałka Hindenburga – Hindenburgturm.

Kalenica

Z Kalenicy skierujemy się dalej żółto-czerwonym, a następnie tylko czerwonym szlakiem do schroniska Zygmuntówka pod Przełęczą Jugowską, po drodze mijając gnejsowe Słoneczne Skałki i Dzikie Skały. To była moja druga wizyta w tym schronisku - poprzednim razem zawędrowałam tutaj przy okazji zdobywania Wielkiej Sowy.

W drodze do Zygmuntówki

Po przerwie na obiad kierujemy się na zielony szlak, który doprowadzi nas do stacji kolejowej w Ludwikowicach Kłodzkich. Dość szybko wchodzimy na asfaltową drogę bienącą przez Jugów (oczywiście inną część niż rano), następnie szlak na chwilę zbacza w las i wychodzi ponownie na drogę koło Muzeum Molke - czyli same znajome tereny.

Zygmuntówka i szlak w okolicy Jugowa

Poprzednim razem przez Ludwikowice przejeżdżaliśmy autem, więc nie było czasu na rozejrzenie się po okolicy. Ulica Fabryczna to w dużej części dawna osada Molke (Miłków) silnie związana z przemysłem wydobywczym. Mijamy po drodze zrujnowany budynek elektrowni, dawną łaźnię górniczą oraz tablicę upamiętniającą śmierć 151 górników w kopalni Wenceslaus (Wacław) w 1930 roku. Wycieczkę kończymy parę minut po 15:00 na stacji w Ludwikowicach. Świetnie widać z niej długi na 165 metrów wiadukt kolejowy, a dodatkową ciekawostką jest przejście podziemne zdające się w ogóle nie pasować do tak maleńkiej stacji. 


Elektrownia

Stary budynek łaźni oraz pomnik

Wiadukt oraz stacja w Ludwikowicach Kłodzkich

Góry Sowie - zawsze! Warto sprawdzić połączenie kolejowe z przesiadką w Wałbrzychu lub Kłodzku i wyruszyć na Wielką Sowę lub Kalenicę. Na szlaku nie spotkacie wielu ludzi, więc warto wykorzystać weekend albo dwa na poznanie przynajmniej tych najbardziej znanych szczytów.

sobota, 18 listopada 2017

Pociąg do gór - linia kolejowa Kłodzko - Wałbrzych (nr 286)

Linia kolejowa nr 286 z Kłodzka do Wałbrzycha uznawana jest na najbardziej malowniczą trasę w Polsce. Na dystansie zaledwie 52 kilometrów powstały liczne tunele i wiadukty, które miały umożliwić transport kolejowy w trudnym terenie Gór Sowich. Inwestycja była ambitna - zboczami gór miały jeździć pociągi łączące Berlin i Wiedeń. 

Linia została wybudowana w latach 1876-1880 i miała posłużyć skróceniu drogi kolejowej łączącej dwie ważne stolice o 120 kilometrów względem dotychczasowej trasy przez Drezno i Pragę. Najkrótszy dystans oznaczał jednak budowę torów w górzystym terenie u podnóża Wielkiej Sowy i Kalenicy. Pamiętajmy, że pierwszy linie kolejowe (od połowy lat 30. XIX wieku) na terenie Związku Niemieckiego powstawały jako przedsięwzięcia prywatne, bez uwzględnienia całościowego planu komunikacji kolejowej. Z czasem w finansowanie kolei włączało się również państwo, szczególnie tam, gdzie prywatni inwestorzy rezygnowali z budowy np. z powodu trudnych warunków topograficznych. Tak było w przypadku linii 286.

Wiadukt w Ludwikowicach Kłodzkich i nieczynny dworzec kolejowy tamże

Najtrudniejszy do realizacji był odcinek Wałbrzych - Nowa Ruda. Między Wałbrzychem a Ludwikowicami Kłodzkimi wykuto 3 tunele, a między Głuszycą a Nową Rudą wybudowano 8 wielkich stalowych mostów i wiaduktów. Wiadukt w Nowej Rudzie-Zatorzu mierzy około 32 metry wysokości i należy do najwyższych na Śląsku. Tunel pod Małym Wołowcem (między Wałbrzychem a Jedliną-Zdrojem) jest najdłuższym pozamiejskim tunelem kolejowym w Polsce wykonanym metodą drążenia. Są to właściwie dwa równoległe tunele - oddany w 1880 roku mierzy 1560 m (pod koniec lat 90. XX w. został wyłączony z eksploatacji), a ten z 1912 roku (nadal czynny) - 1601 m.

Wiadukt w Nowej Rudzie-Zatorzu (widok współczesny) i tunele pod Małym Wołowcem (1937). Oba zdjęcia pochodzą z dolny-slask.org.pl

Trasa nie została nigdy zelektryfikowana i dziś kursują tędy szynobusy Kolei Dolnośląskich. W tygodniu jest to pięć par pociągów, a w weekendy - cztery. Wykorzystywane są pojazdy Pesy: SA134, SA135 oraz SA139. W sezonie turystycznym można trafić również na przejazd specjalny zabytkowym parowozem. Oprócz ruchu pasażerskiego linia wykorzystywana jest również przez pociągi towarowe. 

Szynobus na stacji Kłodzko Główne i dworzec Wałbrzych Główny

W pierwszy weekend listopada wybraliśmy się na wycieczkę kolejową z Kłodzka do Wałbrzycha, aby na własne oczy przekonać się o malowniczości trasy. Rzeczywiście dało się odczuć, jak od Nowej Rudy pniemy się w górę (między stacją początkową a końcową jest aż 220 metrów różnicy wysokości). W Nowej Rudzie pociąg przejeżdża tuż obok pozostałości po KWK "Nowa Ruda" i duże wrażenie robi widok na budynek niedokończonej Centralnej Rozdzielni Prądu. 


