wtorek, 6 kwietnia 2021

Koszęcin - najbardziej rozśpiewany pałac na Śląsku

Jeden z największych w Polsce neoklasycystycznych pałaców znajduje się w niepozornej wsi na Śląsku. Prawdopodobnie jest to również jedna z najbardziej rozśpiewanych rezydencji w naszym kraju, a to za sprawą jej gospodarza - Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”. Poznajcie pałac w Koszęcinie, w którym niegdyś gościł Jan III Sobieski, a dziś od rana do nocy rozbrzmiewa w nim muzyka.

O początkach Koszęcina nie wiemy wiele. Ta nieduża wieś w powiecie lublinieckim istniała już w tym miejscu w XIII wieku, ale badania archeologiczne wskazują na osadnictwo już okresie neolitu, czyli 4500–1700 lat p.n.e. Znani są właściciele miejscowości od czasów Piastów opolskich i to mniej więcej z tego okresu pochodzą informacje o drewnianym zamku, który niestety nie przetrwał do czasów współczesnych. Z kolei koszęciński pałac zaczęto budować w 1609 roku i w zasadzie przez całą swoją historię zmieniał on co chwilę swoich właścicieli. 

Wśród wysoko postawionych panów na włościach Koszęcina warto wspomnieć Mikołaja Filipa von  Rauthen, który gościł tu Jana III Sobieskiego wraz z dworem, a słynna królewska małżonka, Marysieńka, rezydowała w pałacu, gdy król udał się pod Wiedeń na wyprawę przeciw Turkom. Od wiosny 1805 do stycznia 1945 roku posiadłość była własnością książęcego rodu Hohenlohe - Ingelfingen. Przedstawiciel tej rodziny rozpoczął w 1829 roku przebudowę pałacu na modłę neoklasycystyczną. W takiej formie rezydencja zachowała się do dziś. Ostatni właściciel pałacu uciekł przed frontem do Austrii, gdzie zmarł bezpotomnie. 

Po II wojnie światowej, w 1953 roku, pałac stał się siedzibą Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk” (o którym już wspominałam przy okazji wizyty w Gogolinie). To tutaj toczy się całe życie zespołu - odbywają się tu próby, kameralne koncerty i zajęcia artystyczne. W pałacu mieszczą się biura, sale koncertowe, a w budynkach obok znajdują się kawiarnia oraz izba pamięci. Niestety w okresie pandemii musieliśmy zadowolić się zwiedzaniem z zewnątrz. 


Pałacowa kaplica pod wezwaniem Matki Boskiej Wniebowziętej i Świętych Męczenników Dionizego i Witalisa jest nieczynna od 1945 roku. W 2001 r. przeszła remont i w jej wnętrzu urządzono salę koncertową. W podziemiach kaplicy spoczywają członkowie rodu Hohenlohe - Ingelfingen, m.in. były premier Królestwa Prus, Adolf Hohenlohe - Ingelfingen. 

Adolph Friedrich Ludwig Karl, Fürst von Hohenlohe-Ingelfingen, c. 1860

Pałac otacza piękny park z połowy XIX wieku. Wśród parkowych alejek znajduje się pamiątkowa ławka poświęcona postaci profesora Stanisława Hadyny - założyciela i wieloletniego dyrektora Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”. Rzeźba wygląda zupełnie jakby profesor przysiadł na chwilę, by posłuchać dźwięków dochodzących z pałacu. Możemy dołączyć do niego i wyobrazić sobie, że słyszymy muzykę...

Niepozorna, śląska wieś koło Lublińca skrywa jeden z najznamienitszych pałaców w naszym kraju, ale to nie tylko kultura materialna jest prawdziwym skarbem tego miejsca. Wyobrażam sobie, jak poza pandemią to miejsce musi tętnić życiem i muzyką. Aż trudno mi uwierzyć, że dopiero teraz tu trafiliśmy. 

sobota, 3 kwietnia 2021

Następna stacja: Wrocław Nadodrze. Podróż sentymentalna

Moją ulubioną częścią Wrocławia jest Nadodrze. Pełne starych kamienic i rzędów ulic o przedwojennym charakterze przypomina mi niemieckie Breslau, którego już nie ma. Jego sercem i niegdyś siłą napędową jest dworzec - Wrocław Nadodrze. To o nim dziś będzie mowa.

