środa, 30 października 2019

Grobowiec rodziny Wagner i cmentarz w Dziećmorowicach

Dziećmorowice koło Wałbrzycha raczej nie zapiszą się na turystycznej mapie Dolnego Śląska. Trafią tam raczej tylko tropiciele historii i miłośnicy starych cmentarzy. Ewentualnie jakaś ekipa filmowa, bo nekropolia na wzgórzu może posłużyć za scenerię horroru...

Dziećmorowice są wsią o bardzo długiej historii sięgającej aż średniowiecza. Od zawsze w jakiś sposób związane były z górnictwem, a także z rolnictwem. Współczesna zabudowa  wsi nie daje za bardzo wyrazu jej długiej historii. Po tę musimy udać się na wzgórze koło kościoła, na cmentarz, który przypomina o dawnych mieszkańcach tych ziem. 


Pierwszy w oczy rzuca się Kościół św. Jana wzniesiony w latach 1827 - 1829 prawdopodobnie w miejscu XIV-wiecznej świątyni. We wnętrzu zachowały się ołtarze z XVIII-XIX wieku, których jednak nie zobaczyliśmy na własne oczy, ponieważ właśnie trwała msza. Moją uwagę przykuły natomiast epitafia wmurowane w ściany zewnętrzne kościoła. Podobno jest to jeden z najcenniejszych zbiorów tego typu na Dolnym Śląsku. 


Tuż obok kościoła znajduje się spory, jak na tak niedużą miejscowość, cmentarz. W krajobrazie dominują groby współczesne, ale przy murze oraz w centralnej części zobaczyć możemy również niemieckie płyty nagrobne z przełomu XIX i XX wieku. Dawnym mieszkańcom wsi poświęcono również skromny pomnik. Bardzo mnie to cieszy, że w takim miejscu dba się o pamięć historyczną.



Najbardziej wzrok przykuwa jednak ruina okazałego grobowca, w którym niegdyś spoczywały szczątki członków rodziny Wagner. Niestety pomnik znajduje się w tragicznym stanie, jest całkowicie zdewastowany i prawdopodobnie przed laty ktoś go rozszabrował. Trzeba uważać na każdy krok, żeby nie wpaść do krypty...

Cmentarz w Dziećmorowicach może wzbudzać skrajne emocje. Cieszy zagospodarowanie części niemieckich nagrobków i umieszczenie ich w lapidarium, ale z drugiej strony grobowiec rodziny Wagner budzi grozę... Wielki pomnik na szczycie wzgórza dominuje nad krajobrazem i zdaje się być metaforą tego, jak na Dolnym Śląsku potraktowano większość niemieckich cmentarzy.





poniedziałek, 28 października 2019

Wielki powrót (do) pałacu Donnersmarcków w Siemianowicach Śląskich

Zwykle na blogu prezentuję pałace zrujnowane i zapomniane, lecz dziś pokażę Wam pozytywny przykład podnoszenia się z ruiny. Wróciłam po paru latach do Siemianowic Śląskich i nie poznałam dawnego pałacu Donnersmarcków. Jeszcze chwilę poczekamy na zakończenie prac i efekty tej metamorfozy, ale już teraz efekt jest piorunujący. Zobaczcie, jak bardzo zmieniło się to miejsce przez 6 lat!

2019 vs. 2013

W 2013 pojechałam tam na rowerze. Pałac otoczony sporym parkiem był ciekawym pomysłem na przejażdżkę, a przy okazji mogłam zrobić parę zdjęć opuszczonej rezydencji. Serce się krajało, gdy patrzyłam na tak wspaniały obiekt doprowadzony do totalnej ruiny. Nie wierzyłam wtedy, że jest dla niego jakakolwiek szansa na ocalenie. Wróciłam 6 lat później i zachwyciłam się niezwykłą metamorfozą. Dzięki uporowi inwestora, wieloletnim pracom, ale też dzięki środkom unijnym pałac zamienia się w prawdziwą perełkę województwa śląskiego.

2019 vs. 2013

A jest, co ratować. Pierwszy pałac w tym miejscu postawili już w XVII wieku Mieroszewscy. W 1718 roku posiadłość trafiła w ręce magnackiego rodu Donnersmarcków, którzy rezydowali tu do końca XIX wieku. To im zawdzięczamy spektakularną rozbudowę początkowo skromnego pałacu i nawet zniszczenia podczas wojen napoleońskich nie stanęły na drodze do dalszego rozwoju założenia parkowo-pałacowego.

2019 vs. 2013

Pod koniec XIX wieku Donnersmarckowie sprzedali siemianowicki pałac, zapoczątkowując tym samym okres częstych zmian właścicieli. Tak było do czasów II wojny światowej, kiedy to w latach 1939-1945 władze niemieckie doprowadziły do całkowitej zmiany charakteru pałacu. Przebudowano wówczas reprezentacyjne sale na małe pokoje biurowe, tym samym niszcząc zabytkowe wnętrza.W czasie II wojny światowej w pałacu mieścił się m.in. obóz jeniecki. Po wojnie powstały tu mieszkania, a od 1990 roku budynkiem zarządzała Kopalnia Węgla Kamiennego "Siemianowice".

