wtorek, 11 grudnia 2018

Twierdza Wrocław: Fort piechoty numer 6 w Polanowicach


Twierdza Wrocław - Festung Breslau - to określenie kojarzące się najsilniej z dramatyczną obroną miasta u schyłku II wojny światowej. Mało kto wie, że Wrocław został ogłoszony twierdzą już dużo wcześniej na mocy cesarskiego rozkazu 14 czerwca 1910 roku. Fakt ten poprzedziło wzniesienie umocnień. Dzisiaj zaprezentuję jeden z fortów oznaczony numerem 6, który zwiedziłam na początku grudnia podczas Fortecznych Mikołajek.



Decyzja o ponownym ufortyfikowaniu Wrocławia zapadła w 1889 r. i jeszcze w tym samym roku przeprowadzono wizje lokalne i przygotowano plan budowy. Do roku 1901 powstało 19 schronów piechoty wchodzących w skład twierdzy. W 1910 cesarz Wilhelm II ogłosił Wrocław twierdzą, a już cztery lata później, gdy wybuchła I wojna światowa, przystąpiono do realizacji projektu wojennej mobilizacji, w ramach której powstawały kolejne obiekty. W 1916 odsunięto od Wrocławia zagrożenie atakiem rosyjskim i rozbudowę przerwano.


W skład twierdzy weszło: 16 punktów oporu piechoty, w tym pięć zbudowanych w czasie pokoju; 24 schrony piechoty, w tym schrony powstałe w czasie mobilizacji w 1914 oraz schrony z lat 1890–1901 modernizowane po 1910; 14 jazów fortecznych na rzekach Widawie i Ślęzie; 5 baterii artyleryjskich; 1 schron amunicyjny. (Źródło danych: Wikipedia.org). Obiekty były częściowo wykorzystane podczas oblężenia w 1945 roku, następnie przejęło je wojsko oraz obrona cywilna. Część z nich wyburzono, część pozostała opuszczona. W forcie piechoty numer 6 w Polanowicach Wrocławskie Stowarzyszenie Fortyfikacyjne przygotowało małą ekspozycję muzealną.



Do Polanowic wybierałam się już od długiego czasu, aż w końcu nadarzyła się okazja - Forteczne Mikołajki. Oprócz atrakcji dla dzieci w programie znalazło się też coś dla miłośników historii - zwiedzanie fortu. Został on zbudowany w latach 1890-91 i początkowo miał pełnić funkcję schronu piechoty. W 1910 roku powstała betonowa pozycja strzelecka, utworzono dwa schrony pogotowia i wartownię oraz przebudowano sam obiekt na fort. 

Schron pogotowia

Fort był doskonale wyposażony na owe czasy - posiadał elektryczną instalację alarmową, łączność telefoniczną, oświetlenie, nowatorski system wentylacji, ale najbardziej mnie urzekł prosty, ale jakże pomysłowy sposób na komunikację między obiektami - rury głosowe. Będąc w schronie pogotowia można było sobie swobodnie rozmawiać z żołnierzami obecnymi w głównej części fortu. Stowarzyszenie, które opiekuje się obiektem, udrażnia te rury i już teraz można sprawdzić, jak doskonały w swej prostocie był ten system. 



Schron był jedynie sporadycznie wykorzystywany przez wojsko, a po pierwszej wojnie światowej pełnił funkcje magazynu. Na krótko go zmobilizowano w czasie obrony Festung Breslau, a podczas kapitulacji 6 maja 1945 roku oddano go bez walki. Po wojnie służył Wojsku Polskiemu, a w 1987 roku przekazano go władzy cywilnej. Wtedy rozpoczęły się trwające wiele lat dewastacje, kradzieże elementów wyposażenia na złom, zaśmiecanie... 



