poniedziałek, 4 grudnia 2017

No to jazda! Zamek Topacz i Muzeum Motoryzacji

Zaledwie 10 kilometrów od centrum Wrocławia, w miejscowości Ślęza znajduje się urokliwe miejsce - Zamek Topacz. W dawnym zespole dworskim działa prywatne Muzeum Motoryzacji prezentujące między innymi największą w Polsce kolekcję samochodów Rolls&Royce i Bentley, ale spotkamy tutaj również limuzynę, którą kiedyś jeździł... Aleksander Łukaszenka.


Zamek Topacz po wielu latach zaniedbań i niszczenia w 2002 roku dostał nowe życie. Odkupiony przez nowego inwestora został wyremontowany i przygotowany jako ekskluzywny obiekt hotelowo-konferencyjny. W 2011 roku przyjęto tu pierwszych gości i do dziś Topacz jest popularnym miejscem do organizacji uroczystości rodzinnych, konferencji albo spokojnego weekendu w spa. Wokół znajdują się rozległe tereny zielone idealne na spacer także w chłodniejsze dni.


Nietuzinkową atrakcją Zamku Topacz jest Muzeum Motoryzacji (czynne w soboty i niedziele w godzinach 10.00-17.00). Wśród 200 wyjątkowych eksponatów znajdziemy zarówno pionierskie samochody z lat 30., jak i swojskiego Fiata 125p czy "Malucha". Miłośnicy luksusu z pewnością docenią samochody Rolls&Royce i Bentley, a fanów jednośladów ucieszy bogata ekspozycja motocykli od junaka do harleya.



Bardzo spodobała mi się możliwość wejścia do części samochodów. I tak mogłam zajrzeć do czajki (ГАЗ-14 Чайка), której poprzednim właścicielem był prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenka oraz porównać auto z równie okazałym amerykańskim Buickiem B25. Urzekł mnie też maleńki fiat, który wygląda jakby dopiero co wyjechał z planu filmu reżyserowanego przez Giuseppe Tornatore. Dodatkowego uroku wnętrzu dodaje kolekcja neonów zdemontowanych z wrocławskich budynków.



Jeśli jeszcze nie byliście w Zamku Topacz, to koniecznie nadróbcie straty. Sama długo się tam wybierałam ("bo tak blisko, zawsze będzie okazja"), aż w koncu spędziłam tam bardzo miło czas w pięknej okolicy i wśród wspaniałych, zabytkowych aut.

wtorek, 28 listopada 2017

Znajome rejony - Góry Sowie i Kalenica

Jesienno-zimowe krótkie dni nie sprzyjają wielogodzinnym wędrówkom po górach. Na niedzielę wybrałam więc krótką trasę ze schroniskiem po drodze, w którym można się ogrzać i posilić. Zapraszam na trzeci pod względem wysokości szczyt Gór Sowich - Kalenicę. Będzie też o wiaduktach kolejowych i pozostałościach po kopalni Wenceslaus.



Poprzedni mój wpis dotyczył linii kolejowej numer 296 łączącej Kłodzko i Wałbrzych. Ponownie wybraliśmy się na tę trasę, tym razem już nie krajoznawczo, tylko dojazdowo. Jestem pod wrażeniem tego, jak dobrze skomunikowane są pociągi z Wrocławia z przesiadką w Wałbrzychu - rano zmiana pociągu zajęła nam 15, a po południu jedyne 6 minut! Przesiadka odbywa się szybko, a tabor jest nowy i komfortowy. Naprawdę lubię podróżować Kolejami Dolnośląskimi.

Zdrojowisko

Górską wędrówkę zaczęliśmy o 8:30 na malutkim przystanku kolejowym Zdrojowisko między Ludwikowicami Kłodzkimi a Nową Rudą. Początkowo żółty szlak biegnie wzdłuż torów i prowadzi nas do imponującego wiaduktu kolejowego, przy którym schodzimy na dół na drogę do Jugowa. Więcej o wiaduktach, tunelach i samej linii 296 pisałam TUTAJ.

Wiadukt w Nowej Rudzie

Pierwsze dwa kilometry szlaku biegną przez wieś - idziemy cały czas asfaltem przez Jugów i dopiero za osadą Pniaki wchodzimy w las. Dolnośląskie wsie mają niesamowitą, jak ja to mówię - poniemiecką atmosferę. W Górach Sowich widać to szczególnie mocno, zwłaszcza gdy przyjrzymy się charakterystycznej, niespotykanej na rdzennie polskich ziemiach, architekturze z XIX i początku XX wieku. Gdzieniegdzie spod warstw farby i tynku prześwitują stare napisy przypominające o dawnych mieszkańcach tych ziem.


W lesie od razu wpadamy w błoto. Cóż, taka pora roku - trzeba zaopatrzyć się w stuptuty i przygotować się na grząski teren. Szlak prowadził nas drogą pożarową i okazało się to być dla nas nieco zgubne, bo przegapiliśmy odbicie w lewą stronę. W efekcie zamiast podejść łatwym trawersem, wybraliśmy ścieżkę wiodącą ostro pod górę. Trochę pobłądziliśmy, ale udało nam się dotrzeć na Bielawską Polanę, będącą krzyżówką kilku szlaków. Jest to dobre miejsce na odpoczynek, zwłaszcza że można usiąść w niewielkim szałasie z ławkami i stoliczkiem.