Wrocław Nadodrze jest jednym z najmłodszych dworców w mieście. Gmach według projektu Hermanna Grapowa otwarto w 1868 roku. Budynek z czerwonej, nieotynkowanej cegły utrzymany jest w stylu historyzującym. Jego fasada mierzy 190 metrów, a korpus składa się z trzech ryzalitów. Środkowy poprzedzony jest arkadowym portykiem. Pierwszą modernizację dworca podjęto w 1912, a dokończono po I wojnie światowej, przebudowując tunele i perony, a także dokonując zmian w części towarowej. 


W hali głównej dworca znajduje się współczesna tablica pamiątkowa poświęcona deportacji Żydów. Odsłonięto ją w 2018 roku. Przypomina ona, iż w latach 1941-44 niemieccy naziści wywieźli z Nadodrza ponad 7 tysięcy Żydów z Wrocławia i innych dolnośląskich miejscowości do obozów zagłady. Większość z nich została zamordowana. 

Stacja jest położona na linii kolejowej nr 143, która łączy Kalety i Wrocław Popowice. W najbliższym sąsiedztwie budynku znajduje się węzeł przesiadkowy komunikacji miejskiej - Plac Staszica. Odjeżdżają z niego autobusy i tramwaje w różne części Wrocławia, między innymi linia okólna - 0P/0L. 

Vis-a-vis stacji znajduje się kolejny punkt charakterystyczny Nadodrza - powstały w latach 1905-06 Park Staszica. Co ciekawe, zaprojektowano go w miejscu dawnego targu końskiego. Jego nietypowy, trójkątny kształt sprawia, że nie sposób pomylić go z jakimkolwiek innym parkiem. w 2012 roku przeszedł rewitalizację, stając się prawdziwą ozdobą osiedla.

Z wielkim sentymentem wspominam Nadodrze oraz wspaniałe czasy, kiedy mieszkałam w jego najbliższym sąsiedztwie. Przeszłam po nim setki kilometrów z aparatem w poszukiwaniu starych, niemieckich napisów oraz różnego rodzaju osobliwości. Dzisiejszy wpis jest wspomnieniem tamtego niezapomnianego okresu mojego życia we Wrocławiu. 





wtorek, 30 marca 2021

Głuchołazy - zimny prysznic w pustym uzdrowisku

Podczas naszego niedawnego wyjazdu w Góry Opawskie zatrzymaliśmy się w Głuchołazach. Weekend był intensywny, ale udało mi się wygospodarować chwilę na szybki spacer po okolicy. To bardzo ciekawe miasto o różnorodnej historii - znajdziemy tu zarówno ślady przemysłu wydobywczego, relikty średniowiecznego grodu oraz pozostałości po dawnym uzdrowisku. Poznajcie miejscowość, której Czesi przed laty robili czarny PR i których słowa okazały się samospełniającym proroctwem. 

Mało kto dziś pamięta o tym, że w Głuchołazach wydobywano złoto już w XIII-XIV wieku. W masywnie Góry Parkowej i na terenie Parku Zdrojowego znajdują się pozostałości po sztolniach i wyrobiskach. To właśnie w tym rejonie zaczęłam swój spacer. W XIX wieku wzdłuż rzeki Białej wyznaczono promenadę spacerową, która popularna jest po dziś dzień. Do uzdrowiskowej historii miasta jeszcze wrócimy, a tym czasem zapraszam na przechadzkę ulicą Andersa w kierunku północnym. 

Na tej ulicy znajduje się wiele przepięknych willi i kamieniczek. Każda jedna jest bardziej urocza od kolejnej. W tym sąsiedztwie zaskakująco wyglądają zakłady przemysłowe, które nagle wyrastają wśród okazałych rezydencji. Po prawej stronie widać ogromny budynek z cegieł - to Fabryka oklein mebli "Schattdecor". Z lewej natomiast wyłaniają się Głuchołaskie Zakłady Papiernicze.


