poniedziałek, 30 lipca 2018

Samotna wieża - Pobiedna z przypadku

Są takie miejsca, w które trafia się przypadkiem. Można je minąć, jadąc do celu, albo zatrzymać się na chwilę i sprawdzić, czy zatrzymać się było warto. Nie żałuję, że znalazłam się pewnego dnia w Pobiednej.

Pobiedna w województwie dolnośląskim leży niedaleko granicy z Czechami. Wracaliśmy akurat z Liberca po bardzo bogatym w zwiedzanie weekendzie. W dwa dni przejechałam 600 km, akurat zjechałam z jakichś górskich zawijasów pokonywanych w deszczu i mgle, (wtedy jeszcze nie) mąż na fotelu pasażera przysypiał, a ja marzyłam tylko o tym, aby dojechać do Wrocławia. I nagle dałam ostro po hamulcach i już szukałam pierwszego miejsca, w którym mogę się zatrzymać. W to deszczowe popołudnie oczarowała mnie wieża, o której wiedziałam tylko tyle, że chcę ją zobaczyć.


Co to jest? Pałac, kościół, wieża widokowa? Po przekroczeniu bramy wszystko stało się jasne - stanęliśmy na cmentarzu. W większości otaczały nas nowe nagrobki, ale dla mnie było jasne, że to miejsce z historią. Cmentarz komunalny okazał się być dawnym Evangelischer Friedhof, choć tego ewangelickiego pierwiastka za wiele się nie zachowało. Deszcz i późna pora powstrzymały mnie od dokładnego obejścia cmentarza, ale na szybko zrobiłam zdjęcie jednego pięknego grobowca rodzinnego i epitafiów na murze. Wratislaviae Amici melduje, że jest tam jeszcze parę innych zachowanych "staroci".


Wróćmy jednak do wieży, która wszak sprawiła, że w ogóle trafiliśmy na ten cmentarz. Ta strzelista ruina okazała się być ostatnią pozostałością po gotyckim kościele ewangelickim o długiej historii sięgającej już XIV wieku. Pod koniec XVII wieku przebudowano świątynię i z tego okresu prawdopodobnie pochodzi również 50-metrowa wieża. Po II wojnie światowej przez chwilę świątynia służyła katolikom, ale później już kościołem nikt się nie interesował, aż ten stopniowo popadł w ruinę. Oczywiście przeszedł niejeden szaber, ale na szczęście część wyposażenia uratowano i przekazano do Muzeum Narodowego we Wrocławiu.

Zdjęcie archiwalne z dolny-slask.org.pl

1975 rok - jak widać wieża jeszcze miała kopułę | Zdjęcie archiwalne z dolny-slask.org.pl

W taki sposób zupełnie spontanicznie znalazłam miejsce o ciekawej, choć smutnej historii. O takiej dolnośląskiej historii. Ciekawe ile takich miejsc mijam, ukrytych gdzieś w lasach i przy bocznych drogach, nawet nie wiedząc, że warto się zatrzymać i poświęcić im chwilę?

Tajemnice Lasu Osobowickiego

Chyba każdy, kto mieszka lub bywa we Wrocławiu kojarzy wieżę ciśnień przy Alei Wiśniowej. Ta eklektyczna budowla autorstwa Karla Klimma stanowi punkt charakterystyczny Krzyków i uchodzi za symbol południowej części miasta. Niewiele osób wie, że podobna wieża tego samego architekta stała kiedyś na Osobowicach. O nieistniejącej wieży oraz o tym, co jeszcze skrywa(ł) Las Osobowicki przeczytacie poniżej. 


Dwie wieże - podobne, prawda?

Dzisiaj Las Osobowicki jest popularnym miejscem na spacer z psem czy jazdę na rowerze, ale to w XIX wieku istniał na tym terenie prawdziwy "kurort". Około roku 1800 Johann Gotlieb Korn po sekularyzacji dóbr kościelnych zakupił wieś Oswitz wraz z lasem i zadbał o to, aby stworzyć tu miejsce atrakcyjne dla Wrocławian pragnących wypoczywać "poza miastem". Utworzony wówczas park okazał się być strzałem w dziesiątkę. Na jego obrzeżu Korn zlecił Langhansowi (synowi) wybudowanie kaplicy, która jako jedyna z dawnej parkowej zabudowy zachowała się do dziś.


"Kaplica Kornów", droga krzyżowa oraz pozostałości po cmentarzu zlikwidowanym po wojnie. 

