sobota, 30 maja 2020

Co w lesie piszczy? Zatopiona kopalnia Bibiela

Co się kryje w lesie koło Tarnowskich Gór? Jakie sekrety skrywają jeziorka pośród kniei? Dokąd tupta nocą jeż? Na przynajmniej część tych pytań postaram się dziś znaleźć odpowiedź. Zabiorę Was na wycieczkę, podczas której poszukamy śladów zatopionej kopalni oraz pokażę Wam pałacyk myśliwski Donnersmarcków zwany współcześnie "Gierkówką".


Bibiela jest maleńką miejscowością położoną pośród lasów województwa śląskiego, na północ od Tarnowskich Gór, w okolicy Miasteczka Śląskiego oraz Portu Lotniczego Katowice - Pyrzowice. Ta pozornie nieciekawa okolica skrywa parę tajemniczych miejsc, które postanowiliśmy odwiedzić wczesną wiosną. Lasy w tym rejonie są świetnym miejscem na długi spacer lub wycieczkę rowerową. Zaparkowaliśmy auto na leśnym parkingu i ruszyliśmy na poszukiwania zatopionej kopalni, z której słynie Bibiela.


Jeśli chcielibyście kiedyś trafić w to miejsce, to szukajcie jeziorek. Ale po kolei. W głębi lasu zwanego przez miejscowych Pasiekami znajduje się zatopiona kopalnia rud żelaza i kruszcu. Uruchomiono ją w 1886 roku i w swoim czasie była ona jedną z najwydajniejszych w Europie kopalń rud żelaza. Powstały cztery szyby, kolej wąskotorowa do wywożenia urobku, a wodę z wyrobiska odprowadzały ponad 90-metrowe sztolnie. Kopalnia od początku miała problemy z zalaniami, ale przez 30 lat dawano sobie z tym radę przy wykorzystaniu czterech wydajnych pomp parowych. Tak było do jednego feralnego dnia...


17 stycznia 1917 roku o godzinie 11:00 zauważono w jednej ze sztolni podnoszący się poziom wody. Udało się go wypompować, lecz już o 14:00 górnicy usłyszeli huk i kopalnia błyskawicznie zaczęła się zapełniać wodą. W ciągu dwóch godzin całe podziemia z wyposażeniem zostały całkowicie zatopione. Na szczęście nie zginął nikt z 700-osobowej załogi - wszystkim górnikom udało się uciec przed żywiołem. W tym samym roku podjęto się próby osuszenia kopalni, sprowadzono nawet do tego celu maszyny parowe z Gliwic. Niestety działania te okazały się nieskuteczne. W okresie międzywojennym wrócił temat ponownego uruchomienia wyrobisk, ale okazało się, że zalewająca kopalnię woda pochodzi z podziemnego jeziora. Nigdy nie udało się wznowić wydobycia.


Choć dziś kopalnia Bibiela jest już tylko wspomnieniem, to warto się wybrać na wycieczkę w jej okolice, aby poszukać pozostałości po zalanym zakładzie. O istnieniu w tym miejscu kopalni przypominają nieliczne zabudowania, niestety doszczętnie zrujnowane. Przyroda szybko odebrała, co jej i po prężnie działającym zakładzie przemysłowym zostały już tylko wspomnienia. Leśny przysiółek jest jednak przyjemnym miejscem na jednodniowe wycieczki, a kolorowe jeziorka przypominają o bogactwie, jakie skrywa się pod ziemią.


Będąc w Bibieli, możecie podjechać w jeszcze jedno ciekawe miejsce. Parokrotnie pisałam już o pałacach Donnersmarcków - śląskich magnatów przemysłowych (między innymi w Świerklańcu, Brynku i Nakle Śląskim). Jeden z ich pałaców, a raczej pałacyków, znajduje się również w Bibieli. Jest to rezydencja znacznie mniejsza i skromniejsza, nadano jej praktyczną formę dworku myśliwskiego. Budynek powstał w 1890 roku i służył Donnersmarckom podczas polowań w okolicznych lasach. W latach 70. XX wieku pałacyk przekazano PRL-owskim notablom i stąd wzięła się jego współczesna nazwa - "Gierkówka". Podobno specjalnie dla I Sekretarza PZPR zbudowano w ogrodzie basen (istnieje do dziś - w ruinie). Następnie znajdował się tam Dom Samotnej Matki, a obecnie obiekt znajduje się w rękach prywatnych i obejrzeć go można jedynie zza ogrodzenia. 

