środa, 15 czerwca 2016

Sacrum sprofanowane. Opuszczona kaplica

Nie wiem, jak zacząć pisać, aby nie zabrzmiało to dziwnie. Spróbuję bezpośrednio: ponad dwa lata temu eksplorowałam opuszczoną kaplicę. Zdarzało mi się odwiedzać zrujnowane kościoły, ale żaden z nich nie był tak dobrze zachowany i zarazem tak zaskakujący jak ten obiekt. 

Niewiele udało mi się dowiedzieć o historii tego miejsca. Kaplicę wybudowano w 1913 roku i początkowo pełniła ona funkcję ochronki dla dzieci. Przez krótki czas, w latach dwudziestych, obiekt posiadał rangę parafii. W latach osiemdziesiątych kaplica utraciła na znaczeniu po wybudowaniu w jej sąsiedztwie "pełnoprawnego" kościoła. Nie znam niestety dokładnego terminu zaprzestania jej użytkowania w celach sakralnych, ale podobno jeszcze w latach 90. odbywały się tutaj nabożeństwa.


O miejscu ktoś powiedział mi wiosną 2014 roku i od razu zapragnęłam zobaczyć je na własne oczy. Wejście do środka było dobrze zabezpieczone, ale nie niemożliwe. Dziś podobno dostęp nie nastręcza już żadnych trudności, ale i w środku już nie ma czego oglądać. Piszę podobno, bo byłam tam tylko raz.



Wnętrze kaplicy zaskakuje przeze wszystkim dlatego, że częściowo zostało zaadaptowane na przestrzeń magazynową. Na terenie dawnej zakrystii utworzono sklep oraz (prawdopodobnie) magazyn lub hurtownię żywności, która częściowo "weszła" na teren samej kaplicy. Po podłodze rozrzucone były konserwy oraz worki z pestkami dyni i słonecznika, a wokół walały się faktury oraz... wezwania komornicze. Wyglądało to trochę tak, jakby ktoś z dnia na dzień opuścił to miejsce, nie zadbawszy o nawet zabezpieczenie dokumentacji. 


Nie zadbano także o uprzątnięcie dewocjonaliów: obrazów, śpiewników, nut. Konfesjonał leżał przewrócony na bok. Ołtarz, po uprzątnięciu, spokojnie mógłby dalej służyć. Prawdopodobnie zabrano bardziej wartościowe i  "święte" rzeczy, a resztę pozostawiono, bo nie wypada wyrzucić. Całość wyglądała jak po wojnie albo apokalipsie zombie. 



Miejsce było tyleż fascynujące, co przerażające. Trudno mi było uwierzyć w to, że w katolickiej Polsce znajdę klasyczny przykład zdesakralizowanego kościoła w takim stanie. Ale cóż, człowiekiem małej wiary jestem. 



P.S. Celowo nie podaję lokalizacji, choć dla chcącego nie będzie trudno znaleźć, o jakim obiekcie mowa. 

poniedziałek, 13 czerwca 2016

"Mountex", czyli urban exploration na Śnieżniku

Zdobywca Korony Gór Polski brzmi dumnie. Do tego tytułu jeszcze sporo mi brakuje, ale każda okazja jest dobra, by nieco się do celu zbliżyć. Korzystając z dwóch dni wolnych od pracy postanowiłam zrobić sobie detoks od miasta na Śnieżniku. Na szczycie trafiłam na bardzo interesujące... ruiny.

W poniedziałek zerwałam się skoro świt i pognałam do Stronia Śląskiego (przez "nie ma Londyn, jest Lądek Zdrój"). Nie lubię rozmieniać się na drobne, więc obrałam trasę Głównym Szlakiem Sudeckim, do którego dotarłam szlakiem zielonym przez Przełęcz pod Chłopkiem. Od razu miałam skojarzenia z Mięguszowicką Przełęczą pod Chłopkiem, choć poza nazwą dzieli je absolutnie wszystko. 

Pierwszym charakterystycznym punktem na trasie była Czarna Góra. Na szczyt można wjechać kolejką linową o sympatycznie brzmiącej nazwie Babcia, lecz ja, naturalnie, wybrałam jedyną słuszną drogę o napędzie nożnym. Górę wieńczy wieża widokowa, z której widać Śnieżnik oraz jego masyw.



Dalsza droga wiedzie przez grzbiet Żmijowca do Przełęczy Śnieżnickiej, skąd zostaje już tylko niewielkie podejście do schroniska. Trasa jest bardzo przyjemna i łatwa, choć muszę przyznać, że podejście na Czarną Górę dało mi trochę popalić ze względu na upał i ciężki plecak. 


