środa, 5 sierpnia 2020

Bieszczady bez tłumów - czy to w ogóle możliwe?

"Rzućmy wszystko i jedźmy w Bieszczady" - pomyślała w tym roku cała Polska. Z powodu pandemii większość z nas spędza wakacje w kraju. Wiele osób zachęconych wizją odludnych Karpat za cel swoich urlopów wybrała właśnie Bieszczady, na miejscu przeżywając rozczarowanie, bo na połoninach ludzi jest więcej niż na Krupówkach. Zainspirowało mnie to do przemyśleń nad tym, gdzie w Bieszczadach w tym roku można uniknąć tłumów. Stworzyłam krótki poradnik, w którym doradzę Wam, gdzie warto się wybrać, aby było ciekawie, "bieszczadzko" i bez ścisku. A może macie swoje pomysły?



Mieliśmy szczęście, że w tym roku, jeszcze przed pandemią, zarezerwowaliśmy nocleg w Wetlinie na czerwiec. Już wtedy dało się odczuć, że będzie to rekordowy dla krajowej turystyki rok, bowiem ludzi było jak w "normalnym" szczycie sezonu, ale wciąż bez wielkich tłumów. Pamiętam nasz wyjazd w 2018 roku, kiedy nieopatrznie dotarliśmy w "Biesy" w środku długiego weekendu sierpniowego. Straciliśmy poczucie czasu, wędrując po Pieninach, Beskidzie Sądeckim oraz Niskim i jakoś tak nie zauważyliśmy, że zbliża się "Godzina W - jak weekend". Mieliśmy problem, aby znaleźć miejsce na rozbicie małego, dwuosobowego namiotu! Domyślam się, że obecnie może być podobnie. Ale jeśli nocleg już zarezerwowany i chce się jechać, to jak poznać te Bieszczady nieco bardziej dzikie, tajemnicze i odludne?

Po pierwsze - nie idźcie na połoniny. Wiem, że są one symbolem Bieszczadów. Wiem, że są stamtąd najpiękniejsze widoki. Ale właśnie dlatego na Połoninach Wetlińskiej i Caryńskiej, na Smereku, na Małej i Wielkiej Rawce, na Tarnicy, Bukowym Berdzie, Haliczu, Rozsypańcu... chcą być wszyscy. W Bieszczady zawsze można wrócić jesienią, po sezonie, wtedy będzie jeszcze piękniej. A jeśli już bardzo Wam zależy, to wyjdźcie w góry wcześnie rano, dosłownie skoro świt. Wrażenia gwarantowane.

Gdzie jeszcze może być dużo ludzi? Na szlaku prowadzącym do Sinych Wirów, w Łopience, nad Soliną (choć wielu twierdzi, że Solina to nie Bieszczady), na Korbani, na szlaku na Dwernik Kamień, w knajpach ;-) Wystrzegajcie się miejsc popularnych.

Na połoninach bywa tłoczno (na tych zdjęciach jest jeszcze nieźle;-))

Po drugie - w Bieszczadach jest wiele wspaniałych, mniej obleganych szlaków. Spójrzcie na mapę - to prawdziwe bogactwo! Jeśli nic Wam one jednak nie mówią, to mam takie propozycje:

  • Dział - 1100 m n.p.m. - nowością jest wytyczony w tym roku (2020) żółty szlak z Przełęczy Wyżniej, dzięki któremu można skrócić sobie wędrówkę. Przez Dział biegnie zielony szlak z Wetliny na Małą Rawkę. Część trasy jest zalesiona, z części rozpościera się widok na połoniny. 
Dział (z prawej) widziany z Połoniny Caryńskiej

  • Otryt - pasmo, którego najwyższym szczytem jest  Trohaniec (939 m n.p.m.). na trasie można odpocząć w schronisku Chata Socjologa.

 Merlin assumed (based on copyright claims). / CC BY-SA (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/)

  • Hyrlata - 1103 m n.p.m. - będąca kulminacją zwartego masywu położonego pomiędzy dolinami Solinki i Roztoczki. Jest bocznym odgałęzieniem pasma granicznego. Dojdziecie na nią z Żubraczego lub Roztok Górnych. 

Hyrlata chowa się z prawej strony ;-)


  • Łopiennik - 1069 m n.p.m. - nie mylić z cerkwią w Łopience. Na szczyt dojdziecie czarnym szlakiem z Dołżycy lub z Jabłonek.

