wtorek, 19 marca 2019

Bieszczadzka Kolejka Leśna - powrót na właściwe tory

Proszę wsiadać, drzwi zamykać! Dziś przejedziemy się najwyżej położoną kolejką wąskotorową w Polsce, poczujemy swąd parowozu i poznamy kawałek przepięknych Bieszczad. Nieważne, ile mamy lat, czy mamy dzieci, czy chodzimy po górach. Bieszczadzka Kolejka Leśna jest świetną atrakcją dla każdego!


Kolejka dziś jest przede wszystkim atrakcją turystyczną Bieszczadów, ale jej powstanie podyktowane było zgoła innymi pobudkami. Powstała pod koniec XIX wieku na trasie z Nowego Łupkowa do Cisnej, aby umożliwić łatwiejszy transport bieszczadzkiego drewna. W Łupkowie wąskotorówka łączyła się z kolejną o standardowym rozstawie torów, umożliwiając wywóz "bieszczadzkiego złota" w świat. W przysiółku Majdan koło Cisnej zbudowano parowozownię, stację, magazyn i budynki dla pracowników. Do dziś jest to główna stacja wąskotorówki, na której zaczynają się i kończą podróże.


Nowa linia kolejowa spowodowała ożywienie gospodarcze Bieszczadów i wkrótce niezbędna okazała się rozbudowa trasy (między innymi do Kalnicy i Beskidu). Podczas pierwszej wojny światowej kolejka służyła do celów wojskowych. Podczas drugiej wojny światowej duża część infrastruktury została zniszczona (torowisko było wykorzystywane jako droga dla czołgów!). Trochę czasu minęło, zanim pociągi wróciły na tory. W 1950 uruchomiono pierwsze składy, a od 1959 roku nastąpiła intensywna rozbudowa nowych tras (m. in. do Siedliska Moczarne przez Wetlinę). Gorzej zaczęło się dziać od lat 80. Krysys gospodarczy, a następnie przemiany ustrojowe doprowadziły do upadku kolejki z powodu jej nierentowności. W 1994 wyłączono kolej z eksploatacji.



Szansa na nowe życie wąskotorówki pojawiła się w 1996 roku wraz z powołaniem Fundacji Bieszczadzkiej Kolejki Leśnej. W ciągu roku udało się uzupełnić tabor i w lipcu 1997 roku uruchomiono przejazdy turystyczne z Majdanu do Przysłupu, a rok później wybrać się można było także do Balnicy i w wybrane dni do Woli Michowej. Od tego czasu popularność kolejki stale rośnie. Obecnie możliwe jest pokonanie trasy w dwóch kierunkach: do Balnicy albo Przysłupu. Startujemy naturalnie na stacji Majdan.


Wąskotorówka kursuje w sezonie letnim, a także w ferie zimowe. Większości kursów obsługiwana jest przez lokomotywy spalinowe, ale można trafić również na kurs obsługiwany przez parowóz i z całego serca polecam tę opcję! Klimat jest niesamowity, a sapiąca lokomotywa tocząca się pod górę przypomina znany z dzieciństwa wiersz Jana Brzechwy. Po dotarciu do stacji docelowej (my wybraliśmy trasę do Balnicy) następuje przerwa, podczas której można rozprostować nogi i skorzystać z przekąsek (oczywiście dodatkowo płatnych) na specjalnie rozstawionych na postoju stoiskach. Powrót do Majdanu odbywa się, naturalnie, tę samą trasą.


Ponad stuletnia historia Bieszczadzkiej Kolejki Leśnej mimo różnych zawirowań po drodze, zdaje się nie mieć końca. Początkowo wykorzystywana do transportu drewna, dziś z powodzeniem wozi turystów. Śmiało można powiedzieć, że jest to jedna z największych atrakcji Bieszczadów. W końcu nie samymi połoninami człowiek żyje ;-)

wtorek, 12 marca 2019

Ale to już było - Plac Strzegomski ze schronem

Jadąc przez Wrocław ulicą Legnicką, widzimy wokół prawie samą powojenną architekturę. Ta część miasta została bardzo mocno zniszczona podczas oblężenia i tylko nieliczne ślady przypominają nam o Wrocławiu, jakiego już nie ma. Jednym z ciekawych miejsc jest Plac Strzegomski ze schronem przeciwlotniczym, w którego wnętrzach dziś działa Muzeum Współczesne. 