2019 vs. 2013

Następnie miasto przejęło zdewastowany pałac. Pojawił się plan remontu, ale tutaj potrzebny był prywatny inwestor. Posiadłość parokrotnie zmieniała właścicieli, nikomu jednak - aż do 2013 roku - nie udało się doprowadzić go do przyzwoitego stanu. To się zmieniło, gdy pałac wzięła w swoje ręce Grupie Saternus. Zmiany widoczne są gołym okiem i już wkrótce powstanie tu przestrzeń przyjazna nie tylko mieszkańcom Siemianowic, ale i gościom z całego województwa czy kraju. W planach jest przeznaczenie większej części pałacu na działania społeczne, udostępnienie miejsca na prezentacje historii rodu Donnersmarcków, a także stworzenie przestrzeni coworkingowej. Powstanie tu również browar restauracyjny.

2019 vs. 2013

Mówi się, że chcieć to móc, tylko pieniędzy czasami brakuje. Bardzo się cieszę, że pałac w Siemianowicach Śląskich odzyskuje swój dawny blask i z pewnością będę śledzić dalsze losy tego miejsca. Mam nadzieję, że już niedługo będę mogła pokazać Wam zdjęcia z finalnym efektem przebudowy. Trzymam kciuki, trzymajcie i Wy!


środa, 23 października 2019

Rýchory - mało znana część czeskich Karkonoszy

Karkonosze raczej nie kojarzą się z odludnymi górami, więc tym większe było moje zaskoczenie, gdy w Czechach znalazłam mało uczęszczany szlak... i to w długi weekend majowy! Wystarczyło zawitać do naszych południowych sąsiadów na obrzeża parku narodowego. Słyszeliście kiedyś o Rýchorach? Nie? To czas je poznać!


Naszą wycieczkę w Rýchory zaczęliśmy w miejscowości Žacléř, do której trafiliśmy przypadkiem - w majówkę po polskiej stronie granicy ciężko było znaleźć nocleg, natomiast u Czechów "ubytowania" nie brakowało. Podejrzewam, że Žacléř odżywa w sezonie zimowym, kiedy przyjeżdżają tu narciarze; wiosną spotkaliśmy tu ciszę i spokój. Miła odmiana od zatłoczonego Karpacza czy Jeleniej Góry. (I dużo smażonego sera tylko dla nas* :-)).

Pasmo górskie Rýchory jest najbardziej na wschód wysuniętą częścią Karkonoskiego Parku Narodowego. Szlaki nie są wymagające i bez problemu poradzą sobie nawet niezbyt zaprawione w górskich bojach osoby. Wycieczka nie powinna nam też zająć zbyt wiele czasu i spokojnie wystarczy zarezerwować sobie na nią pół dnia. W naszym  przypadku idealnie, aby zdążyć przez ulewnym deszczem. Zmoczyło nas tylko trochę na zejściu.


Zostawiliśmy auto w miasteczku pod pensjonatem i rozpoczęliśmy dreptanie pod górę zielonym szlakiem. Miała być łatwa wycieczka? Muszę przyznać, że początkowo podejście wiedzie ostro pod górę, ale na szczęście nie trwa to długo i już po kilkunastu minutach można odpocząć na wypłaszczeniu i rozwidleniu szlaków o nazwie Bílý Kříž. Jak sama nazwa wskazuje - znajdziemy tu zabytkowy, stary krzyż przydrożny.


Zielony szlak towarzyszył nam niemal przez całą wędrówkę, a po drodze mijaliśmy kilka charakterystycznych punktów. Po Białym Krzyżu następnym ciekawym miejscem było schronisko Hubertus z 1932 roku (niestety tego dnia było nieczynne). Z obiektem związana jest ciekawa historia, otóż okazało się tuż po jego powstaniu, że budowniczy nie otrzymał należnego wynagrodzenia i schronisko trafiło na licytację. Wygrała ją... żona rzemieślnika, który wcześniej nie doczekał się zapłaty. Dosłownie kawałek za schroniskiem znajdziemy kolejny zabytkowy krucyfiks (drugi, ale nie ostatni podczas tej wędrówki) - Krzyż Röhrichta, nazwany tak na część jego fundatora.


Jeszcze chwila wędrówki i już podziwiać możemy trzeci tego dnia krzyż zwany Rychorskim. Rýchorský kříž jest również nazwą siodła, z którego rozpościerają się piękne widoki na okolice. Podziwiać stąd można imponującą panoramę Karkonoszy. Znajduje się tu kilka domów oraz rozwidlenie szlaków.