Pałac myśliwski Donnersmarcków - "Gierkówka" | Zrujnowany basen

Bezkresne lasy w okolicy Bibieli nie są zbyt znane i z pewnością spodoba Wam się tutaj, jeśli zechcecie zrelaksować się za miastem. Wielkim atutem tego miejsca jest nie tylko przyroda, ale i ciekawa historia ukryta w niepozornej leśnej gęstwinie. Kto wie, może komuś z Was uda się znaleźć jeszcze jakieś inne ślady po zatopionej kopalni? 

sobota, 16 maja 2020

Góry w 360⁰ - Błatnia w Beskidzie Śląskim

Szybko, pod górę i z atrakcjami po drodze - lubię takie górskie wędrówki. Właśnie taki jest spacer żółtym szlakiem z Jaworza na Błatnią w Beskidzie Śląskim. Po drodze mijaliśmy stuletni kamień z ledwo widocznym napisem oraz... ruiny schroniska. Po raz kolejny droga do celu okazała się co najmniej tak samo ciekawa, jak sam szczyt.


Chodzę po górach, bo lubię się zmęczyć i, rzecz jasna, dla widoków, ale bardzo mnie cieszy, kiedy po drodze można zobaczyć jeszcze jakieś dodatkowe "atrakcje". Tym bardziej, jeśli wybieramy szlaki stosunkowo łatwe i krótkie, a ostatnio tylko na takie możemy sobie pozwolić. Nie ze względu na córkę - ona, jestem przekonana, jeszcze spory dystans by mogła pokonać na plecach mamy. To my jesteśmy tak zmęczeni, że musimy się na nowo rozkręcić w tych górskich eskapadach. Metodą małych kroczków wybraliśmy się na początku maja na Błatnią w Beskidzie Śląskim.


Wycieczkę zaczęliśmy w Jaworzu, gdzie zaparkowaliśmy auto koło karczmy. Chwila na zebranie się, ogarnięcie młodej, zapakowanie jej w chustę i ruszamy na szlak. Na Błatnią wejść stąd można ścieżką znakowaną żółtym kolorem. Podejście jest odczuwalne, ale nie jakoś szczególnie wymagające. Przez większość czasu idzie się lasem, więc trasa jest zacieniona, ale niestety tego dnia było dość duszno, zbierało się na deszcz. Dość szybko pojawiły się pierwsze widoki.


Przy jednym z zakosów natknęliśmy się na kamień, który wielu turystów mija obojętnie. Nas od razu zaciekawił ledwo widoczny napis, który zwiastował, że mamy do czynienia z pomnikiem. Rzeczywiście - tabliczka na bliźniaczej skale nie pozostawiała wątpliwości. Kamień jest pomnikiem poświęconym Heinrichowi Richterowi. Był on komendantem Straży Pożarnej w Bielsku-Białej, a następnie inspektorem i szefem okręgu cieszyńskiego Ochotniczych Straży Pożarnych Śląska Austriackiego, a później szefem krajowym tego związku do 1918 r. Urodził się 26 lutego 1850 r., a zmarł 5 czerwca 1921 roku pod górą Błatnią. Po krótkiej przerwie ruszyliśmy dalej. 


Jeszcze parę kroków i zaczęły się wspaniałe widoki. Doskonale widać było nie tylko górski krajobraz, ale też miejską zabudowę. Najbardziej rzuciły mi się w oczy Czechowice-Dziedzice oraz Goczałkowice-Zdrój. Po Goczałkowicach zresztą jeździliśmy jakiś czas temu rowerem - zajrzyjcie TUTAJ, jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o tym uzdrowisku. 


W okolicach szczytu o nazwie Przykra szlak żółty łączy się z niebieskim. Kawałek dalej droga się rozgałęzia i idąc w prawo, dojdziemy prosto do schroniska, a wybierając ścieżkę lewą - skierujemy się na szczyt. Polecam tę drugą opcję nie tylko ze względu na widoki. Z lewej strony znajdują się bowiem ruiny schroniska z lat 30. XX wieku. Niestety zachowały się tylko fundamenty... ale za to z jakim widokiem!


Z tego miejsca zostało już zaledwie parę kroków na szczyt. Jest on doskonałym punktem widokowym. Podziwiać można stąd panoramę na wszystkie strony świata. Moją uwagę od razu przykuł szczyt z charakterystycznym masztem - Skrzyczne. Widać też między innymi masyw Trzech Kopców i Klimczoka, a na prawo od Skrzycznego widzimy Malinowską Skałę, a dalej Trzy Kopce Wiślańskie, Równicę... a przy dobrej widoczności podobno można wypatrzeć nawet Małą Fatrę. Jest co podziwiać.



Ze szczytu spokojnym krokiem możemy zejść do schroniska (nie tego zrujnowanego) i tam chwilę odpocząć. Schronisko zostało zbudowane w latach 1925-26 przez niemieckie Towarzystwo Turystyczne "Przyjaciele Przyrody". Od 1945 roku znajduje się w polskich rękach, obecnie działa pod patronatem PTTK.