Kawałek dalej, mostem św. Andrzeja przeprawiam się do historycznej części Głuchołazów. Od razu w oczy rzuca się gotycko-renesansowa Wieża Bramy Górnej, która stanowiła obronę miasta od strony południowej. Wzniesiono ją prawdopodobnie w połowie XIV wieku. Na jej szczyt wiedzie 105 schodów, ale niestety była tamtego dnia nieczynna, więc nie udało mi się wejść na górę. Druga z wież (południowa) nie przetrwała do czasów współczesnych. 

Spod wieży jest już blisko na rynek. Jest on dość nietypowy - nie zachował się niestety XVI-wieczny ratusz i większość placu pokryta jest zielenią. Urząd miejski znajduje się obecnie w jednej z kamienic. Dobrze zachowane, kolorowe domy są zresztą niewątpliwą ozdobą rynku.

Będąc w Głuchołazach, nie sposób nie wspomnieć o średniowiecznych murach miejskich. Część z nich zachowała się do czasów współczesnych, można je zobaczyć np. w okolicach ulicy Magistrackiej. Warto pamiętać, że miasto od chwili powstania pełniło funkcję warowni przygranicznej. W tej okolicy możemy zobaczyć również niedawno odnowione budynki zespołu dawnego wójtostwa z XVII/XVIII wieku.

W mieście znajdują się także cenne przykłady architektury sakralnej, wśród których koniecznie należy wspomnieć o kościele parafialnym pw. św. Wawrzyńca - najstarszej świątyni w mieście. Podlegała ona kilku przebudowom, ale w doskonałym stanie zachował się unikatowy wczesnogotycki portal z cechami sztuki romańskiej. Wartym wspomnienia jest też kościół gimnazjalny z drugiej połowy XIX wieku, który mijam na ulicy Bohaterów Warszawy. 

Kierując się na południe, w stronę ulicy Jana Pawła II, wchodzę do dawnej dzielnicy zdrojowej. Głuchołazy uzyskały status uzdrowiska w drugiej połowie XIX wieku. Stosowano tu głównie hydroterapię Vincenza Priessnitza. Choć pewnie nigdy o nim wcześniej nie słyszeliście, to jego postać zostawiła trwały ślad w języku polskim. Od jego nazwiska (i popularyzowanych przez niego zimnych wodnych natrysków) pochodzi bowiem słowo prysznic. Niestety po II wojnie światowej miasto utraciło status uzdrowiska, ale nadal (poza pandemią) jest popularnym miejscem na wypoczynek.

W tej części miasta, poza wspomnianymi już willami, znajdują się dawne sanatoria. Niestety w większości straciły wiele ze swojego uroku, jak Hotel Sudety, w którym się zatrzymaliśmy, a który zatracił całkiem swój historyczny charakter. O Górze Zdrojowej i wieży na jej szczycie pisałam w relacji z naszego pierwszego wyjazdu w Góry Opawskie

Na koniec postanowiłam zachować ciekawostkę. Skąd wzięła się nietypowa nazwa miejscowości - Głuchołazy? Dawna nazwa miasta, Kozia Szyja - Ziegenhals, pochodziła od krętego biegu rzeki Białej Głuchołaskiej. Współczesne miano wzięło się od pogardliwego określenia, jakie miastu nadali Czesi. Hluché lázně oznacza puste uzdrowisko. Południowi sąsiedzi, zazdrośni o popularność Głuchołaz, postanowili zrobić konkurencji czarny PR. Po wojnie ktoś przetłumaczył czeską frazę i tak powstały Głuchołazy. A czeska przepowiednia w końcu się spełniła i dziś już nie ma tu kuracjuszy. Tak wyglądała transformacja z Koziej Szyi w puste uzdrowisko. 

poniedziałek, 22 marca 2021

Korona w czasach korony. Srebrna i Biskupia Kopa w Górach Opawskich

Nasz ostatni wyjazd w Góry Opawskie przypomniał mi beztroskie czasy, kiedy słowo "korona" kojarzyło mi się z Koroną Gór Polski, a nie z wirusem. W tych trudnych dla turystyki czasach wróciliśmy w znane nam rejony, odkryliśmy kilka nowych szlaków i atrakcji, ale największa różnica była taka, że tym razem wędrowaliśmy we troje. I wiecie co? Było równie fajnie, jak kilka lat temu!

