czwartek, 18 października 2018

Gra w kości - Park Grabiszyński i nieistniejące cmentarze

Wrocławski Park Grabiszyński z pozoru niczym się nie wyróżnia. Dociekliwy obserwator zobaczy jednak, że jest w tym miejscu coś tajemniczego: bluszcz pnący się po drzewach, kamienne tabliczki walające się pod nogami... Park Grabiszyński jest dawnym cmentarzem niemieckim. 


Cmentarzyk dziecięcy - najpiękniejszy nagrobek.

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego na wrocławskich cmentarzach praktycznie nie ma starych grobowców? Po II wojnie światowej Breslau stało się Wrocławiem. Mało kto chciał przyjechać do zrujnowanego miasta, które w dodatku - jak wówczas wierzono - niedługo miało wrócić w ręce znienawidzonych Niemców. Polskie władze szerzyły propagandę o "powrocie Wrocławia do macierzy", podkreślano piastowską historię dolnośląskich ziem i zarazem usuwano z budynków niemieckie napisy, likwidowano pomniki. Ofiarami antyniemieckiej propagandy padły także cmentarze, będące przecież pamiątkach po pokoleniach żyjących i tworzących to miasto przed 1945 rokiem. "Ziemie odzyskane" należało za wszelką cenę odniemczyć.

Park Grabiszyński i ślady jego przeszłości przy parkowych alejkach.

Kommunal Friedhof in Gräbschen - cmentarz komunalny na Grabiszynie - w przeszłości stanowiły trzy odrębne pola grzebalne oznaczone numerami i otwierane w różnych okresach wraz ze wzrastającym zapotrzebowaniem na powiększanie nekropolii. Cmentarz Grabiszyński I, zajmujący obszar między ulicami Hallera, Romera i Grabiszyńską, powstał w 1867 roku. Część druga powstała w 1881 roku po drugiej stronie ul. Grabiszyńskiej i jako jedyna uniknęła likwidacji, zachowując do czasów obecnych funkcje grzebalne. W 1916 r. na południowym skraju najstarszej części kompleksu cmentarnego utworzono trzecią, najmłodszą część cmentarza. Jej centralny punkt stanowiło krematorium zaprojektowane przez Richarda Konwiarza. Po wojnie rozważano wznowienie użytkowania spopielarni, ale w tamtym okresie pochówek urnowy nie cieszył się popularnością ze względu na skojarzenia z obozami koncentracyjnymi i ostatecznie krematorium rozebrano.

Krematorium Konwiarza (fotopolska.eu)

To właśnie ta najmłodsza, najbardziej wysunięta na południowy-wschód cmentarza najbardziej przypomina użytkownikom parku o dawnej funkcji tego tego terenu. Niedaleko pętli tramwajowej możemy natknąć się na niewielki, ogrodzony cmentarzyk dziecięcy, cudem ocalały z likwidacji w 1963 r. Jakiś głos rozsądku przypomniał, że dzieci - niezależnie od narodowości - nie były niczemu winne. Poza tym na tej maleńkiej nekropolii tuż po wojnie chowano także polskie dzieci, najczęściej ofiary niewypałów licznie pozostawionych w ruinach Breslau. Grobki są mocno zarośnięte; na bramie znajduje się informacja, że miejscem opiekuje się pobliska szkoła, ale niestety wygląda na to, że dawno nikt tu nie zaglądał.




Nieco dalej na południe, koło Park&Ride, spotkamy drugi ocalały fragment przypominający o historii parku - Cmentarz Żołnierzy Włoskich. W 1927 roku zadecydowano o utworzeniu w tym miejscu nekropolii, na której spoczęło 1016 jeńców wziętych do niewoli niemieckiej po przegranej przez Włochy bitwie pod Caporetto 24.10.1917 roku. Inicjatywa została w pełni finansowana przez rząd włoski.



Stojąc na skraju dawnego Cmentarza Grabiszyńskiego III, nie sposób nie zauważyć okazałego kopca z pomnikiem przypominającym skrzydła husarskie. To już historia powojenna, ale także warta przywołania w tym miejscu. Na wzgórzu  w latach 1968-70 spoczęły szczątki 603 żołnierzy polskich – uczestników Kampanii Wrześniowej zmarłych w niewoli niemieckiej oraz poległych na froncie żołnierzy 2 Armii Wojska Polskiego. Pierwotnie chowano ich na III części Cmentarza Grabiszyńskiego, ale przy okazji likwidacji nekropolii podjęto decyzję o utworzeniu bardziej reprezentacyjnego miejsca spoczynku. Padło na usypane z wojennego gruzu wzgórze nad rzeką Ślęzą. 