Rafik k / CC BY-SA (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0)

  • Pasmo graniczne, czyli szlaki czerwony i niebieski wzdłuż granicy polsko-słowackiej. Bywają miejsca bardziej popularne (Przełęcz nad Roztokami, Krzemieniec), ale zwykle nie spotkacie tam tłumów. 

Okrąglik (pasmo graniczne)


Po trzecie - zakochajcie się w opuszczonych wsiach i starych cmentarzach. To jest temat rzeka. Kiedy pierwszy raz jechałam w Bieszczady, nastawiłam się głównie na chodzenie po górach. Już w kolejnym roku zależało mi głównie na poszukiwaniu śladów historii oraz ludzi, którzy przed wojną zamieszkiwali te ziemie. Gdzie warto się wybrać?

  • Szlak do źródeł Sanu. To dość długa wycieczka (ponad 20 kilometrów, a z wizytą w Bukowcu może wyjść nawet ok 28 km), ale warta każdego kroku. Startuje się na parkingu w Bukowcu, następnie idziemy przez opuszczone wsi Beniowa i Sianki aż do granicy z Ukrainą, niemal do samej Przełęczy Użockiej. Dokładny opis tej trasy przeczytacie TUTAJ.
  • Tyskowa i Przełęcz Hyrcza. Nasze tegoroczne odkrycie. Trasa jest bardzo prosta (niecałe 6 km) i wiedzie przez dawną wieś Tyskową aż do kapliczki odbudowanej przez tego samego społecznika, który wyremontował cerkiew w Łopience. Po drodze zobaczycie między innymi stary cmentarz oraz opuszczony schron, w którym kręcono "Watahę". Dokładny opis wycieczki - TUTAJ.
  • Cerkiew w Krywem. Jeśli zastanawialiście się, jak wygląda koniec świata, to tutaj zobaczycie go na własne oczy. Już sam dojazd w to miejsce nie należy do najłatwiejszych, a w pewnym momencie trzeba zostawić auto i resztę trasy pokonać pieszo. Ale jak już dojdziecie, to zobaczycie, że było warto. Szczegóły dojazdu i tego, co w Krywem można zobaczyć, znajdują się TUTAJ
  • Cmentarz i kirkut w Lutowiskach. Wiem, że Lutowiska są popularną miejscowością, ale pewnie większość wczasowiczów, nie udaje się na poszukiwania śladów historii tego miejsca. Was jednak zachęcam do tego, aby odwiedzić cmentarz z miniaturą cerkwi oraz stary kirkut. Przed wojną niemal 2/3 mieszkańców Lutowisk była wyznania mojżeszowego. Więcej na temat cmentarzy znajdziecie TUTAJ.
  • Stary Łupków słynie z przygranicznej stacji kolejowej, schroniska "Na Końcu Świata" oraz maleńkiego cmentarza. Muszę przyznać, że jest on jedną z najbardziej malowniczych nekropolii, jakie widziałam w Bieszczadach. I przy tym naprawdę mało kto tu zagląda. O Łupkowie przeczytacie TUTAJ.
  • Ścieżki dydaktyczne "Bieszczady Odnalezione" to wyjątkowy projekt. Parę lat temu Stowarzyszenie Rozwoju Wetliny i Okolic wytyczyło szlaki do opuszczonych wsi Łuh, Zawój i Jaworzec. Ustawiono tablice i oznaczono ślady dawnych miejscowości - cmentarzy, cerkwi, chat. O ile w Zawoju może być tłoczno (Sine Wiry odwiedza bardzo dużo osób), tak Zawój i Jaworzec będą dobrym pomysłem na spacer dla osób ceniących sobie spokój. O tym, czego możecie się spodziewać na szlaku, przeczytacie TUTAJ.
Po czwarte - cerkwie, cerkwie, cerkwie! Nie wszystkie świątynie zniknęły z powierzchni ziemi po wojnie. Część została wyremontowana i służy dalej wiernym obrządku wschodniego lub rzymskokatolickiego. Jest ich tak wiele, że nie jestem w stanie wszystkich wymienić. Weźcie mapę i na pewno znajdziecie kilka w swojej okolicy. Ja dotychczas odwiedziłam następujące:
...i kilka w tym roku, ale jeszcze nie zdążyłam ich opisać na blogu. Szczególnie polecam cerkiew w Bystrem oraz pobliską w Mnichowcu. Warto samodzielnie poszukać starych świątyń, daje to ogromną satysfakcję. Można wpaść po uszy i na same cerkwie poświęcić cały urlop :-) Piękna jest też cerkiew w Łopience, ale niestety to dość popularny cel wycieczek.