W 1878 r. Osobowice zostały kupione przez miasto, które zainwestowało w infrastrukturę - postawiono restaurację, kawiarnię, basen i strzelnicę oraz okazałą wieżę widokową. Aby jeszcze lepiej wykorzystać jej potencjał, zdecydowano się na zlokalizowanie konstrukcji na wzgórzu, tzw. Szwedzkim Szańcu. W jego pobliżu dziś oprócz ruin wieży znajdziemy także wysadzony w powietrze schron piechoty - jeden z wielu na północy Wrocławia.


Do wysokiej na 47 metrów wieży prowadziły dwie klatki schodowe, które łączyły się na wysokości 26 metrów. Z wieży roztaczał się widok na cały Wrocław. Wieżę wysadzili sami Niemcy, kiedy w 1945 roku podczas obrony Festung Breslau obawiali się, że konstrukcja mogłaby zostać zdobyta przez Armię Czerwoną i wykorzystana jako punkt obserwacyjny. Wieża Pamięci Cesarza Wilhelma legła w gruzach, las zarósł i tylko rozrzucone cegły i elementy konstrukcji przypominają o historii tego miejsca.


Piszcząc o Lesie Osobowickim nie sposób nie wspomnieć jeszcze o dwóch ciekawostkach. Historia tego miejsca sięga dużo dalej niż mogłoby się wydawać. Jak informują nas spotkane w paru miejscach tabliczki, już 2500 lat temu na tym obszarze istniała cywilizacja, a badania archeologiczne potwierdziły istnienie grodu z epoki brązu.


Druga ciekawostka oscyluje na granicy legend miejskich, a na pewno do dziś wzbudza wiele kontrowersji. To właśnie w Lesie Osobowickim Niemcy, świadomi nadchodzącego upadku Twierdzy Wrocław, postanowili zakopać statuę Fryderyka II Wielkiego z pomnika na wrocławskim rynku. Istnieje wiele różnych opowieści o tym, jak lokalni chłopcy przypadkiem zauważyli wystające z ziemi ucho królewskiego rumaka albo że złomiarze używali elementów figury jako narzędzi. Nie jest znane miejsce, w którym po wojnie znaleziono posąg ani co się z nim stało. Która z licznych opowieści jest najbliższa prawdzie? Tego nie wiadomo.


Niepozorny Las Osobowicki, jak widać, skrywa sporo tajemnic. Trudno dziś wyobrazić sobie to miejsce jako tętniący życiem kompleks rozrywkowy, ale te wszystkie porozrzucane w lesie cegły i resztki fundamentów nie wzięły się znikąd. Dziś niestety odtworzenie tamtych czasów wymaga sporej wyobraźni.

----

Wszystkie zdjęcia archiwalne pochodzą z dolny-slask.org.pl

niedziela, 29 lipca 2018

Mało znana perełka Wrocławia - pałac Kornów w Pawłowicach

Zagadka na dziś: wymień wrocławskie pałace. Pałac Królewski - wiadomo. Pałac arcybskupi wymienią wszyscy, co słuchali pilnie przewodnika na Ostrowie Tumskim. Swoje okazałe siedziby w obrębie Starego Miasta miały między innymi rodziny Hatzfeldów, Oppersdorfów, Ballestremów, Sachsów czy Schaffgotschów. A na obrzeżach miasta? Pałac Stolbergów w Świniarach i zaraz przed tabliczką z przekreślonym "Wrocław" - pałac Kornów w Pawłowicach. Ten ostatni pokażę Wam dziś. 


Jadąc do Pawłowic, można zastanawiać się, czy to jeszcze Wrocław. Najszybciej można dostać się tam obwodnicą prowadzącą w stronę Oleśnicy. Na tych niepozornych przedmieściach na północno-wschodnim krańcu Wrocławia znajduje się perełka - kompleks pałacowo-parkowo-folwarczny z arboretum. Właścicielem posiadłości jest Uniwersytet Przyrodniczy. Zielone, zadbane otoczenie pałacu jest miejscem wypoczynku okolicznych mieszkańców i popularnym tłem do sesji zdjęciowych. W pałacu działa także restauracja.