Góry Opawskie, będące częścią czeskich Jesioników, nie są najpopularniejszym pasmem w Polsce i właśnie dlatego wybrałam je na spontaniczny wyjazd. Nie pomyliłam się - ludzi było mało, sporą część trasy pokonywaliśmy samotnie i można było poczuć prawdziwą przyjemność z górskiej wędrówki. Zatrzymaliśmy się w Głuchołazach, z których mieliśmy niecałe 15 minut drogi autem na szlaki.

Głuchołazy

Pierwszy raz wchodziliśmy na Biskupią Kopę w 2018 roku w ramach zdobywania Korony Gór Polski. Wybrałam wtedy dla nas podejście z Jarnołtówka czerwonym szlakiem (Głównym Szlakiem Sudeckim) i zejście żółtym. Tym razem zamarzyło mi się zdobycie również Srebrnej Kopy, więc startowaliśmy z parkingu w Pokrzywnej. Aby dostać się na żółty szlak, którym chcieliśmy iść, musieliśmy wrócić do głównej szosy, przeciąć niebieski szlak i podejść tzw. Saperską Drogą do miejsca, w którym znajdowała się kiedyś skocznia narciarska. Najlepiej widać to na poniższej mapce.

Saperska Droga została zbudowana przed I wojną światową przez żołnierzy garnizonu w Nysie i  obecnie stanowi zabytek techniki. A do skoczni jeszcze wrócimy na sam koniec. Od tego momentu przez pewien czas będziemy się trzymać żółtego szlaku. Idzie się przyjemnie, lekko pod górę. Na razie bez spektakularnych widoków, ale na te jeszcze przyjdzie czas. Mimo tego już zaczyna robić się ładnie, słońce przygrzewa i wędrówka mija nam bez trudności. Szybko dochodzimy na Przełęcz pod Zamkową Górą, na której dołącza szlak czerwony. 

Saperska Droga

Na samą Zamkową Górę nie weszliśmy, ale warto o niej wspomnieć. Od XIV wieku na wzniesieniu stał niewielki zamek, z którego strzeżono granicy między księstwem opawskim a nyskim księstwem biskupim. Wybudowali go Rosenbergowie - założyciele miasta Prudnik. Niestety zamek nie przetrwał do czasów współczesnych.

Przełęcz pod Zamkową Górą

Z Przełęczy pod Zamkową Górą idziemy kawałek pod górę do rozwidlenia szlaków żółtego i czerwonego. Mamy wybór: albo iść tym pierwszym na Przełęcz pod Kopą wygodną, płaską ścieżką, albo piąć się ostro w górę... Pierwsza opcja kusi, ale wybieramy podejście na Srebrną Kopę. No dobra, ja wybieram ;-)

W prawo czy w lewo?

Jak się chce zdobyć szczyt, to trzeba się nieco namęczyć. Szlak prowadzi nas ostro pod górę i szybko zdobywamy wysokość. Niemal od razu wyszliśmy na otwarty teren - wygląda na to, że miała tu miejsce jakaś katastrofa ekologiczna, bowiem zachowały się tylko szczątki drzew. Ma to jednak swoje plusy - widoki są oszałamiające. Mniej więcej w połowie podejścia znajduje się taras widokowy. Choć Biskupią Kopę było widać już dużo wcześniej, przystajemy na chwilę.

A ona, jak zawsze, najlepsze widoki przesypia ;-)

Jeszcze trochę męczącego podejścia i w końcu udaje nam się wdrapać na grań i po chwili na szczyt. Na wierzchołku znajduje się niewielki kamienny schron, z którego jednak nie mamy potrzeby korzystać. Srebrna Kopa mierzy 785 m n.p.m. i jest drugim pod względem wysokości szczytem Gór Opawskich. Nazwa związana jest z poszukiwaniami srebra na jej stokach. Ponownie zachwycają nas widoki - można dostrzec szczyt Pradziad - najwyższy punkt Jesioników (1491 m n.p.m.) z niezwykłą wieżą przypominającą rakietę. Możecie przeczytać o nim więcej TUTAJ.



