piątek, 14 lipca 2017

Rudawy Janowickie - rozgrzewka przed Bieszczadami

Rudawy Janowickie - sympatyczne, malownicze górki, w które chętnie wróciłam po paru miesiącach. O ile poprzednim razem przeszłam je z południa na północ - z Kowar do Janowic Wielkich; tak tym razem obrałam kierunek wschód-zachód - z Marciszowa do Trzcińska, robiąc jednego dnia aż trzydziestokilometrową trasę.


Wielką zaletą Rudaw Janowickich jest łatwy dojazd pociągiem z Wrocławia - mamy aż kilka stacji, z których można skorzystać, wybierając dogodny punkt wyjścia i dojścia. Zaczęliśmy w Marciszowie, z którego po godzinnym spacerze (niestety) asfaltem doszliśmy do jednej z największych atrakcji pasma - Kolorowych jeziorek. U podnóża Wielkiej Kopy podziwiać można Żółte Jeziorko, Purpurowe Jeziorko, Błękitne Jeziorko i Zielone Jeziorko. Nazwy zbiorników pochodzą oczywiście od ich charakterystycznego zabarwienia, które wzięło się wzięło się od składu chemicznego podłoża. I tak np. woda w Purpurowym Jeziorku jest roztworem kwasu siarkowego, a w pozostałych stawach kolor determinują związki miedzi.



Z Kolorowych jeziorek ruszyliśmy na Wielką Kopę (871 m n.p.m.) - najwyższy szczyt w tej części Rudaw. Przed 1945 rokiem na szczycie znajdowała się wieża widokowa. Do czasów współczesnych nie przetrwał po niej żaden ślad i obecnie widok zasłaniają drzewa. Z Wielkiej Kopy zeszliśmy ostro w dół do Przełęczy Rędzińskiej, a następnie, omijając Wołek niedostępny z powodu prac leśnych, doszliśmy do Polany Mniszkowskiej.


Plany był taki, żeby dojść do Szwajcarki, więc wybrałam malowniczą trasę prowadzącą przez Skalny Most i Lwią Górę. Pisałam o nich poprzednio i tym razem, mając więcej czasu, wdrapałam się na Lwią Górę. Widok zapierał dech w piersiach, ale zbliżający się front burzowy (który chwilę później nas zmoczył) nie pozwolił zbyt długo cieszyć się krajobrazem.



Skrajnie zachodnia część Rudaw Janowickich nosi nazwę Gór Sokolich - znajduje się tutaj schronisko Szwajcarka i dwa znane szczyty - Krzyżna Góra i Sokolik. Prowadzą na nie znakowane szlaki turystyczne, ale ich walory doceniają także wspinacze, którzy licznie odwiedzają ten niewielki masyw.




Pora robiła się późna, na liczniku dobijaliśmy do 30 kilometrów, więc przyszedł czas na zejście niebieskim szlakiem do Trzcińska - wioski, w której poza stacją kolejową nie ma nic - nawet sklepu, w który można byłoby kupić coś do picia na podróż. Ale dobrze, że chociaż ta stacja jest :-)


Poniżej zamieszczam rozpiskę trasy - widzę pewne przekłamanie, bo mój GPS we współpracy z Endomondo deklaruje trasę 30 km; mapa-turystyczna - 27 km. Jeśli wierzyć moim nogom, to zdecydowanie skłaniam się do opcji numer jeden :-) A Wołek ominęliśmy Grzbietową Drogą.