Cerkiew i cmentarz w Bystrem

Mam nadzieję, że udało mi się Was zainspirować do poszukiwania miejsc, w których znajdziecie "dużo Bieszczadów w Bieszczadach". Nawet w szczycie sezonu można odpocząć od tłumów i poczuć na własnej skórze dzikość tych gór. Z pewnością mój poradnik nie wyczerpuje tematu, ale o to właśnie chodzi! Zachęcam do poszukiwania własnych "końców świata", a jeśli macie jeszcze jakieś ciekawe, mało popularne miejsca, które warto poznać - dajcie znać w komentarzach!

niedziela, 2 sierpnia 2020

Bieszczady odludne i bezludne - Tyskowa i Przełęcz Hyrcza

Ostatnio często widzę na Faceboku pytania o odludne miejsca w Bieszczadach. Kiedy połoniny przeżywają oblężenie turystów, nieco niżej wciąż kryją się ścieżki, na których można poczuć magię prawdziwych, dzikich Bieszczadów. Jedną z nich jest wędrówka przez nieistniejącą wieś Tyskową do Przełęczy Hyrcza. Po drodze zobaczycie opuszczone schronisko, stary cmentarz oraz kapliczkę cudem ocaloną od zapomnienia...


Tyskowa jeszcze przed II wojną światową liczyła ponad 200 mieszkańców. Jak większość bieszczadzkich wsi zniknęła z powierzchni ziemi po przymusowych wysiedleniach. Co właściwie sprowadziło nas w tę okolicę? Tegoroczny wypad w Bieszczady poświęciliśmy na spokojnie, łatwe trasy, które bez problemu mogliśmy pokonać z dzieckiem nawet w gorszą pogodę. Wędrowałam palcem po mapie i zupełnym przypadkiem znalazłam niewielką dolinę między pasmem Łopiennika a Korbanią. Tam nas jeszcze nie było.


Najłatwiej dostać się tam autem. Jechaliśmy z Wetliny przez Baligród i zaparkowaliśmy w małej zatoczce przy drodze. Już w tym miejscu zaskoczyła mnie cisza i spokój oraz ...pusty parking. To się ostatnio w Bieszczadach rzadko spotyka ;-) Ścieżka na przełęcz nie jest w żaden sposób oznakowania, ale wystarczy trzymać się widocznej drogi, aby się nie zgubić. Już niemal na początku doliny powitała nas "twierdza", w której wypalany jest węgiel drzewny. Właściciel ewidentnie nie życzy sobie turystów, o czym świadczą stosowne tabliczki i odgrodzenie od świata. Wolę należy uszanować, więc nie zatrzymywaliśmy się na dłużej, kontynuując wędrówkę.


Nie uszliśmy daleko, gdy po naszej lewej stronie pojawiła się na horyzoncie drewniana, zrujnowana chatka. Przed laty służyła ona jako bezpłatny schron dla nielicznych w tych okolicach turystów. Znalazłam również informację, że kręcono w niej odcinki "Watahy", ale przyznam, że nie oglądałam tego serialu. Może ktoś z Was skojarzy, w jakiej scenie pojawił się budynek. Wnętrze jest niemal całkowicie zniszczone, zachowały się pozostałości po łóżkach oraz klasyczne ślady bytności ludzkiej - śmieci. Pojawiły się w naszych głowach plany... a gdyby tak kupić taki domek, wyremontować i zamieszkać w tej głuszy... Pomarzyć można, pewnie po pierwszej zimie uciekalibyśmy w podskokach :-) Obok znajduje się jeszcze jeden barak, wygląda na nieużytkowany, ale jest zabezpieczony przed intruzami.




Wróciliśmy na główną ścieżkę i podążyliśmy dalej w kierunku południowym. Niedługo po naszej lewej stronie zauważyliśmy drewniany krzyż oraz po prawej stronie cerkwisko. Oznacza to, że weszliśmy do "centrum" Tyskowej. Wszędzie wokół kiedyś znajdowały się chaty, żyli tu ludzie, rodzili się i umierali. Dziś jest to dzicz, cisza, głusza. Świątynia nosiła wezwanie świętego Michała Archanioła i została rozebrana w 1953 r. na polecenie władz Gminnej Spółdzielni w Hoczwi.


