niedziela, 17 czerwca 2018

Bielice - wieś w cieniu Rudawca i Kowadła (Korona Gór Polski)

Jest takie miejsce w Sudetach, gdzie można zdobyć dwa szczyty Korony Gór Polski w jeden dzień. Czy warto i co ciekawego zobaczycie po drodze - opowiem Wam za chwilę. Zapraszam Was na górską wędrówkę na Rudawiec i Kowadło.

Planując tę trasę - na mój 21 i 22 szczyt Korony, nie spodziewałam się żadnych trudności. Muszę jednak zwrócić tym górom honor - podejścia dały nam trochę popalić, zwłaszcza że musieliśmy wejść na Rudawiec, zejść do doliny i wejść na Kowadło, a następnie wrócić na dół. Byliśmy też już trochę zmęczeni po paru dniach upalnej majówki i chodzenia po górach, ale spokojnie - trasa jest całkiem łatwa, jak się jest w pełni sił i nie powinna nikomu sprawić problemów.


Zaparkowaliśmy auto w Bielicach w rejonie leśniczówki. Jest tam malutki parking, ale w okresie szczytu turystycznego szybko się zapełnia, na szczęście można stanąć także wzdłuż drogi. Na pierwszy cel obraliśmy wyższy szczyt - Rudawiec w Górach Bialskich (1112 m n.p.m.). Po krótkim dreptaniu po płaskim obszarze tzw. Nowej Bieli (o której napiszę później), stanęliśmy przed sporym podejściem. Trzeba było się zmierzyć ze stromym stokiem i dopiero po około 40 minutach podejścia zaczęło się nieco wypłaszczać. Mniej więcej od Uroczyska szlak biegnie granią i idzie się łagodniej, ale wciąż pod górkę. Na szczycie Rudawca można na chwilę odpocząć i zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia. Najprostsze zejście znakowanym szlakiem biegnie tę samą drogą w dół.



Wróciliśmy do Bielic - do punktu wyjścia. Niedługo cieszyliśmy się ze schodzenia - znowu czekało nas ostre podejście pod górę. Trasa na Kowadło nie jest długa - zaledwie godzina marszu pod górę, ale nachylenie stoku sprawia, że nie jest to lekki spacerek. Początek idzie się łagodniej drogą, ale po paru minutach szlak odbija w las i zaczyna się wspinaczka. Na szczęście trasa nie jest długa i udało nam się w miarę sprawnie dotrzeć na Kowadło (988 m n.p.m.) - najwyższy szczyt po polskiej części Gór Złotych.. Zejście - ponownie jak w przypadku Rudawca - robimy tym samym szlakiem, tylko, naturalnie, w dół.



Wróćmy jeszcze do płaskiego obszaru tzw. Nowej Bieli. Nie jest przypadkiem, że ten kawałek łąki ma swoją nazwę. W tym miejscu znajdował się nieistniejący dziś przysiółek wsi Bielice (d. Bielendorf) zwany Neu Bielendorf. Dlaczego zatem dziś mówimy Nowa Biela, a nie Nowe Bielice? Otóż Bielice przez pewien czas po 1945 roku nosiły właśnie nazwę Biela. W Neu Bielendorf w 1693 roku urodził się Michael Klahr, słynny śląski rzeźbiarz epoki baroku. Po wysiedleniu ludności niemieckiej po 1945 roku przysiółek nie został ponownie zasiedlony ze względu na surowe warunki gospodarowania. Resztki zabudowy oraz kaplicę rozebrała Straż Ochrony Pogranicza. O historii tego miejsca przypominają dziś tylko krzyż, tablica pamiątkowa i resztki fundamentów widoczne po obu stronach rzeki.


Nowa Biela kiedyś i dziś (zdjęcia archiwalne z dolny-slask.org.pl)

Same Bielice zresztą też straciły na znaczeniu po wojnie. Dawniej wieś leżała na popularnej trasie turystycznej kuracjuszy z Lądka Zdroju na Hruby Jesenik przez Puszczę Jaworową. Zatrzymywano się w Bielicach, aby odpocząć w gospodzie i wynająć przewodnika.W okresie międzywojennym powstała tutaj skocznia narciarska i tor saneczkowy, istniały także hotel oraz schronisko młodzieżowe i duże schronisko "Saalwiesenbaude". Był to popularny ośrodek do uprawiania sportów zimowych. Po 1945 roku Bielice zostały słabo zaludnione z powodu położenia w pasie przygranicznym i trudnych warunków do produkcji rolnej. Popularność miejsca wzrosła dopiero w latach 70., kiedy powstała tu baza studentów wydziału cybernetyki Politechniki Wrocławskiej "Chata Cyborga". To właśnie w niej można dostać pieczątkę potwierdzającą zdobycie okolicznych szczytów.