Ten, na pierwszy rzut oka, niepozorny budynek jest warty uwagi nie tylko ze względu na ciekawe wystawy, które można zobaczyć w jego wnętrzach. W latach 1940-42 we Wrocławiu powstało kilka podobnych schronów, które jednak ze względu na małą pojemność nie miały większego znaczenia strategicznego. Spełniały za to swoją funkcję, poprawiając morale mieszkańców miasta. Ich projektu podjął się Richard Konwiarz, niemiecki architekt znany między innymi ze współpracy z Maxem Bergiem przy Hali Stulecia, autor przebudowy Stadionu Olimpijskiego na Sępolnie. Zawdzięczamy mu także schrony pod Placem Solnym oraz Placem Nowy Targ.


Schron jest wysoki na 25 metrów, posiada grube na ponad metr ściany  i półtorametrowe stropy. W czasie oblężenia mieścił się w nim szpital, a potem punkt oporu. W latach 90. i na początku dwutysięcznych w schronie działały sklepy, magazyny, a nawet pub. Następnie obiekt wyremontowano i od 2011 r. urządzono w nim siedzibę (ponoć tymczasową) Muzeum Współczesnego. Na ostatniej kondygnacji znajduje się bistro z tarasem widokowym. Bardzo podobny, ale znacznie mniejszy bunkier, znajduje się również na rogu ulic Ołbińskiej i Św. Wincentego.


Pisząc o schronie,  nie sposób nie wspomnieć o rzeźbie znajdującej się w jego najbliższym sąsiedztwie. Mowa o "Pociągu do nieba" - odsłoniętej w 2010 roku instalacji artystycznej przedstawiającej parowóz Ty2-1035 ustawiony pionowo, jakby rzeczywiście zaraz miał odlecieć. Ten niewątpliwie charakterystyczny element krajobrazu był tematem wielu dyskusji i do dziś znajdą się głosy mówiące o tym, że parowóz powinien wrócić do Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa w Jaworzynie Śląskiej.


W kontekście Placu Strzegomskiego warto wspomnieć jeszcze o jednym, niestety nieistniejącym już budynku. Kawałek za schronem, mniej więcej w miejscu, gdzie dziś jest zielony skwerek i Centrum Diagnostyki Medycznej "Dolmed", stał zbudowany w latach 1911-13 Kościół luterański pw. świętego Pawła - Pauluskirche. Dwie wieże o wysokości 65 metrów były jednym z punktów orientacyjnych tej części Wrocławia. W czasie wojny w kościele organizował się ruch oporu, a wieże służyły jako punkt obserwacyjny. Zniszczony w czasie działań wojennych kościół został uznany za pozbawiony wartości historycznej i wyburzony w latach 60. XX wieku.


Patrząc na archiwalne zdjęcia zachodniej części Wrocławia, czasami aż ciężko uwierzyć, że to wciąż to samo miasto. Większość przedwojennej zabudowy została zniszczona podczas oblężenia, a po 1945 roku nie podjęto się jej odbudowy. Nieliczne obiekty, takie jak schron na Placu Strzegomskim, przypominają nam o historii miasta i skłaniają do refleksji. Warto o nich pamiętać. 

wtorek, 5 marca 2019

Ku pamięci - cmentarze żydowskie we Wrocławiu

Pod koniec XII wieku na Śląsk, w tym do Wrocławia, zaczęli napływać osadnicy żydowscy. Nowi mieszkańcy żyli tu i umierali. Zgodnie z tradycją grzebano ich na cmentarzach znajdujących się poza murami miasta, jednak intensywna urbanizacja na przestrzeni lat sprawiała, że Wrocław "wchłaniał" w swoje granice żydowskie nekropolie. Do czasów współczesnych zachowały się dwa (po wojnie trzy) kirkuty, o których pokrótce dziś będzie mowa.