Bielawska Polana i okolice

Z Bielawskiej Polany ruszamy żółto-czerwonym szlakiem w stronę Kalenicy. Zaraz za pierwszym podejściem w lewą stronę biegnie ścieżka na szczyt góry Żmij (887 m n.p.m.). Dziś trudno w to uwierzyć, ale miejsce to kiedyś tętniło życiem. Od 1919 roku miejscowa ludność urządzała tutaj festyny, a w 1938 r. zorganizowano tu nawet bal kostiumowy. Niegdyś popularny punkt widokowy obrósł w wiele legend, takich jak ta o baronie, który rzekomo zaprzęgał zamiast koni oswojone jelenie.

Żmij (zdjęcie archiwalne z dolny-slask.org.pl)

Szczyt Kalenicy (964 m n.p.m.) jest całkowicie zalesiony, ale dzięki wieży widokowej możemy podziwiać stąd panoramę Bielawy, Jugowa i oczywiście Gór Sowich. Stalowa wieża została wykonana w Bielawie w 1932 roku, a na szczycie zamontowano ją rok później. Konstrukcję nazwano wówczas na cześć marszałka Hindenburga – Hindenburgturm.

Kalenica

Z Kalenicy skierujemy się dalej żółto-czerwonym, a następnie tylko czerwonym szlakiem do schroniska Zygmuntówka pod Przełęczą Jugowską, po drodze mijając gnejsowe Słoneczne Skałki i Dzikie Skały. To była moja druga wizyta w tym schronisku - poprzednim razem zawędrowałam tutaj przy okazji zdobywania Wielkiej Sowy.

W drodze do Zygmuntówki

Po przerwie na obiad kierujemy się na zielony szlak, który doprowadzi nas do stacji kolejowej w Ludwikowicach Kłodzkich. Dość szybko wchodzimy na asfaltową drogę bienącą przez Jugów (oczywiście inną część niż rano), następnie szlak na chwilę zbacza w las i wychodzi ponownie na drogę koło Muzeum Molke - czyli same znajome tereny.

Zygmuntówka i szlak w okolicy Jugowa

Poprzednim razem przez Ludwikowice przejeżdżaliśmy autem, więc nie było czasu na rozejrzenie się po okolicy. Ulica Fabryczna to w dużej części dawna osada Molke (Miłków) silnie związana z przemysłem wydobywczym. Mijamy po drodze zrujnowany budynek elektrowni, dawną łaźnię górniczą oraz tablicę upamiętniającą śmierć 151 górników w kopalni Wenceslaus (Wacław) w 1930 roku. Wycieczkę kończymy parę minut po 15:00 na stacji w Ludwikowicach. Świetnie widać z niej długi na 165 metrów wiadukt kolejowy, a dodatkową ciekawostką jest przejście podziemne zdające się w ogóle nie pasować do tak maleńkiej stacji. 


Elektrownia

Stary budynek łaźni oraz pomnik

Wiadukt oraz stacja w Ludwikowicach Kłodzkich

Góry Sowie - zawsze! Warto sprawdzić połączenie kolejowe z przesiadką w Wałbrzychu lub Kłodzku i wyruszyć na Wielką Sowę lub Kalenicę. Na szlaku nie spotkacie wielu ludzi, więc warto wykorzystać weekend albo dwa na poznanie przynajmniej tych najbardziej znanych szczytów.

sobota, 18 listopada 2017

Pociąg do gór - linia kolejowa Kłodzko - Wałbrzych (nr 286)

Linia kolejowa nr 286 z Kłodzka do Wałbrzycha uznawana jest na najbardziej malowniczą trasę w Polsce. Na dystansie zaledwie 52 kilometrów powstały liczne tunele i wiadukty, które miały umożliwić transport kolejowy w trudnym terenie Gór Sowich. Inwestycja była ambitna - zboczami gór miały jeździć pociągi łączące Berlin i Wiedeń. 

Linia została wybudowana w latach 1876-1880 i miała posłużyć skróceniu drogi kolejowej łączącej dwie ważne stolice o 120 kilometrów względem dotychczasowej trasy przez Drezno i Pragę. Najkrótszy dystans oznaczał jednak budowę torów w górzystym terenie u podnóża Wielkiej Sowy i Kalenicy. Pamiętajmy, że pierwszy linie kolejowe (od połowy lat 30. XIX wieku) na terenie Związku Niemieckiego powstawały jako przedsięwzięcia prywatne, bez uwzględnienia całościowego planu komunikacji kolejowej. Z czasem w finansowanie kolei włączało się również państwo, szczególnie tam, gdzie prywatni inwestorzy rezygnowali z budowy np. z powodu trudnych warunków topograficznych. Tak było w przypadku linii 286.

