Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zachodniopomorskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zachodniopomorskie. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 lutego 2018

Kłomino - miasto, którego nie było ...i nie ma

Do 1992 roku żyło tu 5 tysięcy osób, obecnie - dwanaście. Kiedyś wśród licznych bloków z wielkiej płyty działał punkt medyczny, były garaże, sklepy, a nawet kino. Dziś nie zostało z tego już praktycznie nic. Poznajcie Kłomino - kolejne miasto-widmo, które miało mniej szczęścia niż pobliskie Borne Sulinowo.


Pisałam ostatnio o mojej wizycie w Bornym Sulinowie - mieście, które przez dziesięciolecia było pilnie strzeżoną tajemnicą i nie istniało oficjalnie na mapach. Z Bornego postanowiłam pojechać do pobliskiego miasta o podobnej historii - Kłomina. To był bardzo depresyjny, listopadowy, deszczowy dzień. Wybrałam się do miasta, którego nie było na mapie* ani w nawigacji, a udało mi się tam trafić dzięki jakimś zdawkowym opisom w internecie. Oczekiwania miałam spore - Kłomino zyskało przez lata opinię "polskiego Czarnobyla" (a raczej Prypeci, bo Czarnobyl jest do dziś zamieszkałym miasteczkiem dla pracowników elektrowni, która, wbrew licznym wyobrażeniom, nadal pracuje). 

Dojazd do Kłomina
 
Niestety jeśli ktoś chciał w Kłominie zwiedzić opuszczone miasto, to spóźnił się przynajmniej 10 lat. Zastałam tam cztery bloki (z czego jeden częściowo zamieszkały - to mnie bardzo zaskoczyło) oraz dwa mniejsze, poniemieckie domy dość dobrze zabezpieczone przed intruzami. Do niezamieszkałych bloków da się wejść, ale w jednym z nich usunięto klatki schodowe, więc dostępny jest tylko parter. Dwa pozostałe też są częściowo niedostępne właśnie z powodu braku schodów, chociaż dziury wybite pomiędzy poszczególnymi pionami mieszkalnymi zwiększają możliwość dostępu do kolejnych pomieszczeń.



Niestety Kłomino nie miało tyle szczęścia, co Borne i po opuszczeniu miasta przez żołnierzy radzieckich w 1992 r. zwyczajnie niszczeje i jest sukcesywnie wyburzane. Podobnie jak Borne - Kłomino także powstało w latach 30. XX wieku dla niemieckich żołnierzy; później utworzono tu obóz jeniecki, w którym przetrzymywano Polaków, Francuzów i Niemców. Po opuszczeniu miasta przez nazistów, w Kłominie zadomowili się Rosjanie i więzili w obozie nikogo innego, jak Niemców. Taka ironia historii.

Kłomino - budynki koszarowe / obóz jeniecki (zdjęcia z fotopolska.eu)

Po wojnie rozebrano 50 poniemieckich budynków, a uzyskaną cegłę wywieziono do Warszawy na budowę Pałacu Kultury i Nauki. Rosjanie wybudowali w Kłominie szereg charakterystycznych bloków z wielkiej płyty. Po 1992 roku Kłomino opustoszało, a większość budynków na przestrzeni lat została wyburzona lub zabezpieczona. Swego czasu pojawiła się oferta sprzedaży terenu za 2 miliony złotych, ale nie było chętnych. W sumie, kto by chciał kupić ruiny miasta w środku lasu? Chyba tylko jakiś szaleniec, jeden z tych, co w deszczowy dzień zagrzebuje się w błocie, aby dotrzeć do budynków, w których od lat hula wiatr. 





* - w 2015 roku nawet Google Maps nie odnotowało istnienia Kłomina, dziś jest już inaczej.

Edycja czerwiec 2021 r.: Jak donoszą "korespondenci" w urbexowych grupach na Facebooku, w Kłominie obecnie trwają wyburzenia bloków :-( Wygląda na to, że historia tego miejsca dobiega końca.

Edycja 18/08/2021 r. Mam zdjęcia oraz informację z pierwszej ręki - nie ma już Kłomina, jakie odwiedziłam parę lat wcześniej. Został jeden zamieszkały blok oraz żółty budynek, reszta zburzona. Zobaczcie sami. 