Dawne Bielice, po prawej schronisko Saalwiesenbaude (zdjęcia archiwalne z dolny-slask.org.pl)

Bielice - choć peryferyjnie położone - mają swoją ciekawą historię i kuszą dobrymi warunkami do uprawiania turystyki górskiej. Zdobycie dwóch szczytów Korony w jeden dzień - jak widać - jest możliwe i choć potrafi wycisnąć z człowieka siódme poty w upalny dzień, to pozostaje miłym wspomnieniem i ciekawym osiągnięciem. 



Pałac w Goszczu - upadłe dziedzictwo Reichenbachów

Pałac von Reichenbachów w Goszu, choć jest opuszczony, to jednak znajduje się w miejscu pełnym życia.W jego oficynach utworzono mieszkania, niedaleko znajduje się ruchliwa droga, a po sąsiedzku stoi kościół ewangelicki, który w końcu doczekał się remontu. I tylko sam pałac zieje pustką i jakby chciał się zapytać: a co ze mną? 

Pałac w Goszczu - kiedyś i dziś (zdjęcie archiwalne z dolny-slask.org.pl)

Po dojechaniu do Goszcza jako pierwszy w oczy rzucił nam się kościół ewangelicki. Późnobarokowa świątynia z połowy XVIII wieku jest jednym z najstarszych istniejących kościołów ewangelickich w Polsce. Została opuszczona w 1945 roku i od tego czasu niszczała. Pod koniec 2017 roku w końcu coś się w tej kwestii zmieniło i rozpoczął się remont. Kościół ma zostać przeznaczony na cele kulturalne i już dziś widać postęp prac - położono zupełnie nowy dach.


Ruszyliśmy dalej w kierunku pałacu i obeszliśmy go od tyłu, trafiając na parkowy staw i... budynek mieszkalny. Spojrzeliśmy na nowe, plastikowe okna i na siebie; "to tu ktoś mieszka?". Okazuje się, że tak. Po latach dostrzeżono także potencjał założenia pałacowego i wyremontowano część oficyn i budynków zespołu. W wyremontowanej części powstało Centrum Edukacyjno-Kulturalno-Turystyczne, w pozostałych budynkach znajdują się mieszkania. Sam pałac niestety nie ma szans na nowe życie - jego remont pochłonąłby dziesiątki albo setki milionów złotych, a takich pieniędzy w Goszczu nie ma.


Pierwszy pałac w Goszczu wybudowano w latach 1730-40 w miejscu dwunastowiecznego zamku. Jego historia była jednak krótka, bo już w 1749 r. strawił go pożar. Między 1749 a 1755 rokiem postawiono istniejący do dzisiaj pałac według projektu śląskiego architekta epoki baroku, Karla Martina Frantza. Założenie pałacowe zorientowano na planie prostokąta z dziedzińcem w środku (obecny Plac Pałacowy). Pałac do 1945 roku należał do rodziny Reichenbachów, następnie zajęła go Armia Czerwona, później trafił w ręce Polaków. W wigilię Bożego Narodzenia 1947 roku pałac doszczętnie spłonął - prawdopodobnie podpalony przez szabrowników zacierających ślady rabunku.

Pałac w Goszczu - kiedyś i dziś (zdjęcie archiwalne z dolny-slask.org.pl)



Choć po rozebranej  w 1965 r. za zgodą konserwatora zabytków oranżerii i budynkach parkowych nie pozostał już żaden ślad, to w Goszczu znajdziemy jeszcze jedną pamiątkę po Reichenbachach. Wystarczy wyjść główną bramą, przejść przez drogę i wejść w ulicę Adama Asnyka. Po prawej stronie zostawić współczesny cmentarz katolicki i iść ścieżką z lewej strony. Trafimy w ten sposób na dawny, dziś kompletnie zrujnowany, cmentarz ewangelicki z okazałym mauzoleum rodzinnym. Zachowały się tu nieliczne nagrobki i zniszczony pomnik upamiętniający śmierć hrabiów Heinricha, Fabiana Heinricha i Konrada Heinricha Krzysztofa von Reichenbach, którzy polegli w I wojnie światowej. 