Schronisko na Śnieżniku. Szkoda na nie słów, bo dość powiedzieć, że nie znajdzie się ono w czołówce moich ulubionych schronisk górskich. Przypadnie mu raczej jedno z ostatnich miejsc i nie chodzi o standard, bo w tej materii wymagania mam minimalne, ale o kompletny brak klimatu i nastawienie obsługi. 

Dzień był długi, więc zrzuciłam zbędny balast i pognałam na Śnieżnik. Ze szczytu rozpościera się przepiękny widok na Polskę i Czechy, choć to nie krajobrazy przykuły moją największą uwagę. W 1899 roku oddano do użytku wieżę widokową o wysokości 33,5 m i nadano jej imię cesarza Fryderyka Wilhelma II. U jej stóp znajdował się także niski budynek pełniący funkcję schroniska. Wieża nie miała szczęśliwych dziejów. Już sama jej budowa trwała 4 lata i była przerywana przez trudne warunki pogodowe. Podczas jej użytkowania padała ofiarą dewastacji. Po wojnie znalazła się na terenie Polski, ale mimo przeprowadzonego w 1948 r. remontu wieża pozostawała bez opieki i popadała w ruinę. W 1973 roku została wyburzona i dziś pozostała po niej tylko sterta kamieni i kawałek muru. 



Nieco poniżej szczytu spotkać można kolejny ciekawy obiekt - ruiny schroniska Liechtensteina z 1912 roku. Obiekt funkcjonował z mniejszym lub większym powodzeniem przez ponad 50 lat, przechodząc kilkukrotnie z rąk Niemieckich w Czechosłowackie i z powrotem. Po drugiej wojnie światowej schronisko powierzono organizacjom turystycznym z Czechosłowacji, ale zarządcy często się zmieniali i nie dbali należycie o budynek. Obiekt został wyburzony w 1971 r. z powodu złego stanu technicznego. Do czasów obecnych dotrwały fundamenty oraz rzeźba słonia, który stał się nieoficjalnym symbolem Śnieżnika.





Drugiego dnia miałam w zasadzie już tylko zejść do Międzygórza, ale coś mnie pokusiło, żeby wejść jeszcze na Mały Śnieżnik. "Mały spacer" - znacie to? Tak się zaczynają przygody.

Mały Śnieżnik okazał się tak mały, że przeszłam przez niego, nie zauważywszy szczytu. Krótka droga w dół i znalazłam się na Przełęczy Puchaczej, gdzie spotkałam Dylemat we własnej osobie. Brzmiał on: albo schodzę spokojnie do Międzygórza, albo idę dalej na Trójmorski Wierch. Przez chwilę udawałam przed samą sobą, że się zastanawiam, ale przecież i tak w głębi duszy wiedziałam, że decyzję już dawno podjęłam. Jeśli mam do wyboru iść w dół albo iść pod górę, to zawszę wybiorę drugą opcję. 



I poszłam. Tempo narzuciłam sobie dość szybkie, bo zależało mi na tym, aby zdążyć na pociąg do Międzylesia, a droga była przede mną długa. Podejście na Trójmorski Wierch nastręczyło mi pewnych trudności, bo wichura zwaliła na szlak ogromne drzewa. Wymijanie ich oznaczało nadrabianie trasy i przeciskanie się przez krzaki i gałęzie. 

Właściwie dlaczego Trójmorski Wierch? Przecież do morza stąd daleko, nie mówiąc już o trzech. Pozwolę sobie oddać głos Cioci Wikipedii: 
Obecną nazwę wprowadził w 1946 dr Mieczysław Orłowicz. Oddaje ona w pełni charakter szczytu, który jest jedynym w Polsce miejscem, gdzie zbiegają się zlewiska trzech mórz: na zachodnich zboczach mają swoje źródła dopływy Nysy Kłodzkiej w zlewisku Morza Bałtyckiego, z południowo-wschodniego zbocza spływa Lipkovský potok, dopływ Cichej Orlicy (czes. Tichá Orlice) w zlewisku Morza Północnego, a u stóp wschodniego zbocza znajduje się dolina Morawy w zlewisku Morza Czarnego.


Ze szczytu skierowałam się do rozwidlenia szlaków pod Jasieniem. Stamtąd kontynuowałam wędrówkę zielonym szlakiem, który jest prawdopodobnie najmniej uczęszczanym szlakiem w okolicy. Nikogo nie dziwi przecieranie szlaku zimą, ale latem? Krótka charakterystyka: przez większość trasy brak ścieżki, sporadycznie pojawia się oznaczenie szlaku. Są za to przewalone drzewa, krzaki, następnie znów przewalone drzewa, jakaś łąka, drzewa, drzewa, znów krzaczory i na koniec pole. W pewnym momencie szlak się urywa i zaczyna się szlak czerwony, choć zielony powinien też gdzieś dalej biec. Zgubiłam się pięć razy i gdyby nie słupki graniczne i dobra orientacja w terenie, to prawdopodobnie wpadłabym na knedliki do naszych południowych sąsiadów. 