W 2013 roku fort trafił pod opiekę Wrocławskiego Stowarzyszenia Fortyfikacyjnego, które od tego czasu systematycznie porządkuje teren, wyposaża wnętrza i dba o obiekt. Każdy chętny może się włączyć w prace stowarzyszenia. Widać, jak wiele serca i pracy włożono w rewitalizację tego miejsca. Trzymam kciuki za dalsze sukcesy i polecam obserwować stronę oraz fanpage stowarzyszenia. A już w następnym wpisie pokażę Wam podobny obiekt, który wciąż czeka na swoją szansę na drugie życie.



Tworząc wpis, korzystałam m. in. z Wikipedii oraz www.nowa.fortwroclaw.pl

niedziela, 9 grudnia 2018

Pałac w Chocianowie - czekając na cud

Czy zrujnowane pałace na Dolnym Śląsku kiedykolwiek mi się znudzą? Co jest takiego fascynującego w odrapanych tynkach i oknach pozbawionych szyb? Może dzięki zdjęciom udaje się na chwilę zatrzymać czas póki jeszcze jest co oglądać? Tak może być w przypadku pałacu w Chocianowie, który od kilkudziesięciu lat czeka na remont...


Historia tego miejsca sięga czasów średniowiecza. W XIII wieku książę świdnicko - jaworski Bolko I Surowy wzniósł w Chocianowie gotycki zamek, który stał się rezydencją książąt legnickich. W 1444 roku warownia stała się lennem rodziny Dornheinów, a w kolejnych wiekach rezydowali tu Nostitzowie, Stoschowie i Dohnowie. Zamek często przechodził z rąk do rąk.


XVIII wiek przyniósł sporo zmian. Ówczesny właściciel - Melchior Gottlob von Redern zlecił przebudowę zamku na piękną barokową rezydencję magnacką, zachowując z oryginalnej konstrukcji jedynie charakterystyczną wieżę. Przebudowy podjął się architekt Marcin Frantz z Rewla. W tym czasie powstał również otaczający pałac park, którego pozostałości zachowały się do dziś. 

Koło pałacu znajduje się taki "cmentarz" rzeźb.

W XIX wieku rezydencja przeszła kolejny remont, jednak nie było dane długo cieszyć się efektami. Podczas II wojny światowej pałac został uszkodzony i mimo zabezpieczenia obiektu po wojnie, nigdy nie podniósł się on ze zniszczeń. Po kilkudziesięciu latach w stanie ruiny w 1997 roku przeszedł w ręce prywatne. Teren jest ogrodzony, a wejścia pilnują psy. Od ponad 20 lat nie udało się jednak przywrócić go do stanu użytkowego. Może w końcu wydarzy się cud i pałac odzyska swój dawny blask? Chyba tylko na to można już liczyć. 

Pozostałości przypałacowego pawilonu oraz budynku oficyn. 

niedziela, 2 grudnia 2018

Towarzysze! Bez paniki! Opuszczona baza paliwowa w Raszówce

W niewielkiej wsi Raszówka, położonej 12 kilometrów na północ od Legnicy, spotkać można w lesie całkiem spory kompleks budynków. Choć znalezisko jest niezwykłe, to w tej okolicy nie powinno nikogo dziwić. Nie tak daleko mamy przecież Pstrąże - "miasto duchów", opuszczony szpital w Legnicy czy fabrykę materiałów wybuchowych w Krzystkowicach. Co łączy te wszystkie miejsca?


Cofnijmy się do końca lat 30 XX wieku. Stacja kolejowa Verderheide (obecnie Raszówka) - niedługo przed wybuchem II wojny światowej. Ruch w tym miejscu jest większy niż zwykle, a wszystko za sprawą intensywnej budowy w pobliskim lesie. Na terenie 24 hektarów powstaje baza paliwowa wraz z zapleczem magazynowym dla sprzętu wojskowego. Lokalizacja została dobrze przemyślana - transport ułatwić ma specjalnie wybudowana bocznica kolejowa z rampą. Paliwo miało być magazynowane w dwunastu zbiornikach napowietrznych o pojemności 60 tys. litrów. Wielokondygnacyjne magazyny rosły zarówno w górę, jak i pod ziemię, budowano windy i rampy. Budowę kompleksu kontynuowano nawet po rozpoczęciu wojny. 