Goszcz to kolejny pałac ze smutna historią upadku i dewastacji. Z jednej strony cieszy rewitalizacja części budynków, ale równocześnie mam świadomość, że to tylko kropla w morzu potrzeb. Takich pałaców, dworków i zamków jest na Dolnym Śląsku niezliczona ilość. O większości z nich nikt już nawet nie pamięta. 

Bełcz Wielki - czyli jak unicestwić pałac w kilka lat

W niepisanym kodeksie urban exploration zwraca się uwagę na ochronę miejsc poprzez nieudostępnianie ich lokalizacji. W przypadku pałacu w Bełczu Wielkim nie ma to już sensu. Można było go ratować jeszcze jakieś 8 lat temu, zanim zniknęły schody, boazerie, sztukaterie... zanim ograbiono go ze wszystkiego. Zanim strawił go pożar. Bełcz Wielki już nie stanie na nogi. Czy musiało tak być?

Zanim zaczniecie dalej czytać i oglądać zdjęcia, wejdźcie na TĘ STRONĘ. W pałacu z takich zdjęć się zakochałam i zapragnęłam go odwiedzić. Wtedy, koło 2010 roku, można było go ratować. Trzeba było go ratować. Niestety brak gospodarności, szereg naiwnych decyzji i wandalizm doprowadziły pałac do kompletnej ruiny w ciągu zaledwie paru lat.


Choć wygląda na zniszczonego życiem staruszka, jest całkiem młody, jak na dolnośląskie pałace. Historia majątku sięga XVIII wieku, ale dopiero ostatnia przebudowa z 1910 roku, nadała pałacowi zachowany do dzisiaj kształt. Ostatnim właścicielem był Ludwig Dürr - główny konstruktor i dyrektor techniczny firmy Luftschiffbau Zeppelin GmbH produkującej słynne sterowce. W trakcie drugiej wojny światowej, prawdopodobnie z powodu wysokich kosztów utrzymania i zadłużenia właściciela, majątek znajdował się już w rękach państwa niemieckiego.

Kiedyś i dziś (zdjęcie archiwalne z dolny-slask.org.pl)

Wojnę przetrwał nietknięty i nic nie zwiastowało katastrofy. Po 1945 roku budynek został zaadaptowany na potrzeby szkoły rolniczej, a od lat 70. mieścił się tutaj zakład i ośrodek wychowawczy dla dzieci upośledzonych umysłowo, następnie z zaburzeniami w zachowaniu. Pałac był otoczony opieką i stale użytkowany aż do 1997 roku. A potem się zaczęło.



Radni gminy w Niechlowie przekazali pałac w ramach darowizny (!) podwrocławskiej fundacji, która obiecywała utworzenie w budynku domu opieki społecznej. Na wizjach się skończyło i wkrótce pałac został sprzedany, a ktoś zrobił interes życia. Zgłoszenie sprawy do prokuratury i zatrzymanie szefa fundacji nie zmieniło wiele - pałac zmieniał właścicieli, ale żaden z nich nie był w stanie zapewnić zabytkowi należytej opieki. W końcu właścicielem została spółka Gant Development (ta sama, która wybudowała kłopotliwe Odra Tower we Wrocławiu), ale ta w 2015 roku zbankrutowała.



Pałac został pozostawiony na pastwę losu. Niezabezpieczona posiadłość szybko stała się łakomym kąskiem dla poszukiwaczy mocnych wrażeń, żuli, imprezowej młodzieży i nie wiadomo kogo jeszcze. Błyskawicznie rozkradziono wszystko - od pozostawionego wyposażenia, poprzez kable wyrwane ze ścian aż po drewniane boazerie, schody i balustrady. Pewnie ładnie wyglądają u kogoś w domu albo po prostu przydały się zimą na opał. 16 maja 2016 roku był dniem ostatecznego upadku rezydencji. Pałac stanął w ogniu, a pożar strawił całą więźbę dachową i sam dach. Płonął 10 godzin.