Zielony szlak - wprawne oko zauważy jego oznakowanie na zdjęciu z prawej :-)


Gdy wyszłam z krzaków i drzew, wyglądałam jak dziecko poligonu - nogi podrapane, włos rozwiany, igły wszędzie (WSZĘDZIE, nawet w majtkach!) i woń... wolę nie wiedzieć jaka. Pieszo na pociąg już nie miałam szans zdążyć, więc po dojściu do asfaltowej drogi postanowiłam łapać stopa. Plan był doskonały, ale nie uwzględniał drobnego szczegółu - tą drogą nic nie jechało. Nic.

Po kilkunastu minutach doszłam do wsi Pisary. Wieś jak wieś, ale posiadała jedną ważną cechę - murowany przystanek autobusowy! To dobrze wróży. Jak na koniec świata przystało, dojeżdżał tu jeden autobus na dobę i szczęście się do mnie uśmiechnęło - miał jechać za 15 minut do miejscowości Długopole-Zdrój (z której miałam już tylko kilka kilometrów do Bystrzcy Kłodzkiej, którą chciałam po drodze zwiedzić). 

Zamiast za 15 minut przyjechał za 30, ale grunt, że w ogóle się zjawił. Kierowca był nieco zdziwiony, że ktoś wsiada, ale zagadał skąd dokąd, a pani się nie boi tak sama po górach? Poinformował mnie przy okazji, że wcale do Długopola nie jedzie, ale jedzie za godzinę do Bystrzycy, to mnie zawiezie. Ja mu na to, że wie Pan, bo jeszcze pociąg jest, może zdążę. On na to, że musi dzieci ze szkoły odebrać i nie może ze mną na dworzec jechać, że koło rynku wysadzi. I że jakby co, to za godzinę do Bystrzycy jedzie. Pogadaliśmy, wysiadam i myślę co dalej.

Zaczepiam przechodzącą kobietę i pytam, jak dojść na dworzec, bo za 15 minut mam pociąg. Ona mi tłumaczy i mówi, że to ponad 1200 m i pod górkę. Spojrzała na mnie i dodała: "ale takim żołnierskim tempem to Pani zdąży". Zdążyłam. Wpadłam na stację 2 minuty przed odjazdem.

Nie  wracałam od razu do Wrocławia, gdyż bardzo zależało mi na zwiedzeniu po drodze Bystrzycy Kłodzkiej. Jest to piękne i bardzo stare (z XI w.) miasteczko, które zachwyca średniowiecznym układem urbanistycznym. Warto poświęcić chwilę, aby zobaczyć pręgierz, mury obronne, baszty oraz rynek.



Czyżby na tym miały się zakończyć moje przygody tego dnia? Skądże znowu! Skierowałam się na dworzec. Wchodzę na peron, a tam stoi pociąg - trochę wcześnie - ale jest napisane "Wrocław", to wskakuję w ostatniej chwili do środka. Wciąż nieco zdziwiona zagaduję kierownika pociągu, że myślałam że jedzie kilka minut później. "A dokąd Pani chce jechać?". W w tym momencie skład rusza... w kierunku Czech. Bo jedzie Z Wrocławia.

Pierwszy raz w życiu wsiadłam do złego pociągu. Traktuję to jako jedną z moich największych porażek podróżniczych :-) Wysiadłam na następnej stacji, obsługa składu miała ze mnie niezły ubaw, stwierdzając, że ja to chyba lubię podróżować. Dosłownie na styk zdążyłam przesiąść się na pociąg jadący we właściwą stronę. Do Wrocławia dotarłam wieczorem. Cała, zdrowa, szczęśliwa i bogatsza w kolejne wspaniałe doświadczenia.

Moja trasa

niedziela, 5 czerwca 2016

Choroba wysokościowa w Beskidach. Mały Szlak Beskidzki

Bardzo często gdy planuję wyjazd w góry, przypomina mi się historia o tym, jak wybrałyśmy się z Martą na Mały Szlak Beskidzki. Pewnie nie wracałabym do tej wyprawy tak często myślami, gdyby obeszło się bez przygód. Mały Szlak Beskidzki liczy 137 km i biegnie od Straconki w Bielsku-Białej do Lubonia Wielkiego. Plan był następujący: pakujemy wszystko, co potrzebne jest nam do przeżycia kilku dni w lesie i idziemy. No i poszłyśmy.