Obszar Pawłowic początkowo należał do klasztoru św. Wincentego we Wrocławiu. W 1886 roku teren zakupił Heinrich von Korn - wydawca i mecenas sztuki, właściciel papierni w Zakrzowie. Kornowie byli znaczącą rodziną o długiej historii. Praprapradziadek Heinricha - Johann Jacob Korn (1702-1756) założył prowadzoną przez pokolenia firmę drukarską i wydawniczą, był także wydawcą najstarszej i najdłużej wychodzącej gazety wrocławskiej - "Schlesische Zeitung".



Heinrich von Korn z małżonką Heleną z domu von Eichborn* w latach 1891-1895 wybudowali w Pawłowicach pałac oraz zaaranżowali przypałacowy ogród. Nad głównym wejściem do dziś można podziwiać herby rodzin obojga małżonków. W 1945 roku Pawłowice z pałacem zostały zajęte bez walki i posiadłość niemal od razu została wykorzystana pod działalność Uniwersytetu Wrocławskiego. W 1952 pałac został przejęty przez Akademię Rolniczą (obecnie Uniwersytet Przyrodniczy), która przebudowała wnętrza i użytkuje posiadłość Kornów do dziś. 



* - kojarzycie to nazwisko, ale nie wiecie skąd? Być może słyszeliście o rezydencji Eichbornów - rodziny bankierów, która postawiła w 1858 willę we Wrocławiu przy ulicy Kościuszki. Posiadłość zburzono w 1907 roku, a dziś cała ta okolica wygląda zupełnie inaczej - nie ma już Nowej Synagogi podpalonej w Noc Kryształową, a na miejscu stojącego po sąsiedzku z willą Śląskiego Muzeum Sztuk Pięknych postawiono szkołę "Tysiąclatkę". Eichbornowie (podobnie jak Kornowie) mieli swój okazały grobowiec na tzw. Wielkim Cmentarzu przy obecnej ulicy Legnickiej. Cmentarz zlikwidowano w 1957 r. i na jego terenie wybudowano bloki, pawoliny i garaże. 

Willa Eichbornów z Nową Synagogą w tle - zdjęcie z dolny-slask.org.pl

niedziela, 22 lipca 2018

Drugie życie zajezdni tramwajowej we Wrocławiu

Choć pierwsza zajezdnia tramwajowa Wrocławia na Dbiu nie pełni już swojej pierwotnej funkcji, to wciąż tętni życiem. W dwóch halach postojowych funkcjonuje Centrum Kultury Akademickiej i Inicjatyw Lokalnych Czasoprzestrzeń, a także "zimują" tu zabytkowe pojazdy MPK, w tym legendarny "Ogórek"-kabriolet.


Zajezdnia przy ulicy Tramwajowej to dwie siedmiotorowe, nieprzelotowe hale połączono budynkiem warsztatowym, w południowej części placu powstał również budynek administracyjny i mieszkalny. Na jednym z budynków do dziś widoczny jest wykusz, w którym mieściła się dawniej kasa biletowa.


II wojnę światową zajezdnia na Dąbiu przetrwała bez uszczerbku - na szczęście teren Wielkiej Wyspy nie został włączony w zaciętą walkę o Wrocław.  Po wojnie zajezdnia ruszyła już 22 sierpnia 1945 roku i funkcjonowała do 2014 roku, kiedy to w nocy z 4 na 5 kwietnia pożegnano ostatnie tramwaje opuszczające zakład. Zajezdnia działała niemal sto lat. 



Od 2016 roku w zajezdni funkcjonuje Czasoprzestrzeń - miejsce spotkań i integracji dla dzieci, młodzieży, studentów, dorosłych, lokalnych mieszkańców, rodzin, seniorów, a także do środowisk naukowych, biznesowych i organizacji pozarządowych, uczelni, kościołów oraz związków wyznaniowych. Organizacja otwarta jest na różne inicjatywy, pikniki, targi, wystawy i wedłg zapewnień stawia na na kulturę i edukację, działania sportowo-rekreacyjne, promocję tolerancji i zdrowego stylu życia oraz postaw proekologicznych i prospołecznych.



W jednej z dwóch hal zobaczyć można prawdziwy skarb - zabytkowe pojazdy MPK. Część z nich wciąż czeka na konserwację, po której będzie mogła ponownie wyjechać na ulice Wrocławia, aby cieszyć oko mieszkańców i turystów. Prawdziwą perełką tej kolekcji jest Fredruś - Jelcz "ogórek", którzy przez lata stanowił atrakcję turystyczną miasta, lecz od 2005 r., kiedy uległ awarii, wegetuje, czekając na środki na przywrócenie go do życia. 