Gdy szukałam informacji o losach niemieckich nekropolii we Wrocławiu, jak mantra powtarzało się określenie "likwidacja cmentarza". Likwidacja, czyli co? Ekshumacja? Czy samo usunięcie nagrobków? Nie chcę wbijać kija z mrowisko ani oskarżać nikogo po tylu latach. Potrafię zrozumieć, że nasilone nastroje antyniemieckie sprawiły, że grobowców nikt nie traktował z czcią czy szacunkiem. Oficjalnie tego nikt nie napisze, ale z moich informacji wynika, że niestety - rośliny w Parku Grabiszyńskim mają bardzo żyzny nawóz naturalny. Chodząc po parku, chodzicie po mogiłach. Nagrobki z likwidowanych cmentarzy poddawano "recyklingowi" - skuwano litery i wykorzystywano ponownie albo używano jako budulec ogrodzeń i chodników. Na początku lat 2000 u jednego z podwrocławskich kamieniarzy znaleziono niezliczoną ilość płyt nagrobnych pochodzących z wrocławskich cmentarzy. Ocalałe płyty zostały odkupione przez miasto i wykorzystane do budowy Pomnika Wspólnej Pamięci - lapidarium upamiętniającego zmarłych przed 1945 rokiem Wrocławian. Monument stanął w miejscu dawnego krematorium Konwiarza.



Cmentarz-Park Grabiszyński to tylko jeden z przykładów powojennego "odniemczania". Park Zachodni przy ul. Legnickiej również jest dawnym cmentarzem, tak samo Park Andersa przy ul. Kamiennej. Między Borowską, Wieczystą i Śliczną na cmentarzu wybudowano bloki; budynek z neonem "Dobry wieczór we Wrocławiu" stoi na dawnym cmentarzu żydowskim. Na obszarze Wielkiego Cmentarza (między Legnicką, Braniborską, Dobrą i Trzemeską), na którym pochowano wieku wybitnych wrocławian, dziś stoją bloki, garaże, pawilony i przedszkole, które może się poszczycić kamiennym ogrodzeniem z niemieckich nagrobków. Na zlikwidowanym Neuer Friedhof der Reformierten Gemeinde (przy ul. Ślężnej) po wojnie wybudowano basen. Przy okazji jego rozbiórki w 2011 r. i podczas przygotowywania fundamentów pod powstającą tam szkołę, wykopano ludzkie kości oraz płyty nagrobne. Takich przykładów można mnożyć i mnożyć.

Blok przed dworcem stanął na dawnym cmentarzu żydowskim. | Park Zachodni też był cmentarzem, a to jego pozostałość. 

Długo się zbierałam do napisania tego tekstu i nawet teraz mam pewne wątpliwości, czy warto rozdrapywać trudny temat legalnej profanacji szczątków ludzkich. Od likwidacji cmentarzy upłynęło sporo czasu i większość mieszkańców bloków i spacerowiczów nawet nie ma pojęcia, że stąpa po dawnych grobach. Na szczęście myślenie przez ostatnich 70 lat się zmieniło i dzisiejszy mieszkańcy Wrocławia nie wstydzą się burzliwej historii miasta i niełatwego niemieckiego dziedzictwa, które dostali niejako w spadku. Lada moment 1 listopada. Odwiedziwszy groby swoich bliskich, idźcie na spacer do parku albo po mieście. Wędrując, nie zapominajcie o tych, co żyli i umierali tu przed nami. 

piątek, 5 października 2018

Hůrka i Bouda - czeska "Linia Maginota"

Okolica czeskiego miasteczka Králíky w latach 30. XX wieku stanowiła najsilniej ufortyfikowany teren Republiki Czechosłowackiej i jeden z najbardziej umocnionych odcinków granicy w Europie. Podczas jednej z weekendowych podróży odwiedziliśmy naszych południowych sąsiadów, aby zobaczyć dwie udostępnione do zwiedzania artyleryjskie twierdze o nazwach Hůrka oraz Bouda. O nich będzie dzisiejszy wpis.


Tvrz Bouda

Na początek należałoby wyjaśnić, dlaczego w ogóle Czesi (Czechosłowacy) zdecydowali się na tak mocne uzbrojenie granicy. W roku 1933 kanclerzem Niemiec został Adolf Hitler, co doprowadziło do pogorszenia stosunków niemiecko-czechosłowackich. Długa granica z Niemcami, Austrią oraz niepewną politycznie Polską była kolejnym argumentem za podjęciem działań. W 1935 roku rozpoczęto modernizację armii oraz przystąpiono do budowy wzdłuż granic potężnego systemu fortyfikacji wzorowanych na Linii Maginota. 