Zacznijmy od najstarszego z zachowanych - mam na myśli tych, które doczekały czasów powojennych. Gdy wysiądziecie we Wrocławiu z pociągu, wyjdziecie przed dworzec i spojrzycie na wprost, zobaczycie niewysoki blok z neonem "Dobry wieczór we Wrocławiu". To właśnie w tym miejscu, między ulicami Piłsudskiego, Gwarną i Placem Konstytucji 3 Maja znajdował się cmentarz założony w 1791 roku. Pochówki odbywały się w tym miejscu do roku 1856. Po wojnie, na początku lat 50., został zlikwidowany.


Wraz z zamknięciem, z powodu przepełnienia, cmentarza na ulicy Gwarnej, otwarto nową nekropolię przy ulicy Ślężnej. Często kirkuty kojarzą nam się z zarośniętymi zagajnikami z ledwo widocznymi macewami. Wrocławskie cmentarze są inne - przepastne, z szerokimi alejami i okazałymi grobowcami. Taki właśnie jest cmentarz przy ulicy Ślężnej. Jego łączna powierzchnia wynosi aż 4,6 hektara. Daje nam to obraz tego, jak liczna była na przełomie XIX i XX wieku gmina żydowska, a okazałe grobowce przypominają o tym, że we Wrocławiu sporą popularność zdobył nurt judaizmu o nieco bardziej "liberalnym" podejściu do surowych zasad wiary.


Na cmentarzu przy Ślężnej spoczęło wielu zasłużonych mieszkańców Wrocławia. Wśród ważniejszych warto wymienić choćby Ferdinanda Lassale'a (1825-1864) - przyjaciela Marksa i Engelsa, twórcę pierwszej niemieckiej partii robotniczej; Juliusa Schottländera (1835-1911) - wrocławskiego filantropa, kupca i właściciela dóbr ziemskich; Augustę Stein (1849-1936) - matkę Edyty Stein - patronki Europy; Ferdinanda Cohna (1828-1889) - wybitnego profesora botaniki czy Gustava Borna - (1851-1900) - profesora Uniwersytetu Wrocławskiego, ojca noblisty Maksa Borna. To ich mogiły najchętniej oglądają zwiedzający cmentarz, choć równie dobrze można tu spędzić cały dzień, spacerując wśród grobowców. Kirkut jest częścią Muzeum Miejskiego Wrocławia i odpłatnie udostępnia się go zwiedzającym. Pochówki odbywały się na nim do 1942 roku.


W 1902 r. przy dzisiejszej ulicy Lotniczej otwarto najmłodszą we Wrocławiu żydowską nekropolię. Sąsiadowała ona z cmentarzem komunalnym na Kozanowie (po wojnie zlikwidowanym i zaadaptowanym na Park Zachodni). Jest to czynny cmentarz gminy żydowskiej, co oznacza, że do dziś odbywają się na nim pochówki. Niestety wiąże się to z tym, że nie jest udostępniany zwiedzającym za wyjątkiem bardzo specjalnych okazji. Teren cmentarza zajmuje aż 11 hektarów, co czyni go największym we Wrocławiu i piątym w Polsce kirkutem po względem wielkości.


Ważnym punktem cmentarza jest nieużywana już kaplica cmentarna projektu Paula Ehrlicha połączona z domem pogrzebowym. Niestety w czasie wojny uległa poważnym zniszczeniom i jak dotąd nie udało jej się doprowadzić do porządku. Innym charakterystycznym obiektem jest pole honorowe poświęcone pamięci żydowskich żołnierzy poległych na froncie podczas I wojny światowej. W jego centralnym punkcie znajduje się pomnik (również projektu Ehrlicha) z nazwiskami 432 żołnierzy. W czasie II wojny światowej w budynkach administracyjnych cmentarza urządzono szpital oraz mieszkania dla pozostałych we Wrocławiu małżeństw aryjsko-żydowskich. Lecznicę zamknięto pod koniec 1944 r., a w styczniu 1945 r. wywieziono ostatnich żydowskich mieszkańców Wrocławia do obozu koncentracyjnego w Gross Rosen.