Przy dawnej cerkwi znajduje się cmentarz. W sezonie wiosenno-letnim jest dość mocno zarośnięty, ale można dostrzec nieliczne groby. W centralnym jego punkcie znajduje się ogrodzone miejsce z pomnikami rodziny Budzińskich. Znajduje się tam 5 nagrobków, w tym 2 dziecięce, z lat: 1948, 1954 oraz 1957. Wyczytałam, że są to nagrobki symboliczne. Duże wrażenie zrobiły na mnie nagrobne wizerunki zmarłych. Odniosłam wrażenie, że pochodzili oni z zupełnie innego świata niż ten, który my znamy...


Z cmentarza do Przełęczy Hyrcza zostało już tylko parę kroków. Na rozwidleniu drogi można odbić w lewo na szczyt Korbani lub iść prosto do Łopienki, mijając po drodze kapliczkę. Jeśli jednak wybierzecie się tam, tak jak my, w deszczową pogodę, to w tym miejscu prawdopodobnie przyjdzie Wam przeprawić się przez rzekę błota oraz strumyk płynący ścieżką. W ostatniej chwili przed wyjazdem spakowałam kalosze i to była najlepsza decyzja na świecie. Po co komu trekkingi za 1000 zł? Gumiaki rządzą! ;-P


Już tylko krótkie podejście pod górę... i dotarliśmy do kapliczki. Pierwszy taki obiekt w tym miejscu był datowany na XVIII wiek i powstał dla pielgrzymów zmierzających na odpusty do Łopienki. Obecna powstała po I wojnie światowej i popadła w ruinę w latach 50 XX wieku. Na początku lat 40. przy drodze z cerkwi w stronę przełęczy Hyrcza ustawiono 13 krzyży, przy których odprawiano drogę krzyżową trzy razy do roku. Po raz ostatni odpust w Łopience odbył się w 1943; rok później przechodził już tędy front. Kapliczkę z ruiny podniósł w latach 90. Zbigniew Kaszuba - ten sam człowiek, który odbudował cerkiew w Łopience. Do świątyni z tego miejsca jest około 20 minut marszu. My jednak odpuściliśmy ze względu na niepewną pogodę i wróciliśmy do auta tą samą drogą.


Są jeszcze dzikie Bieszczady nierozdeptane przez turystów. Z jednej strony cieszę się, że tak wiele osób interesuje się wędrówkami po górach, ale muszę przyznać, że może być do męczące dla turystów ceniących sobie samotność na szlaku. Tyskowa oraz Przełęcz Hyrcza są ciekawym miejscem, które można odwiedzić, gdy chce się poznać historię dawnej bieszczadzkiej wsi i odpocząć nieco od popularnych miejscówek. 

czwartek, 30 lipca 2020

Perła Żeliszowa - przykurzony klejnot Dolnego Śląska

Perła to klejnot szlachetny i zachwycający. Patrząc na żeliszowski kościół z zewnątrz, trudno dostrzec w nim cokolwiek niezwykłego. Dopiero po przekroczeniu jego progu naszym oczom ukazał się prawdziwy skarb, choć trzeba przyznać, że nieco przykurzony. Zobaczcie, jakie arcydzieło skrywa dolnośląska wieś!



Żeliszów znajduje się na Dolnym Śląsku, w powiecie Bolesławieckim. Choć leży zaledwie 1,5 godziny drogi od Wrocławia i 45 minut od Görlitz, to nie zagląda tam zbyt wiele osób. Czy nazywanie takiego miejsca "perłą" nie jest nieco pretensjonalne i na wyrost? Postanowiliśmy to sprawdzić podczas naszej ostatniej objazdówki po Dolnym Śląsku. Kościół w Żeliszowie nie jest dostępny do regularnego zwiedzania, ale udało nam się umówić z wolontariuszem fundacji Twoje Dziedzictwo, która opiekuje się obiektem. Przyjechał specjalnie dla nas i dzięki niemu mogliśmy zobaczyć, jakie "perełki" skrywa Perła.


Projekt kościoła przypisywany jest Carlowi Gotthardowi Langhansowi, słynnemu klasycystycznemu architektowi. Z pewnością kojarzycie jego najsłynniejsze dzieło - Bramę Brandenburską w Berlinie, ale warto wspomnieć, że jego twórczość cieszy również oko wrocławian. To jemu zawdzięczamy między innymi Pałac Wallenberg-Pachaly oraz część dawnych koszar na Kępie Mieszczańskiej. Warto jednak wspomnieć, że niektórzy historycy sztuki przypisują projekt Perły Żeliszowa budowniczemu Grundmannowi lub Carlowi Gotthardowi Langhansowi juniorowi. Mimo tego wciąż najczęściej wymienia się w tym kontekście twórcę Bramy Brandenburskiej. W 1872 roku do obiektu dobudowano dzwonnicę z bolesławieckiego piaskowca według projektu Petera Gansela - miejscowego architekta. Z zewnątrz świątynia zaskakuje minimalistycznym wystrojem architektonicznym. Największe wrażenie robi wnętrze z drewnianymi emporami oraz eliptycznym sklepieniem. Po drewnianych schodach można wspiąć się na dwie kondygnacje. Ciekawostką jest, że drewniana konstrukcja kościoła została zbudowana bez użycia gwoździ (podobnie jak Kościół Wang w Karpaczu).