Podoba Ci się moja twórczość? 
Będzie mi miło, jak postawisz mi wirtualną kawę, która doda mi energii do działania :-)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

niedziela, 11 lutego 2018

Borne Sulinowo - poradzieckie miasto-widmo

Zawsze mnie bawiło, jak wiele czasu zajęło mi dotarcie do Bornego Sulinowa. Nie chodzi o to, że droga ze Szczecina w dużej mierze stanowiła betonowe, dudniące płyty. Nie chodzi nawet o to, że jazda przez ciemne lasy i zapomniane wioski nie napawała mnie optymizmem. Jakoś tak się parę lat zbierałam, ba! nawet miałam okazje, ale jak się ma okazje, to zwykle się czeka na kolejne. W końcu stało się - w listopadową noc 2015 roku zameldowałam się w radzieckim mieście-widmie.

O ile wcześniej wielokrotnie zadawałam sobie pytanie, jak to jest możliwe, że przez niemal 50 lat udało się Armii Czerwonej utrzymać w tajemnicy miasto wyłączone spod polskiej administracji, tak tego wieczoru zrozumiałam. Aby dotrzeć do Bornego Sulinowa, trzeba zjechać z głównej (choć dla mnie i tak wyglądającej dość podrzędnie) drogi, a następnie pokonać parę kilometrów przez ciemny las wyglądający jak z horroru. Nigdy wcześniej nie gadałam z nawigacją, aby dodać sobie otuchy, ale wtedy mi się zdarzyło. I wiecie co? Nie mam się czego wstydzić!

Dom Oficera

Na początek parę słów o historii tego mrocznego miasta. Dawne Groß Born, zanim w 1945 r. zostało przejęte przez Armię Czerwoną, stanowiło bazę wojskową i poligon dla żołnierzy Wermachtu. Formalnie po wojnie obszar został włączony do Polski, ale oficjalnie na mapach w tym miejscu znajdowały się "tereny zielone". I tak do 1992 r. stacjonowało tam 15 tysięcy żołnierzy radzieckich. Co więcej, nieopodal składowano także radziecką broń nuklearną na wypadek wojny z Zachodem. Dopiero po opuszczeniu Bornego Sulinowa przez żołnierzy naszego (już nie) bratniego narodu miasto zostało oficjalnie otwarte i rozpoczął się proces zasiedlania go przez Polaków. Było to w roku 1993 r. Dziś Borne stanowi sporą bazę noclegową, która przyciąga turystów ze względu na obszerne tereny do rekreacji, bliskość jeziora oraz jego postmilitarny charakter. To ostatnie ściągnęło tam mnie.

Zdjęcia z fotopolska.eu

Po nocy spędzonej w domu wczasowym zaaranżowanym w historycznym, typowym dla Bornego budynku, udałam się na zwiedzanie. Lało jak z cebra, a ja miałam niecały jeden dzień na eksploracje.  Miasto w listopadzie było opustoszałe, byłam zapewne jedną z bardzo nielicznych osób, które przyjechały tutaj z zewnątrz. Upiorny, wisielczy nastrój idealnie pasował do tego miejsca.


Z samego rana wybrałam się się na cmentarz żołnierzy radzieckich, który ku mojemu rozczarowaniu był zamknięty, więc zrobiłam tylko kilka zdjęć przez ogrodzenie. Największe wrażenie zrobił na mnie okazały grobowiec z pepeszą, ale na długo zapamiętam też groby anonimowe. Wśród 344 mogił znajduje się 146 grobów z napisem "nieznany". To tylko świadczy o tym, jak bardzo odizolowanym miastem było Borne Sulinowo - żołnierze, którzy umierali w garnizonie, chowani byli bezimiennie, bez identyfikacji. Po co psuć statystyki, tłumaczyć się przed rodzinami?


Z cmentarza skierowałam się do Domu Oficera. Jest to obszerny, trzypoziomowy budynek, w którym niegdyś znajdowały się: sala taneczna, biblioteka, sala kinowa, sala balowa, restauracja i sala koncertowa na 1000 osób. Przez lata pełnił on funkcję kulturalnego centrum miasta. Niestety znaczną część budynku w 2010 r. strawił pożar i już podczas mojej wizyty znajdował się on w tragicznym stanie. Praktycznie nic nie zostało z sali koncertowej, a reszta pomieszczeń też była w stanie agonii. Nie wiem niestety, w jakiej kondycji budynek znajduje się obecnie (2018 rok), ale znalazłam ogłoszenie z końca grudnia, że jest on wystawiony na sprzedaż za 2 miliony złotych. Jacyś chętni?




Kończąc moją szybką wycieczkę po Bornym udałam się jeszcze do magazynów przy ul. Towarowej, gdzie niestety udało mi się wejść tylko do jednego i to tylko na parter, bo usunięto wszystkie schody. Do kolejnych budynków nie podchodziłam, bo trwała tam akcja służb medycznych. Nie wiem dokładnie, co tam się stało, ale widać było, jak dokładnie przeczesują cały budynek z latarkami, a na dole pakowali na nosze najprawdopodobniej martwego człowieka. Trochę mnie to przeraziło, bo mam taki lęk, że kiedyś chodząc samotnie po opuszczonych budynkach, natrafię na ciało samobójcy albo bezdomnego. Czytałam, że w bielskim Stalowniku jakiś żartowniś powiesił kiedyś w piwnicy na pętli kukłę człowieka. Przedni żart, nie ma co.