Stare cmentarze są bogatym świadectwem przypominającym o Wrocławiu, jakiego już nie ma. Mogłabym spędzić cały dzień, krążąc wśród grobowców i próbując odszyfrować inskrypcje, aby poznać historie życia dawnych mieszkańców Breslau. We Wrocławiu po wojnie zlikwidowano wszystkie niemieckie cmentarze i do czasów współczesnych przetrwały tylko te dwa żydowskie. Odwiedzenie ich jest ważną lekcją historii miasta, w którym mieszkam.

niedziela, 24 lutego 2019

W Lewinie koło Kudowy...

Jak ja lubię, kiedy całkiem niepozorne wycieczki zamieniają się w kopalnię ciekawostek! Tak było w jedną z zimowych sobót, kiedy postanowiłam wybrać się linią kolejową 309 do Lewina Kłodzkiego. Od dawna marzyłam o tym, aby przejechać przez imponujący wiadukt kolejowy, ale to był dopiero początek atrakcji. Podczas krótkiego spaceru odkryłam nietypowy dworzec w Lewinie Kłodzkim oraz stare, niemieckie napisy, poznałam smutną historię domu Violetty Villas, zdobyłam szczyt do Korony Sudetów Polskich oraz wdrapałam się na zamek rycerzy-rabusiów. Czytajcie dalej, wszystko Wam pokażę!


Linia 309 łączy Kłodzko i Kudowę-Zdrój i jest jedną z tych niezwykle malowniczych tras kolejowych na Dolnym Śląsku. Szczególnie ciekawy jest odcinek z Duszników-Zdroju do Lewina Kłodzkiego, kiedy to pociąg manewruje między zboczami gór, a prawdziwą wisienką na torcie jest przejazd przez wysoki na 27 metrów i długi na 120 metrów wiadukt. Linia nie jest zelektryfikowana i pokonuje się ją spalinowym szynobusem Kolei Dolnośląskich. Kiedyś jeździły tędy parowozy - to dopiero musiała być atrakcja!


Zaraz po wyjściu z pociągu wita nas stacja kolejowa nie z tej ziemi. Maleńki drewniany budynek dawno już przestał pełnić swoją funkcję, a obecnie w jej wnętrzach znajdują się mieszkania. Przedziwnie wygląda ta mała chatka zaraz przy torach, ale moją największą uwagę przykuwa ceglana wieża ciśnień tuż obok. Wprawne oko dostrzeże resztki niemieckiej nazwy miejscowości. Tu może pojawić się zagwozdka - Lewin Kłodzki zawsze był Lewinem - zarówno dla Niemców, jak i dla Czechów (Levín). Tutaj wyraźnie widzimy końcówkę -stadt. Prawdopodobnie było tam napisane Hummelstadt - tak właśnie w latach 1939-45, czyli w czasie II wojny światowej, nazywano miejscowość. Skąd nagle taka zmiana - nie wiem, ale sama jestem ciekawa.


Lewin Kłodzki może Wam się kojarzyć z barwną postacią Violetty Villas. Diwa urodziła się jako Czesława Cieślak w 1938 r. w Belgii, w rodzinie polskich emigrantów. W 1946 r., rodzina Cieślaków przyjechała do Polski na Ziemie Odzyskane i osiadła w Lewinie Kłodzkim. Wielka kariera sprawiła, że piosenkarka zwiedziła niemal cały świat i przez pewien czas mieszkała nawet w USA. W latach 80. wróciła do rodzinnego Lewina i zamieszkała w domu po rodzicach. Została tam już do końca swych dni, prowadząc przydomowe schronisko dla zwierząt (w cieniu kontrowersji - niestety nie radziła sobie z opieką nad sforą psów i kotów).


Coraz gorszy stan zdrowia, zamiłowanie do alkoholu i destrukcyjny wpływ "opiekunki" sprawiły, że dom Villas zaczął obracać się w ruinę. Diwa zmarła w skandalicznych warunkach w swoim domu 5 grudnia 2011 r. Przed śmiercią zapisała cały swój majątek opiekunce. Przez wiele lat toczyło się postępowanie sądowe, w wyniku którego synowi piosenkarki udało się unieważnić testament. Sporo czasu minęło, zanim odzyskał dom z rąk "opiekunki". Dziś mówi się o planach utworzenia w budynku muzeum albo szkoły muzycznej. Niestety brak pieniędzy uniemożliwia podjęcie jakichkolwiek działań. A dom - cóż, stoi jak stał i przypomina przechodniom o tragicznej historii jednej z najbarwniejszych postaci polskiej kultury.