Mnie szczególnie spodobały się mijane stacje kolejowe - w większości opuszczone, zaniedbane, ale wciąż zachowujące urok niemieckiej architektury typowej dla tego obszaru. Napis na dawnym dworcu kolejowym Głuszyca Górna przypomina o burzliwej historii tych ziem. Wprawne oko dostrzeże tutaj aż trzy nazwy: Ober Wüstegiersdorf (1878-1945), Bystrzyck Górny (1945-1948) i Głuszyca Górna (od 1948).

Głuszyca Górna i Jedlina Zdrój

Najlepsze jednak były wiadukty - niemal 150-letnie konstrukcje, które do dziś wzbudzają podziw.  W Nowej Rudzie początkowo włączył mi się lęk wysokości, ale jednak ciekawość nie pozwoliła odsunąć się od okna. Widoki, jakie towarzyszyły nam podczas wycieczki niewątpliwie zostaną na długo w pamięci. Linia nr 286 zachwyca krajobrazami i powoduje, że nabiera się ogromnego respektu dla niemieckich budowniczych. Nawet z dzisiejszą techniką powstanie trasy kolejowej w tak trudnym terenie byłoby nie lada wyzwaniem.


sobota, 11 listopada 2017

Twierdza Kłodzko i zapomniany fort Owcza Góra

Kłodzko większości z nasz kojarzy się z okazałą twierdzą górującą nad miastem. Miałam okazję zwiedzić ją dwukrotnie, a ostatnio udałam się w jeszcze jedno miejsce na drugim brzegu Nysy Kłodzkiej - do Fortu Owcza Góra. Jest to fort pomocniczy Twierdzy Kłodzko i w przeciwieństwie do swojej "matki" rzadko odwiedzany jest przez turystów. 

Zacznijmy od Twierdzy Kłodzko, którą można zwiedzać przez cały rok. Wielką atrakcją są tutaj chodniki minowe - sieć korytarzy, które umożliwiały detonację ładunków wybuchowych z podziemi w przypadku ataku lub oblężenia twierdzy. Twierdza Główna zbudowana na Fortecznej Górze jest jedną z najlepiej zachowanych systemów fortyfikacji obronnych.



Fort pomocniczy na Owczej Górze miał za zadanie uniemożliwić ostrzelanie Twierdzy Głównej, a także stanowił doskonały punkt obserwacyjny. Niestety nie miał szczęścia i nie został zaadaptowany do zwiedzania, w efekcie czego wieku turystów nawet nie wie o jego istnieniu. Zrujnowane budynki nie zostały zabezpieczone i dostępne są dla każdego - co oznacza jedynie tyle, że obiekt niszczeje. 



Jak widać stan fortyfikacji na Owczej Górze pozostawia wiele do życzenia... Mam nadzieję, że znajdzie się inwestor, który tchnie w to miejsce nowe życie, a póki co zapraszam do Kłodzka chociaż na jeden dzień - jest tam co oglądać.

piątek, 3 listopada 2017

Zamek Książ jak z horroru - IV i V piętro

Czwarte i piąte piętro Zamku Książ nie jest udostępniane zwiedzającym i właśnie dlatego tak bardzo wzbudza moją ciekawość. 31 października wzięłam udział w halloweenowym zwiedzaniu zamku i choć przez chwilę mogłam podziwiać te niedostępne pomieszczenia.

Powiedzmy to sobie szczerze - nie ma tam drugiej Sali Maksymiliana. Dwie najwyższe kondygnacje zajmowały niewielkie pokoje dla służby (mieszkało tam aż 300 osób!) oraz kuchnia. Ta została ulokowana na najwyższym piętrze, aby zapachy nie rozchodziły się po całym zamku. Oba piętra znajdują się w stanie, który można określić mianem trwałej ruiny.


Fabularyzowane zwiedzanie z dreszczykiem miało to do siebie, że narzucało dość spore tempo poruszania się po zamku, a przygaszone światła nie dawały zbyt wiele możliwości fotografowania. Marzy mi się kiedyś móc wrócić tam na spokojnie obejście wszystkich pokoi.

Na czwartym piętrze duże wrażenie robi pomieszczenie całe w napisach oraz pokój z dziwnym fotelem. Nie grasuje tam jednak żaden upiorny dentysta - jest to pozostałość po ekspozycji Dolnośląskiego Festiwalu Tajemnic w 2015 roku. 


W pomieszczeniach kuchennych najbardziej spodobały mi się zachowane oryginalne kafle. Na każdym z nich znajduje się obrazek - mimo fatalnego ich stanu robi to wrażenie. Obok magazynów oraz chłodni znajduje się sama kuchnia; warto jednak zaznaczyć, że widoczny na zdjęciu piec jest elementem scenografii filmowej.



Na sam koniec zwiedzania zeszliśmy też na dolną kondygnację, do tunelu prowadzącego do Oślej Bramy. To właśnie tędy do zamku wjeżdżały mniej znaczące osoby - kupcy czy służba. Co ciekawe podłoga w tunelu została wyłożona drewnianymi klepkami, aby tłumić stukot końskich kopyt.


Nocne zwiedzanie było świetną okazją, aby zobaczyć w Książku coś więcej poza trasą turystyczną, ale zostawiło ogromny niedosyt. Bardzo bym chciała tam kiedyś wrócić i obejrzeć wszystko na spokojnie oraz porobić dobre zdjęcia.