Nie ma we mnie optymizmu, kiedy patrzę na tego wybebeszonego trupa. Zbyt wiele widziałam opuszczonych pałaców, aby liczyć, że stanie on jeszcze kiedyś na nogi. Pożar był gwoździem do trumny, a budynek bez dachu postoi jeszcze parę lat, aż zawalą się stropy i zostaną same rozpadające się ściany. I nie będzie go żal, bo żal być powinno tego, co zobaczyliście w linku na początku wpisu. Bełcz Wielki został zdemolowany i pozbawiony szans. Wstyd. 

niedziela, 10 czerwca 2018

Willa Daisy, nazistowskie mauzoleum i wieża na Borowej

Dwa tygodnie temu zachciało mi się szybkiego wypadu tak na pół dnia - trochę po górach, trochę po mieście, bez spinki i bez pośpiechu. Siedem godzin później i 19 kilometrów dalej okazało się, że wyszło tak jak zwykle i ledwo zdążyliśmy na pociąg, który miał być "ostateczną alternatywą, bo na bank będziemy wracać wcześniej". Ale za to ile zobaczyliśmy!

Wałbrzych jest dla mnie miastem, przez które wiele razy przejeżdżam, ale w sumie rzadko kiedy mam czas się w nim zatrzymać, aby zobaczyć coś więcej. Tym razem postanowiłam, że będzie inaczej, zwłaszcza że zebrało mi się tam kilka punktów do zobaczenia. No to w drogę!


Wysiedliśmy z pociągu na stacji Wałbrzych Fabryczny i od razu zrozumieliśmy, skąd wzięła się nazwa przystanku - kopalniane szyby dawnej Kopalni Wałbrzych nie pozostawiały żadnych złudzeń, czemu to właśnie w tym miejscu zatrzymuje się pociąg. Kiedyś zapewne zatrzymywał się częściej, ale odkąd kopalnia została zamknięta 1999 roku, miejsce to straciło na znaczeniu.


Ruszliśmy spacerem w kierunku Śródmieścia, zatrzymując się na kampusie Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej. To właśnie tutaj, wśród uczelnianego zgiełku, lecz nieco na uboczu stoi budynek o niezwykłej wartości historycznej. Jest to willa Księżnej Daisy, ostatniej Pani na Zamku Książ. W latach 1941-43, po wysiedleniu z Książa, Daisy spędziła tutaj ostatnie chwile życia i tutaj zmarła 29 czerwca 1943 roku - zaledwie dzień po swoich 70 urodzinach. Nie było jednak dane księżnej spocząć w pokoju w rodzinnym mauzoleum w Parku Książańskim - dębowa trumna z ciałem Daisy była parokrotnie przenoszona z powodu kolejnych grabieży grobu i w obawie przed nadciągającą Armią Czerwoną. Równie smutny był los willi - póki zajmowała ją uczelnia, budynek był otoczony pewną opieką. Niestety od lat wieje tu pustką, a kolejne wizje zaadaptowania willi pełzną na niczym.


Z tego smutnego miejsca skierowaliśmy się w stronę rynku, a następnie rozpoczęliśmy wspinaczkę niebieskim szlakiem na zbocza góry Niedźwiadki. Niech nikogo nie zmyli ta sympatyczna nazwa - obiekt, który mieliśmy tu zobaczyć, nie ma w sobie nic przyjemnego. Mauzoleum powstałe w latach 1936–1938 miało upamiętniać ofiary I wojny światowej, ale nieoficjalnie chodziło o coś zupełnie innego. Wałbrzych był sceptycznie nastawiony do polityki Hitlera, przeważały tu idee socjalistyczne, a budowa "świątyni nazizmu" miała charakter propagandowy i powstała po to, aby rozpowszechniać nazizm.


Zdjęcia z dolny-slask.org.pl

Coś w tym jest - górująca nad miastem budowla inspirowana starożytnymi świątyniami mogła budzić grozę. Pierwotnie na dziedzińcu znajdowała się kolumna z płonącym wiecznym ogniem, przed wejściem postawiono dwa rzędy nazistowskich flag, a wejścia pilnowały posągi orłów. Po wojnie usunięto wszystkie nazistowskie symbole, ale mauzoleum nadal owiane jest złą sławą - tym razem dlatego, że w niszczejącym budynku okoliczni mieszkańcy urządzili sobie melinę. Trudno przewidzieć, jaki będzie dalszy los tego miejsca. Nikt chyba za bardzo nie ma ochoty zawracać sobie nim głowy.