    

Minąwszy Lewin Kłodzki, skierowaliśmy się niebieskim szlakiem na Przełęcz Lewińską. Po krótkim podejściu znaleźliśmy się na czerwonej trasie - Głównym Szlaku Sudeckim. Ten kolor towarzyszył nam już do końca naszej wędrówki, czyli do Duszników-Zdroju. Zaczęliśmy mozolną wspinaczkę na grań Grodczyna (Grodźca), a podejścia nie ułatwiał mokry, topniejący śnieg. Niedogodności trochę wynagrodziły nam widoki, a zwłaszcza ten w stronę Karkonoszy i Śnieżki. Tylko ta warstwa smogu nad Kotliną Jeleniogórską psuła efekt...



Grodczyn jest najwyższym wzniesieniem Wzgórz Lewińskich i zalicza się do Korony Sudetów Polskich. Choć szczyt mierzy zaledwie 803 m n.p.m., to muszę przyznać, że od strony Duszników podejście/zejście jest dość ostre. Można się na nim "przejechać" zwłaszcza, gdy jest ślisko. Sam szczyt jest zalesiony i może rozczarować miłośników rozległych widoków. Zobaczymy tu jedynie maszt przekaźnika telewizyjnego i ledwo widoczną tabliczkę z nazwą szczytu. Warto zrobić sobie z nią zdjęcie, bo po drodze nie dostanie się nigdzie pieczątki.


Po zejściu z grzbietu wyszliśmy na rozległą polanę z pięknym widokiem. Kiedyś mieściła się tutaj kolonia zamieszkiwana przez ubogich rolników. Sporo mieszkańców pracowało w pobliskim kamieniołomie i wapienniku. Dziś zostały tu już tylko dwa gospodarstwa. Na horyzoncie pokazało się też kolejne ciekawe miejsce - wybitne wzgórze Gomola z ruinami zamku. Zostawiliśmy piękne panoramy za sobą i ruszyliśmy czym prędzej do warowni.



Na szczycie mierzącej 733 metry n.p.m. góry Gomola znajdują się ruiny zamku Homole. Te nazwy wymyślono chyba specjalnie, żeby się ładnie komponowały. Choć trudno dziś to sobie wyobrazić, już w pierwszych wiekach naszej ery był to teren strategiczny. Przez pobliską przełęcz Polskie Wrota biegł szlak bursztynowy, a w średniowieczu - ważna droga handlowa. Kwestią czasu było powstanie grodu, a następnie zamku strzegącego traktu. Przez większość swej historii zamek był pod władaniem Czechów, aż w XV wieku odkupił go niejaki Hildebrand von Kauffung z Łużyc, tym samy modłączając się od korony czeskiej. Zamek stał się nawet stolicą niewielkiego państewka homolskiego. Potomkowie von Kauffunga stali się rycerzami-rabusiami i wkrótce ich działalność przestała być tolerowana. W 1534 r. wojska cesarskie zdobyły i skonfiskowały zamek, a jego ostatniego właściciela stracono. Homole już nigdy nie podniosły się z ruiny.


Z zamku czekała nas już tylko ostatnia prosta do Duszników-Zdroju. Szło się głównie przez las i niestety dość mokry i śliski śnieg. Do Wrocławia wróciliśmy - a jakże - pociągiem, korzystając ze świetnie skomunikowanego połączenia Kolei Dolnośląskich z przesiadką na dworcu Kłodzko Główne. Była to bardzo przyjemna wycieczka. Choć początkowo w planach była głównie przejażdżka pociągiem, to okazało się, że po drodze można zobaczyć kilka bardzo ciekawych miejsc. Dzielę się nimi, bo z całą pewnością nie jest to popularna trasa.