Proszę sobie wyobrazić dwie zdeterminowane dziewoje o posturach zdecydowanie odbiegających od strongmenów typu Pudzian. Z dwudziestokilogramowymi plecakami. W górach. Przy 36 stopniach upału. Początek miałyśmy piękny, o poranku temperatura była jeszcze znośna, więc ruszyłyśmy z kopyta na Chrobaczą Łąkę. Z niej już nieco dysząc zeszłyśmy do Zapory Porąbki. Z Porąbki powłócząc nogami i wykańczając zapasy wody próbowałyśmy wturlać się na górę Żar.

 
 Zapora w Porąbce oraz mój garb

Żar - cóż za ironiczna nazwa dla kogoś, kto zastanawia się, czy ten stan, w którym się znalazł, to udar słoneczny czy może choroba wysokościowa na 700 m n.p.m. Podobno na drodze wiodącej na górę Żar można zaobserwować niezwykłe zjawisko - okrągłe przedmioty położone na ziemi zaczynają turlać się pod górę. My zaobserwowałyśmy zjawisko odwrotne - mimo że szłyśmy coraz wyżej, wcale nie znajdowałyśmy się bliżej szczytu.

Gdy w końcu udało nam się dotrzeć na samą górę, wpadłyśmy w środek jarmarku. Dosłownie - na Żar można wjechać kolejką, więc w pogodne dni gromadzą się tam tłumy wrzeszczących dzieci, turystów w klapkach i sprzedawcy lodów świderków oraz innych dobrodziejstw niezbędnych w górach. A w środku tego harmidru pojawiają takie dwa nieszczęścia z plecakami wbijającymi w ziemię. Ze względu na wycieńczenie upałem tego dnia nie dotarłyśmy już nigdzie dalej. Rozłożyłyśmy namiot kawałek dalej na przytulnej polance i padłyśmy jak  nieżywe. 

Widok z Żaru oraz mój Marabut w środowisku naturalnym

Zbiornik wodny na Żarze widziany z Kiczery oraz ruiny szałasu Kamiennego

W kolejnych dniach niemal 40-stopniowy upał nie odpuszczał, odpuściłyśmy za to my. Ustaliwszy, że porywając się na taką wyprawę i tak wyhodowałyśmy większe cojones niż niejeden facet, zdecydowałyśmy o skróceniu trasy. Drugiego dnia dotarłyśmy do schroniska Leskowiec, z którego pamiętam tylko prysznic. Najcudowniejszy prysznic w moim życiu, bo po dwóch dniach dzikiej wyrypy. I meteoryty sunące po niebie.


Szczyt Potrójnej oraz skały w drodze na Leskowiec

Trzeciego dnia doszłyśmy do Zembrzyc. Nie brzmi to imponująco, więc dla nakreślenia sytuacji wspomnę o tym, że miałyśmy już krwiaki i odparzenia od plecaków na ramionach oraz biodrach, a także stopy zdarte do krwi. Dalsze nocowanie w lesie odpadało, bo nie było gdzie uzupełniać zapasów wody, a poza tym - nawet dla nas - temperatura okazała się za wysoka. 

Jeśli jest jakaś góra, która do dziś śni mi się po nocach i sprawia, że budzę się z krzykiem, to jest to Żurawnica (727 m n.p.m.). Nie Świnica, nie Rysy, ale właśnie Żurawnica. MSB z Leskowca wiedzie ostro w dół do Krzeszowa, z którego następnie robimy dwustumetrowe podejście na wspomnianą górę. Stopień nachylenia gruntu do złudzenia przypomina podejście z Polany Trzydniówki na Trzydniowiański Wierch w Tatrach. Z tą różnicą, że w Tatrach szlak nie obsypuje się przy każdym kroku. 

Żurawnica żądna krwi oraz Przełęcz Carchel*

W takiej atmosferze zakończyłyśmy w Zembrzycach nasz górski survival. Nigdy wcześniej ani nigdy później nie przeżyłam w górach niczego podobnego, ale już wiem, żeby następnym razem nie planować urlopu na upalny sierpień. A przygoda czegoś nas nauczyła, bo gdy trzy tygodnie później zdobywałyśmy Rysy, to wyruszyłyśmy o 6:00 ze schroniska, żeby na szczyt dotrzeć przed upałem.

Tak się człowiek w górach uczy pokory.


* Nazwa Przełęczy Carchel pochodzi z języka wołoskiego. Carchla lub cerchla oznacza polanę otrzymaną w wyniku cyrchlenia, czyli wypalanie gruntu pod uprawę.  A sama Żurawnica nie ma nic wspólnego z żurawiną ani żurawiami, gdyż nazwa pochodzi od brukwi żyrskiej, którą karmiono w tej okolicy świnie. Wśród miejscowych góra zyskała sobie miano Żyrawnicy, potem przekształconej w Żurawnicę.