Ze Srebrnej Kopy schodzimy na przełęcz i czeka nas kolejne podejście, tym razem na Biskupią Kopę (890 m n.p.m.). Poprzednim razem schodziliśmy tym szlakiem, teraz pniemy się nim w górę. Jest stromo, ale idzie się szybko. Ponownie można nacieszyć oko widokami - muszę przyznać, że Góry Opawskie są wyjątkowo malownicze.


Tuż pod szczytem znajduje się wieża przekaźnikowa oraz wzniesiony w 2005 roku Krzyż Pojednania. Na samym wierzchołku z kolei rzuca się w oczy zabytkowa wieża z 1898 roku. Została ona zbudowana z okazji jubileuszu 50-lecia panowania cesarza Franciszka Józefa I i nazwana jego imieniem. Gdy byliśmy tu w 2018 roku, była jeszcze w remoncie. Obecnie nie ma już rusztowań, wywieszono nawet tabliczkę z godzinami otwarcia, ale niestety znów nie udało nam się wejść do środka. Chyba będziemy musieli przyjechać po raz trzeci, licząc na to, że będzie otwarta.


Zdobywszy po raz drugi :-) szczyt do Korony Gór Polski, schodzimy do schroniska na odpoczynek. Górski Dom Turysty "Pod Biskupią Kopą" - bo tak brzmi oficjalna nazwa obiektu jest miejscem o długiej historii. Już pod koniec XIX wieku w rejonie szczytu istniało prywatne schronisko "Rudolfsheim". To obecne otwarto w 1924 roku, a trzy lata później zostało rozbudowane. Po 1945 roku znalazło się w rękach PTTK.

Przyznam, że zeszło nam trochę czasu na zjedzenie schroniskowej zupy na wynos, dochodziła 17:00 i musieliśmy śpieszyć się na dół, by zdążyć przed zmrokiem. Wkroczyliśmy na żółty szlak - tzw. Drogę Langego. Opcje dojścia do Pokrzywnej mieliśmy dwie - żółtym szlakiem do Piekiełka i przez Gwarkową Perć do szlaku niebieskiego lub odbijając z żółtej drogi na zieloną ścieżkę przez Cichą Dolinę. Na szybko wybrałam tę drugą opcję. Czemu była to dobra decyzja? Przekonaliśmy się następnego dnia, próbując sforsować Gwarkową Perć od dołu. Powiem krótko - szlak był bardzo oblodzony i z pewnością mielibyśmy duży problem z pokonaniem go. Dodatkowo na perci znajduje się jedyna w Sudetach drabinka, więc pokonywanie jej z małym dzieckiem mogło nie być zbyt bezpieczną opcją.

Droga Langego i Gwarkowa Perć dnia następnego (którą sobie finalnie odpuściliśmy)

Nie znaczy to, że na zielonym szlaku było łatwo - ścieżka była podmokła, a miejscami oblodzona, mocno zarośnięta (chyba mało osób tędy chodzi), a nawet dwa razy musieliśmy pokonywać strumień w bród... Na szczęście po zejściu na dno Cichej Doliny wyprawa zamieniła się w przyjemny spacer i dotarliśmy do auta przed zmrokiem. Dolina objęta jest rezerwatem i z pewnością mając więcej czasu, bardziej docenilibyśmy jej walory.


Na samym końcu wspomnę jeszcze o dawnej skoczni narciarskiej, którą na początku wycieczki mijaliśmy z góry. Niestety nie zachowały się po niej wyraźne ślady i tylko tablica informacyjna przypomina o jej historii. Skocznia powstała w 1931 roku i była wówczas jedyną na Dolnym Śląsku. Można było z niej skakać na odległość 40 metrów. Niestety niedługo po II wojnie światowej zaprzestano jej użytkowania. Podobno zachowały się jej zarysy, ale nie udało nam się ich dostrzec. Jedynie mostek wskazuje na to, że znajdowała się w tym miejscu jakaś budowla. Jak ja lubię te wszystkie nieistniejące atrakcje! :-)

Góry Opawskie ponownie nas urzekły i trochę zaskoczyły. Czekając na lepsze czasy, łapiemy to, co się da, a góry zawsze są dobrym kierunkiem. Dla tych, co nie lubią zakopiańskich tłumów, będzie to kierunek jak znalazł.