Dawna zajezdnia - dziś Czasoprzestrzeń - to miejsce na mapie Wrocławia, które warto sobie zapamiętać. Nie tylko ze względu na wspaniałą architekturę i walory historyczne, ale też dla inicjatyw, które mają tam miejsce. I chyba każdemu łezka się w oku zakręci na widok leciwego Ikarusa :-)

sobota, 30 czerwca 2018

Mauzoleum w Jałowcu - daremne żale, próżny trud

W Jałowcu - najmniejszej miejscowości gminy Lubań w województwie dolnośląskim - mieszka rozpacz. Przejmujący wyraz cierpienia i tęsknoty rodziców za utraconym dzieckiem po niemal 150 latach stoi sprofanowany. Okaleczone rzeźby tylko podkreślają beznadzieję tego miejsca.

Trudno powiedzieć, kiedy dokładnie dokonano dekapitacji, ale jedno jest pewne - nie zrobili tego uciekający Niemcy. Ciekawe, co pomyśleliby pogrążeni w żałobie rodzice, gdyby dowiedzieli się, że ostatnia pamiątka po ukochanym synu została zdewastowana i zapomniana? Pewnie to samo, co rodziny wszystkich zniszczonych grobów, potomkowie ludzi, na mogiłach których urządzono śmietniska albo wybudowano baseny, szkoły czy urządzono parki. Na Dolnym Śląsku nie było po wojnie litości dla niczego, co niemieckie, a cmentarze bez refleksji równano z ziemią.

Zdjęcie archiwalne z dolny-slask.org.pl

Wingendorf - dzisiejszy Jałowiec - w XIX wieku był własnością Karla Christiana Lachmanna, syna nestora kupców z Gryfowa. Karl ze swoją żoną - Mathildą Theodorą - doczekał się trójki dzieci - dwóch córek i syna, urodzonego 16 lutego 1847 r. Karla Roberta von Lachmanna. To właśnie jemu poświęcone zostało mauzoleum, będące w późniejszym czasie rodzinnym grobowcem. Karl Robert zginął młodo, w wieku zaledwie 23 lat, w bitwie pod Mars la Tour, podczas wojny prusko-francuskiej, służąc w stopniu porucznika husarii pułku Schleswig-Holstein. 


Zrozpaczeni rodzice, utraciwszy jedynego męskiego potomka, postanowili upamiętnić syna, stawiając naprzeciwko pałacu przepiękne mauzoleum. Budowy neogotyckiej kaplicy podjął się nie byle kto, bo Karl Lüdecke, który zaprojektował także Nową Giełdę we Wrocławiu, Pałac w Kopicach (sic!), a także przeprowadził renowację wrocławskiego ratusza. Rzeźbę anioła opłakującego zmarłego Lachmanna wykonał Rudolf Siemering, berliński rzeźbiarz.


Jeśli wierzyć relacjom, mauzoleum po II wojnie światowej nie miało wiele szczęścia. Podobno jeszcze na przełomie lat 50. i 60. XX wieku rzeźba nie była zdewastowana, ale w latach 60. miejscowi wandale włamali się do krypty i próbowali sprzedać na złom miedzianą trumnę Karla Roberta. Choć wtedy udaremniono szaber, to parę lat później sytuacja się powtórzyła i sarkofag został bezpowrotnie utracony, a los szczątek młodego Lachmanna pozostaje do dziś nieznany. Podejrzewam, że w tym okresie mogła ulec dewastacji również rzeźba.


W otoczeniu mauzoleum znajduje się także zarośnięta aleja lipowa, folwark oraz zniszczony neoklasycystyczny pałac z dobrze zachowanym kartuszem herbowym. Wszystkie budynki są zapuszczone i sprawiają wrażenie, jakby od lat się nimi nikt nie interesował - podobnie jak mauzoleum. Gdyby nie jedno z mieszkań w oficynie, które wyglądało na zamieszkałe, to można by pomyśleć, że znaleźliśmy się w jakiejś opuszczonej wiosce. 



Rozpacz - to jedyne, co przychodzi mi na myśl, gdy chcę opisać Jałowiec. Rozpacz rodziców po utracie ukochanego dziecka. Rozpaczliwy stan, do jakiego doprowadzono mauzoleum i jego otoczenie. Rozpaczliwy brak perspektyw na zmianę istniejącego stanu rzeczy.