Być może część z czytelników pamięta, jak pisałam o zbrojeniu czeskiej granicy przed II wojną światową. W tamtym okresie powstała między innymi czeska "Linia Maginota" oraz bunkry przeciwpiechotne w Karkonoszach zachodnich. W Rychorach spotkać możemy podobne fortyfikacje w okolicach czerwonego szlaku biegnącego przez tzw. Dvorský les. Już sam las jest niezwykle ciekawy, upstrzony dziwacznymi pniami starych buków. Jak dodamy do tego te niewielkie bunkry doskonale zamaskowane wśród zieleni, to możemy poczuć się, jak w jakimś innym świecie. 


Na czerwony szlak odbiliśmy dosłownie na chwilę, aby zobaczyć bunkry, i po zaspokojeniu naszej ciekawości zawróciliśmy na szlak zielony. Już tylko kawałek dzielił nas od celu wędrówki, jakim było górskie schronisko Rýchorská bouda (1000 m n.p.m.). Pierwszy obiekt turystyczny powstał w tym miejscu już w 1892 roku, ale schronisko znane do dziś zbudowane zostało nieco później - w 1926 roku. Można tu skorzystać z bufetu oraz oferty noclegowej. 


Na drogę powrotną wybraliśmy dokładnie ten sam szlak ze względu na psującą się pogodę i konieczność powrotu do auta. Rýchory nie są może zbyt rozległe, ale zawsze znajdzie się tu parę innych szlaków na urozmaicenie sobie wędrówki. Wypad w tę okolicę był nieco przypadkowy, ale bardzo się cieszę, że tu trafiliśmy i poznaliśmy mało popularną część Karkonoszy. 



* - Jeśli chcecie dobrze zjeść, to polecam Pension Restaurant Korálek - serwują bardzo smaczne domowe jedzenie. 

niedziela, 22 września 2019

Zamek Książęcy w Niemodlinie - na dobrej drodze

Zamek Książęcy w Niemodlinie udostępniany jest zwiedzającym zaledwie od czterech lat, a poruszanie się po wnętrzach przypomina bardziej rajd po placu budowy niż wizytę w sterylnym muzeum. Mimo tak niesprzyjających okoliczności obiekt dostał duży kredyt zaufania i już w 2017 roku zwyciężył w konkursie Polskiej Organizacji Turystycznej w kategorii  Top Zamki i Pałace w Polsce. Postanowiłam sprawdzić, co jest tak wyjątkowego w tej niepozornej warowni w województwie opolskim...



Historia tego miejsca jest burzliwa, jak zresztą niemal wszystkich zamków w okolicy. Powstanie twierdzy związane jest z postacią Bolesława, syna księcia opolskiego Bolka I, który w 1313 na miejscu XIII-wiecznej kasztelani wzniósł niemodliński zamek. Twierdza była wielokrotnie niszczona: najpierw husyci w 1428, później pożar w 1552, ucierpiała też w 1643 w czasie wojny trzydziestoletniej. Za każdym razem zamek podnosił się z ruiny i przechodził przy tym liczne zmiany i przebudowy. Z dziejami zamku związane były rodziny Hohenzollern, Logau, Puckler, Promnitz i Praschma.


Po 1945 roku zamek był siedzibą Państwowego Urzędu Repatriacyjnego, liceum i szkoły podoficerskiej. Kiedy stan budynku był tak zły, że szkoła zmuszona była opuścić jego mury, zamek opustoszał na 10 lat. Następnie od 1990 roku znajdował się w prywatnych rękach, jednak żaden z inwestorów nie podołał pracom restauracyjnym i stan zamku wciąż był opłakany. Szansą na rozsławienie Niemodlina był rok 2006, kiedy to Jan Jakub Kolski nakręcił w zamku film "Jasminum". Niestety mimo że film spotkał się z ciepłym przyjęciem, to nie wykorzystano tego potencjału do rozsławienia zamku (np. przy poszukiwaniu sponsorów).

Zwiastun filmu "Jasminum"

Światełko w tunelu pojawiło się dopiero wraz z nowym właścicielem w 2015 roku. Udało się uporządkować wnętrza i udostępnić je zwiedzającym. Jest jeszcze bardzo dużo pracy do wykonania, ale najważniejsze, że coś w końcu ruszyło i widać tu pasję oraz zaangażowanie. Choć w wielu miejscach poczuć się można dosłownie jak na placu budowy, to przewodnik od początku nawet nie próbuje udawać, że oto wkraczamy na Wawel czy do Malborka. Planów jest sporo, część efektów prac jest już widoczna - odnawiane są sufity i malowidła naścienne (przez lata przykryte byle jaką farbą), w piwnicach jest już prezentowana część kolekcji ikon (ma być ich dużo więcej). Oby zaangażowania (i pieniędzy) wystarczyło na kolejne lata!



Zwiedzanie zamku w Niemodlinie to w tej chwili taka "wersja demo". Obiekt w trakcie renowacji może nie być miejscem dla każdego, ale osoby znające trudną historię tego obiektu z pewnością docenią pasję i zaangażowanie, z jaką zamek powoli podnosi się z ruiny. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to za parę lat będzie tu prawdziwa perełka. Mogę jedynie zachęcić Was do odwiedzin i kupna biletu, który jest przecież cegiełką na odbudowę tego niezwykłego zamku.