Opuszczona dziś baza już z wyglądu przywołuje skojarzenia z Krzystkowicami czy Pstrążem. Wszystkie te opuszczone i tajemnicze miejsca łączy historia - po zakończeniu II wojny światowej trafiły w ręce Rosjan i mimo że oficjalnie znalazły się w granicach Polski - to nie nasi rodacy się nimi "zaopiekowali". Rosjanie rozbudowali bazę paliwową na powierzchni 65 hektarów, powstały nowe cysterny, rurociągi, warsztaty i garaże. Baza pozostała w rękach naszego "bratniego narodu" aż do 1993 roku. Dopiero po podpisaniu porozumienia między prezydentami Polski i Federacji Rosyjskiej baza paliwowa stała się własnością polskiego Urzędu Rejonowego w Lubinie.



Do dziś brakuje jednak zainteresowania i pomysłu na to, co zrobić z tym problematycznym terenem. Obszar bazy został sprzedany uprawnionej grupie "zabużan" jako rekompensata za utracone mienie. Niestety brak zainteresowania właścicieli (często mieszkających w oddalonych od Raszówki częściach kraju) doprowadził do dewastacji terenu oraz znajdującej się na nim infrastruktury. Obecnie dawna baza paliwowa wykorzystywana jest do gry w paintball, przyciąga miłośników opuszczonych budynków i - co gorsza - zamienia się w dzikie wysypisko śmieci. Niestety szanse na to, że coś się tutaj zmieni, są niewielkie. 




niedziela, 25 listopada 2018

Uliczne kapliczki w Neapolu

Neapol jest zaskakującym miastem leżącym na granicy sacrum i profanum. Na wąskich, brudnych uliczkach spotkać można kapliczki jak nie z tej ziemi - zadbane kolorowe, wręcz pstrokate. Im więcej, tym lepiej. 


Kapliczki są jedną z najbardziej charakterystycznych rzeczy w Neapolu - spotkać je można niemal na każdej uliczce. Głęboko wierzący neapolitańczycy dają wyraz swojemu oddaniu poprzez taki rodzaj sztuki ulicznej. Najwyraźniej wychodzą z założenia, że im bardziej kolorowo, tym bliżej Boga. Te urocze kapliczki tworzą klimat Neapolu!




Vallone dei Mulini - dolina opuszczonych młynów w Sorrento

W krótkie, przygnębiające listopadowe dni można tylko wspominać. I tak oto myślami wróciłam do Włoch, do Sorrento i niezwykłej Doliny Młynów.



Idziesz przez tłum turystów (w końcu kurort), przesz do przodu i nagle trafiasz na ogromną dziurę w ziemi. Tak właśnie wygląda Vallone dei Mulini - jedno z najpiękniejszych miejsc w Zatoce Neapolitańskiej. W samym środku turystycznego miasta trafić można na miejsce jakby nie z tej ziemi. 


Kamienne młyny zbudowano już w XIII wieku. Przepływający przez dolinę strumień sprawiał, że było to idealne miejsca na powstanie tego typu budowli. Wraz z rozwojem nowoczesnego przemysłu znaczenie młynów malało, aż w końcu zamknięto je na początku XX wieku. Niezwykle malownicze ruiny stanowią dziś jedną z atrakcji Sorrento.


Nietypowe ukształtowanie terenu spowodowała erupcja wulkaniczna sprzed 37 000 lat. Wraz z upływem czasu woda przedarła się przez wulkaniczny gruz. Na dnie doliny wytworzył się specyficzny mikroklimat, sprzyjający wzrostowi roślinności, zwłaszcza paproci. Jest to piękne, magiczne miejsce. Must-see dla wszystkich będących w okolicy.