Borne Sulinowo pożegnałam, jadąc w stronę zachodzącego słońca.
Nie no, żartuję - cały czas lało, a ja łapiąc resztki listopadowego dnia, pojechałam jeszcze pochodzić po lesie oraz do opuszczonego miasta - Kłomina.  Miałam wtedy dużo chęci, determinacji i odwagi, aby zwiedzić jak najwięcej i spełnić kilka swoich urbexowych marzeń. Ciąg dalszy tej opowieści nastąpi...

wtorek, 23 maja 2017

Polish underground - schron przeciwlotniczy w Szczecinie

Ostatnio pisałam o podziemiach Odessy i warto byłoby przy tej okazji wspomnieć, że w Polsce także nie brakuje nam ciekawych miejsc, w których można zejść w podziemia. Jednym z nich jest schron pod dworcem kolejowym w Szczecinie.


Poniemiecki schron przeciwlotniczy z czasów II wojny światowej oraz schron przeciwatomowy są udostępnione do zwiedzania i zostały zaaranżowane na muzeum. Nie myślcie jednak, że wejdziecie tam w kapciach, a wystawy pilnować będzie znudzony kustosz. Na wejściu dostaniecie kaski, latarki i zejdziecie 18 metrów pod ziemię.


Schron ma aż pięć podziemnych kondygnacji, ściany są grube na 3 metry, a jego powierzchnia wynosi 2,5 tysiąca m². Podczas nalotów schronienie znajdowało tu 5 tysięcy osób. Po wojnie w już polskim Szczecinie zdecydowano o zaaranżowaniu części obiektu na schron przeciwatomowy, a następnie do połowy lat 90. odbywały się tu szkolenia obrony cywilnej.


W 2014 roku w podziemiach kręcono film "Wielka ucieczka na północ", a pamiątką po tym wydarzeniu jest zachowana część scenografii, która doskonale wpisuje się w charakter obiektu.


Obecnie dla zwiedzających udostępnione są dwie trasy: "II wojna światowa" ukazująca historię miasta podczas wojny i zaraz po niej oraz "Zimna Wojna - życie w PRL-u" zaaranżowana w części zaadaptowanej na schron przeciwatomowy. Mnie niestety starczyło czasu tylko na tę pierwszą część, ale na pewno nadrobię zaległości przy okazji kolejnej wizyty w Szczecinie.


Więcej o Podziemnych Trasach Szczecina możecie przeczytać TUTAJ.

środa, 21 września 2016

Wieża melancholii. Wieża Quistorpa w Szczecinie

Dziś przedstawiam kolejne wspomnienie z ubiegłorocznej jesieni i z pewnością nie ostatnie. Przez dwa miesiące podróżowałam po Polsce i odwiedzałam różne miejsca w poszukiwaniu perełek takich jak ta ze Szczecina.

W szczecińskim Lesie Arkońskim znaleźć można miejsce równie magiczne, co przygnębiające. Na wzgórzu wśród drzew znajdują się ruiny wieży widokowej – tak zwanej Wieży Quistorpa z 1904 r. Przed wojną było to jedno z ulubionych miejsc spacerów szczecinian. Na parterze znajdowała się kawiarenka, a z wysokości 25 m można było oglądać piękną panoramę miasta. Wieża była nie lada atrakcją i prawdziwą ikoną Szczecina. Co ciekawe, zbudowano pod nią także podziemny schron, wejście do którego znajduje się przy samej wieży. Niestety jest on częściowo zasypany i zamurowany. 

Okoliczności i dokładny czas zburzenia wieży nie są do końca znane. Możliwe, że została ona zniszczona w 1944 r. podczas alianckich nalotów bombowych albo że wysadzili ją Niemcy w 1945 r. podczas walk o Szczecin, ponieważ stanowiła łatwy punkt odniesienia dla radzieckiej artylerii. 

Po wieży dziś zostały same ruiny, ale nawet one mają w sobie coś pięknego.





Z ciekawostek warto dodać, że w Szczecinie odwiedzić można jeszcze jedną budowlę tego typu - Wieżę Gocławską, dawniej zwaną Wieżą Bismarcka. Zachowała się w znacznie lepszym stanie, ale wstęp do niej nie jest możliwy.