Z mauzoleum podążyliśmy dalej niebieskim szlakiem przez Niedźwiadki. Jak na tak niewysoką górę, to trzeba przyznać, że potrafi wycisnąć z człowieka siódme poty ostrymi podejściami, które w upalny dzień doskwierają jeszcze bardziej. Z Niedźwiadków zeszliśmy do doliny, aby ponownie stanąć przed podejściem pod górę w kierunku Przełęczy Szybkiej. Dla nas była ona jednak dość wolna - duszne, majowe powietrze sprawiało, że ciężko było złapać oddech.


Po krótkiej przerwie na przełęczy skierowaliśmy się na kolejne podejście, tym razem na górę o przeuroczej nazwie Dłużyzna. Wbrew nazwie poszło nam całkiem sprawnie i już po chwili zatrzymaliśmy się parę kroków przez Małym Wołowcem. Dlaczego akurat tutaj? Pamiętacie mój wpis o opuszczonych tunelach kolejowych w Górach Wałbrzyskich? Stanęliśmy dokładnie w miejscu, w którym pod naszymi stopami znajdował się tunel pod Małym Wołowcem - najdłuższy pozamiejski tunel kolejowy w Polsce wykonany metodą drążenia. Jeszcze niecały miesiąc wcześniej wchodziliśmy do wnętrza góry, a teraz byliśmy dokładnie na niej.

Dawid stoi dokładnie nad tunelem :-)

Kontynuowaliśmy wędrówkę niebieskim szlakiem, wchodząc jeszcze na Wołowiec i Kozioł - tak cały czas góra-dół, góra-dół. Tak właśnie wyglądają lajtowe spacery po górach ze mną - nie polecam się, naprawdę ;-) Z Wołowca rozpościerał się przepiękny widok na Chełmiec i okolicę, który chociaż trochę ukoił nasze zmęczenie wędrówką. Sama nie wiem, co było gorsze - ostre podejścia czy zejścia, na których wyzywałam, że zostawiłam w domu kijki (bo przecież to tylko taki spacerek po górach).


Prawdziwy wycisk dostaliśmy praktycznie na sam koniec - ponownie straciliśmy wysokość, schodząc do Przełęczy Koziej, z której mieliśmy już tylko 200 metrów przewyższenia (na 0,6 km) przy podejściu czarnym szlakiem na Borową. Przyznaję, dało nam to mocno w kość, ale robiąc dobrą minę do złej gry, ochoczo ruszyłam pod górę, bo przecież wcale nie będzie tak źle. Ale zimą bez raków, to bym się tym szlakiem nie wybrała ;-) Na Borowej ostatnio zrobiło się dość tłumnie - odkąd jesienią zeszłego roku otwarto wieżę widokową, miejsce stało się popularnym celem wycieczek dla wielu osób. Borowa jest najwyższym szczytem Gór Wałbrzyskich, choć nie zalicza się do Korony Gór Polski, która za najwyższy uznaje nieznacznie niższy Chełmiec. Sytuacja wynikła z błędnego pomiaru wysokości szczytów, ale mimo tego nie zdecydowano się na wprowadzenie korekty w wykazie Korony.



Nie zdecydowaliśmy się na zejście czarnym szlakiem (bez czekana mogło być to niebezpieczne;-)) i zdecydowaliśmy się obejść szczyt czerwonym szlakiem z powrotem do Przełęczy Koziej, z której kontynuowaliśmy wędrówkę żółtym szlakiem w kierunku Wałbrzycha. W pewnym momencie stanęliśmy na rozwidleniu drogi - mogliśmy iść po płaskim, obchodząc Zamkową Górę albo wejść pod górę i zobaczyć zamek. Zamek - super, idziemy! Tylko że zamki mają to do siebie, że budowane były na trudno dostępnym terenie i ten nie był wyjątkiem. Przeklinając po raz setny tego dnia, wczołgaliśmy się kolejny raz pod górę. A jak weszliśmy, to trzeba zejść - znów jakimś koszmarnie ostrym stokiem.

Widok z Przełęczy Koziej oraz sama przełęcz widziana z oddali

Zamek Nowy Dwór i takie typowe zejście-podejście tego dnia

Tak nam ta trasa dała popalić, że w sumie ledwo zdążyliśmy na ten ostatni pociąg z Wałbrzycha. Przeszliśmy piękną i bardzo ciekawą trasę, ale niepotrzebnie zbagatelizowaliśmy Góry Wałbrzyskie. To, że są niskie, nie znaczy, że nie mają ostrych podejść. Następnym razem nie będę wybierać "łatwych" tras, tylko te trudne - przynajmniej od razu wiadomo, czego się spodziewać :-)