Powrót do auta zaplanowaliśmy tym samym szlakiem. Była to bardzo przyjemna wycieczka, podczas której udało nam się trochę oderwać od codzienności i rozprostować stare kości. Przez parę lat dreptania po Sudetach już prawie zapomniałam, jak przyjemnie jest w Beskidach. Zdecydowanie będziemy tu teraz częstymi goścmi.


środa, 13 maja 2020

Misja na Marsa - Hala Boracza

Dawno nic nie pisałam o górach, a powód był prozaiczny - dawno nigdzie nie chodziliśmy. Kiedy tylko nadarzyła się okazja, postanowiłam nadrobić zaległości. Wybór padł na Halę Lipowską. Mieliśmy pod górkę - dosłownie i w przenośni. Ale nikt przecież nie obiecywał, że będzie łatwo, prawda?



A miało być tak pięknie! Ile ja miałam planów podróżniczych na ten mój rok urlopu macierzyńskiego! Życie zweryfikowało moje zamierzenia. Najpierw fizycznie długo dochodziłam do siebie, a życie z maleństwem było takim młynem, że nawet nie marzyłam o górach. Później była zima i nie odważyłam się zabrać dziecka w góry, kiedy leżało jeszcze sporo śniegu, a dzień był krótki. 

Następnie przyszedł koronawirus i zamieszał totalnie. Zaczęłam już się dołować i wątpić w to, że uda się nam w końcu gdzieś wyjechać. Gdy w końcu otwarto lasy, zarządziłam rodzinną wycieczkę. I wiecie co? Dojechaliśmy do Żabnicy i... nie udało nam się zaparkować auta. Serio,w tamten weekend chyba cała Polska ruszyła w góry. Samochody były wszędzie, na każdym skrawku wolnej przestrzeni. Wędrowanie w takich warunkach było bezcelowe, więc darowaliśmy sobie wyjście na szlak.

Tęsknota za szlakiem...

Nie dawało mi to spokoju - ja naprawdę potrzebowałam trochę ruchu, aby nie zwariować! Zrobiliśmy drugie podejście w środku tygodnia i to była dobra decyzja. Ludzi było zdecydowanie mniej, a piękna pogoda była dodatkową nagrodą. Był koniec kwietnia, a można było chodzić w krótkich spodenkach. Ach, jak cudownie było móc znów się ruszyć! Wybór padł na bardzo prostą trasę, ponieważ nie wiedziałam, jak córka zareaguje na taką wycieczkę, a nasza forma też daleka jest od ideału. Dla mnie jednak była to podróż sentymentalna - 12-13 lat temu w Żabnicy podczas studenckich wyjazdów pokonywałam po raz pierwszy te szlaki. Może to dobre miejsce na nowy początek?


Żabnica jest wsią położoną w dolinie wśród pasm Beskidu Żywieckiego. Z Żabnicy Skałki w górę pną się trzy szlaki - zielony na Rysiankę, czarny do Stacji Turystycznej Słowianka oraz czarny na Halę Boraczą. Zdecydowaliśmy się na tę trzecią opcję. To jest naprawdę łatwy szlak. Łatwy do pokonania nawet z wózkiem, bo choć w pewnym momencie zaczyna się ostre podejście po kamieniach, to jest też opcja dojścia do celu asfaltową drogą. Choć zaliczyłam jedną próbę chodzenia po górach z wózkiem, to nie zdecyduję się na takie rozwiązanie po raz drugi. Córkę noszę w chuście zarówno podczas naszych wycieczek, jak i na codziennych spacerach. Obie to lubimy, a ja mam ręce wolne  dużo więcej swobody.


Na szlak wyszliśmy tak nieprzyzwoicie późno, że wstyd się przyznać. To efekt naszego deficytu snu, a zebranie się do wyjścia z małym (wymagającym!) człowiekiem przypomina logistycznie misję na Marsa. Jednak nie to się liczyło. Nie była ważna pora, tempo czy cokolwiek innego. Ważne było, że się udało! Czarnym szlakiem na Halę Boraczą dotarliśmy szybko, w 50 minut. Znałam tę okolicę, więc postanowiłam jeszcze podejść 10 minut pod górę na Halę Cukiernicę, z której roztacza się wspaniała panorama na okolicę.

Hala Cukiernica

Po obowiązkowej sesji fotograficznej postanowiliśmy wrócić na Halę Boraczą i odpocząć na karimacie. Teraz jak o tym myślę, to nachodzi mnie refleksja, że w sumie my nigdy wcześniej nie braliśmy ze sobą w góry koca ani karimaty, aby sobie tak po prostu posiedzieć i się zrelaksować. Zawsze był bieg, żeby zdążyć na transport albo żeby przejść jak najdłuższą trasę. To kolejny dowód na to, jak dziecko zmienia podejście do życia. Kiedyś Hala Boracza byłaby dopiero początkiem wędrówki, dziś - jest sukcesem.