Wiadukt w Ludwikowicach Kłodzkich i nieczynny dworzec kolejowy tamże

Najtrudniejszy do realizacji był odcinek Wałbrzych - Nowa Ruda. Między Wałbrzychem a Ludwikowicami Kłodzkimi wykuto 3 tunele, a między Głuszycą a Nową Rudą wybudowano 8 wielkich stalowych mostów i wiaduktów. Wiadukt w Nowej Rudzie-Zatorzu mierzy około 32 metry wysokości i należy do najwyższych na Śląsku. Tunel pod Małym Wołowcem (między Wałbrzychem a Jedliną-Zdrojem) jest najdłuższym pozamiejskim tunelem kolejowym w Polsce wykonanym metodą drążenia. Są to właściwie dwa równoległe tunele - oddany w 1880 roku mierzy 1560 m (pod koniec lat 90. XX w. został wyłączony z eksploatacji), a ten z 1912 roku (nadal czynny) - 1601 m.

Wiadukt w Nowej Rudzie-Zatorzu (widok współczesny) i tunele pod Małym Wołowcem (1937). Oba zdjęcia pochodzą z dolny-slask.org.pl

Trasa nie została nigdy zelektryfikowana i dziś kursują tędy szynobusy Kolei Dolnośląskich. W tygodniu jest to pięć par pociągów, a w weekendy - cztery. Wykorzystywane są pojazdy Pesy: SA134, SA135 oraz SA139. W sezonie turystycznym można trafić również na przejazd specjalny zabytkowym parowozem. Oprócz ruchu pasażerskiego linia wykorzystywana jest również przez pociągi towarowe. 

Szynobus na stacji Kłodzko Główne i dworzec Wałbrzych Główny

W pierwszy weekend listopada wybraliśmy się na wycieczkę kolejową z Kłodzka do Wałbrzycha, aby na własne oczy przekonać się o malowniczości trasy. Rzeczywiście dało się odczuć, jak od Nowej Rudy pniemy się w górę (między stacją początkową a końcową jest aż 220 metrów różnicy wysokości). W Nowej Rudzie pociąg przejeżdża tuż obok pozostałości po KWK "Nowa Ruda" i duże wrażenie robi widok na budynek niedokończonej Centralnej Rozdzielni Prądu. 


Mnie szczególnie spodobały się mijane stacje kolejowe - w większości opuszczone, zaniedbane, ale wciąż zachowujące urok niemieckiej architektury typowej dla tego obszaru. Napis na dawnym dworcu kolejowym Głuszyca Górna przypomina o burzliwej historii tych ziem. Wprawne oko dostrzeże tutaj aż trzy nazwy: Ober Wüstegiersdorf (1878-1945), Bystrzyck Górny (1945-1948) i Głuszyca Górna (od 1948).

Głuszyca Górna i Jedlina Zdrój

Najlepsze jednak były wiadukty - niemal 150-letnie konstrukcje, które do dziś wzbudzają podziw.  W Nowej Rudzie początkowo włączył mi się lęk wysokości, ale jednak ciekawość nie pozwoliła odsunąć się od okna. Widoki, jakie towarzyszyły nam podczas wycieczki niewątpliwie zostaną na długo w pamięci. Linia nr 286 zachwyca krajobrazami i powoduje, że nabiera się ogromnego respektu dla niemieckich budowniczych. Nawet z dzisiejszą techniką powstanie trasy kolejowej w tak trudnym terenie byłoby nie lada wyzwaniem.


sobota, 11 listopada 2017

Twierdza Kłodzko i zapomniany fort Owcza Góra

Kłodzko większości z nasz kojarzy się z okazałą twierdzą górującą nad miastem. Miałam okazję zwiedzić ją dwukrotnie, a ostatnio udałam się w jeszcze jedno miejsce na drugim brzegu Nysy Kłodzkiej - do Fortu Owcza Góra. Jest to fort pomocniczy Twierdzy Kłodzko i w przeciwieństwie do swojej "matki" rzadko odwiedzany jest przez turystów. 

Zacznijmy od Twierdzy Kłodzko, którą można zwiedzać przez cały rok. Wielką atrakcją są tutaj chodniki minowe - sieć korytarzy, które umożliwiały detonację ładunków wybuchowych z podziemi w przypadku ataku lub oblężenia twierdzy. Twierdza Główna zbudowana na Fortecznej Górze jest jedną z najlepiej zachowanych systemów fortyfikacji obronnych.



Fort pomocniczy na Owczej Górze miał za zadanie uniemożliwić ostrzelanie Twierdzy Głównej, a także stanowił doskonały punkt obserwacyjny. Niestety nie miał szczęścia i nie został zaadaptowany do zwiedzania, w efekcie czego wieku turystów nawet nie wie o jego istnieniu. Zrujnowane budynki nie zostały zabezpieczone i dostępne są dla każdego - co oznacza jedynie tyle, że obiekt niszczeje. 



Jak widać stan fortyfikacji na Owczej Górze pozostawia wiele do życzenia... Mam nadzieję, że znajdzie się inwestor, który tchnie w to miejsce nowe życie, a póki co zapraszam do Kłodzka chociaż na jeden dzień - jest tam co oglądać.