Perła Żeliszowa była użytkowana jako świątynia ewangelicka do końca II wojny światowej. Po opuszczeniu wsi przez niemieckich mieszkańców rozpoczął się proces degradacji tego miejsca. Urządzono w nim owczarnię i traktowano jako źródło materiałów budowlanych. Rozkradziono ołtarz, organy, ławki i żyrandole. Lata dewastacji sprawiły, że uszkodzeniu uległa więźba dachowa i wnętrze kościoła zostało pozbawione należytej ochrony. Do środka bez problemu dostawali się wandale. Świątynię na listę zabytków wpisano dopiero w 2005 roku.



Przełom nastąpił w 2013 roku, kiedy obiekt z rąk gminy przejęła fundacja Twoje Dziedzictwo. Rozpoczęto starania o pozyskanie środków finansowych na zabezpieczenie, a następnie odbudowę kościoła. Już w 2014 roku dzięki dotacji z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego udało się rozpocząć prace. W pierwszej kolejności zajęto się naprawą dachu, aby zabezpieczyć wnętrze przed dalszą degradacją. Roboty postępują w miarę środków uzyskanych z ministerstwa, Urzędu Marszałkowskiego Województwa Dolnośląskiego oraz od darczyńców prywatnych. Prace cały czas posuwają się do przodu, choć trzeba przyznać, że nie jest to łatwe zadanie.


Nasze zwiedzanie Perły zaczęliśmy od wspięcia się na kościelną wieżę, której wnętrze stało się łatwiej dostępne dzięki wstawieniu nowych schodów. Z jej szczytu można podziwiać panoramę Żeliszowa i okolicy z czterech niewielkich balkoników. Nie mają jeszcze zabezpieczonych barierek, więc należy zachować szczególną uwagę. Z wieży widać również przykościelny cmentarz, do którego jeszcze za chwilę wrócimy.



Główne pomieszczenie kościoła niewątpliwie zrobiło na nas największe wrażenie. Ogromna przestrzeń daje wyobrażenie, jak wspaniałe niegdyś musiało być to wnętrze. Nad kolumnami zachowały się resztki zdobień oraz niemieckich napisów. Postanowiliśmy wejść po drewnianych schodach na obie empory, choć w pewnym momencie obleciał mnie strach. "Nie bój się, jak deski trzeszczą, to znaczy, że pracują i są bezpieczne" - uspokajał mnie mąż. Szybko się jednak przekonałam, że deski są nowe i cały czas użytkowane przez robotników remontujących świątynię. Warto było wejść - z górnej kondygnacji wnętrze prezentowało się najlepiej.



Na koniec udaliśmy się jeszcze na przykościelny cmentarz, na którym zachowało się kilkadziesiąt kamiennych nagrobków. Wiele z nich jest pięknie zdobionych, ale niestety nadszarpniętych przez ząb czasu. Na szczęście nekropolia jest z grubsza uporządkowana i można ją obejść bez przedzierania się przez krzaki. Z pewnością przyjdzie moment, gdy i ona doczeka się gruntownych porządków, ale póki co priorytetem jest ratowanie świątyni.



Kościół w Żeliszowie, choć przez lata zaniedbań stracił wiele ze swojego uroku, jest wciąż prawdziwą Perłą. Wymaga jednak jeszcze wiele pracy wprawnego "jubilera". Pomóc w jej odbudowie może każdy z Was i to bez ruszania się z domu! Na stronie fundacji Twoje Dziedzictwo znajdziecie informacje o możliwości przekazania cegiełki na odbudowę (KLIK!). Choć Perła jeszcze nie jest regularnie udostępniana do zwiedzania, to powoli wraca do życia - odbywają się tam między innymi koncerty. Cieszy mnie, że kościół trafił w ręce dobrego gospodarza i powoli przywracany jest mu dawny blask. Jestem przekonana, że za kilka lat będzie tu prawdziwa Perła, która swym blaskiem dorówna słynnym Kościołom Pokoju czy świątyni Wang.