Do Żabnicy zeszliśmy tym samym szlakiem. Zrobiliśmy tego dnia 8 kilometrów, ale po tak długim czasie bez ruchu i, co najważniejsze, z 7-miesięcznym dzieckiem - to był dla mnie sukces. Pierwszy sukces górski w tej nowej rzeczywistości. Rozpiera mnie duma, że się udało i że młodej się podobało, a wyjazd zniosła nader dobrze. Chyba czas znaleźć w sobie więcej optymizmu i próbować, próbować i jeszcze raz próbować. A za parę...naście lat jeszcze mnie córka przegoni gdzieś w drodze na Rysy. Taką mam nadzieję :-)

piątek, 1 maja 2020

Pałac w Sławikowie - nadzieja umiera ostatnia

Oświetlony wczesnowiosennym słońcem pałac w Sławikowie mógłby z powodzeniem stanowić scenerię do filmu o postapokaliptycznym świecie. Można powiedzieć, że pałac przeżył zagładę, choć trudno powiedzieć, czy bardziej zniszczyły go walki w 1945 r., czy długie lata pod zarządem PGR. Zgliszcza pałacu, parku i rodzinnej krypty nie zagrają jednak w żadnym filmie, bo raczej mało kto tu zagląda. Ale nas dawno nic tak nie zachwyciło...



Jadąc do Sławikowa przez górnośląskie wsie, mijaliśmy wiele starych folwarków, wśród których pewnie skrywa się parę opuszczonych pałaców i dworków. To taka sielska okolica - dużo przestrzeni, zieleni. Mało samochodów, raczej niewiele się dzieje. Trudno się spodziewać, że nagle zza zakrętu wyłoni się coś tak monumentalnego... Zaparkowaliśmy koło spichlerza z przełomu XVIII i XIX w. - jednego z najlepiej zachowanych budynków dawnego kompleksu folwarczno-pałacowego. Jednak to nie on nas tu przywiódł.


Pałac w Sławikowie datowany jest na koniec lub drugą ćwierć XIX wieku, lecz nie znamy dokładnej daty powstania obiektu. W latach 1795–1831 r. wieś była w posiadaniu rodziny Eichendorffów, a w 1831 r. Sławików przeszedł w ręce von Eickstedtów. Kolejne pokolenia tego rodu zarządzały włościami do początków 1945 roku. Na wieść o zbliżającym się froncie właściciele pałacu zmuszeni byli do ucieczki, a opustoszała rezydencja została częściowo zniszczona podczas walk Niemców z Armią Czerwoną.



W okresie PRL pałac przeszedł we władanie PGR. Wyposażenie rezydencji zostało rozkradziona, a budynek popadł w ruinę. W wolnej Polsce pałac trafił w ręce Agencji Nieruchomości Rolnych, która sprzedała go potencjalnemu inwestorowi. Niestety prywatne fundusze okazały się niewystarczające, aby tchnąć w niego drugie życie i w 2005 roku włości trafiły w ręce Gminy Rudnik. Próbowano pałac sprzedać, ale nie było chętnych. Pod koniec 2019 roku pojawiła się nadzieja - gmina podjęła działania mające na celu uporządkowanie pałacu i w przyszłości udostępnienie go zwiedzającym. Pierwsze efekty widoczne są gołym okiem. Zniknęła bujna roślinność dotychczas porastająca mury, a teren został zabezpieczony. Pozostaje mieć nadzieję, że to dopiero początek zmian...



Sławików to nie tylko pałac i folwark. Budynki otacza zaniedbany park o powierzchni około 6 hektarów, w którym rośnie wiele rzadkich okazów drzew, m.in. kasztanowca jadalnego. Wśród gęstych parkowych zarośli można dostrzec jeszcze jeden budynek - potwornie zniszczone neogotyckie mauzoleum-kaplicę. Krypta została całkowicie splądrowana i również znajduje się w ruinie. 



Czy jest jeszcze jakaś szansa dla Sławikowa? Wygląda na to, że wszystko w rękach Gminy Rudnik, która obecnie (maj 2020 r.) ubiega na dofinansowanie mające pomóc w ratowaniu zabytku. Byłoby wspaniale, gdyby pałac mógł znów tętnić życiem, choć zniszczenia, które dokonały się w minionych dziesięcioleciach, są nieodwracalne. Bądźmy dobrej myśli, wszak nadzieja podobno umiera ostatnia.