 Mapka z http://boudamuseum.com

Prace zostały przerwane w październiku 1938 roku, kiedy to władze czechosłowackie, pod naciskiem sojuszników, zaakceptowały postanowienia konferencji w Monachium. W efekcie Czechosłowacja zobligowana została do przekazania Niemcom obszarów przygranicznych zamieszkiwanych przez obywateli narodowości niemieckiej. Wojsko musiało podporządkować się decyzji władz kraju i wycofało się z umocnień bez walki, przekazując dostęp do fortyfikacji Niemcom.

Tvrz Bouda

Na tym się nie skończyło - wbrew gwarancjom międzynarodowym 15 marca 1939 roku niemieckie wojska zajęły całe terytorium Czech i Moraw, a na pozostałym obszarze utworzono nowe państwo - Słowację. Po zakończeniu II wojny światowej fortyfikacje znajdujące się na południowej i zachodniej granicy Republiki Czeskiej ponownie włączono do systemu obrony terytorium kraju, tym razem w strukturach tzw. "bloku wschodniego". W jednej z odwiedzonych twierdz znaleźliśmy na ścianach napisy cyrylicą, co z wskazuje na to, że kralickie fortyfikacje także musiały przez jakiś czas być wykorzystywane przez żołnierzy Armii Radzieckiej.

Tvrz Bouda

Naszą wycieczkę zaczęliśmy od łatwiej dostępnego obiektu, jakim jest Tvrz Hůrka. Znajduje się on na przedmieściach miejscowości Králíky, a do dyspozycji odwiedzających jest parking oraz bufet. Zwiedzanie odbywa się wyłącznie z przewodnikiem o wyznaczonych godzinach. Grupa była dość liczna - około 40 osób, wśród nich rodziny z dziećmi, a przewodniczka posługiwała się (w sumie nie tak łatwym do zrozumienia) czeskim. Sytuację nieco ratowały nieliczne tablice z opisami w języku polskim, które w miarę możliwości czytaliśmy. W podziemiach panuje stała temperatura i wysoka wilgotność powietrza, dlatego nawet latem warto ubrać pełne buty, długie spodnie i kurtkę. 




Tvrz Hůrka

Po zwiedzeniu twierdzy Hůrka skierowaliśmy się do drugiego podobnego obiektu - twierdzy Bouda. Dotarcie do niej nie było już tak łatwe i oczywiste. Najprostszą opcją jest dojechanie krętą, górską dróżką na Suchý vrch. Tam można zostawić auto na bezpłatnym parkingu (a jak starczy czasu - wejść na wieżę widokową) i podejść czerwonym szlakiem do fortyfikacji. Do przejścia są niecałe 3 kilometry w jedną stronę, wraca się tą samą trasą.


Wieża widokowa na Suchym vrchu oraz widoki ze szlaku wiodącego do twierdzy


Tvrz Bouda okazała się być znacznie mniej popularna od Hůrki, bo po kupieniu biletów dowiedzieliśmy się, że jesteśmy jedynymi zwiedzającymi. Dzięki temu mieliśmy we dwójkę prywatne zwiedzanie z przewodnikiem. Był jeden szkopuł - przewodnik był czeskojęzyczny. Na szczęście dostosował się do nas, mówił bardzo prostym, zrozumiałym czeskim, pokazywał nam tablice przetłumaczone na polski i w sumie rozumieliśmy niemal wszystko. Bouda zrobiła na nas znacznie większe wrażenie - zwiedzanie tak ciekawego obiektu w kameralnym gronie to miła odmiana od tłoczenia się w grupie. Gdybym miała wybierać tylko jeden z obiektów, to zdecydowanie Bouda ma lepszy klimat.




Tvrz Bouda

Do Czech mamy tak blisko, a w sumie rzadko poświęcamy czas, aby odwiedzić naszych południowych sąsiadów. Okazuje się, że warto i już nawet w pasie przygranicznym można spotkać bardzo interesujące miejsca do zwiedzania. Dla miłośników fortyfikacji z pewnością Czechy mają jeszcze dużo więcej do zaoferowania.

środa, 26 września 2018

Festung Küstrin - Twierdza Kostrzyn - miasto, które zniknęło

Przygraniczny Kostrzyn nad Odrą najlepiej kojarzony jest z "najpiękniejszym festiwalem świata", jak często określa się Pol'and'Rock Festival (dawniej Woodstock). Sporym zaskoczeniem dla festiwalowiczów oraz innych przyjezdnych może być historia miasta, które przed II wojną światową wyglądało zupełnie inaczej. Poznajcie Küstrin, "polską Hiroszimę" - najbardziej zniszczone wojną miasto na terenie dzisiejszej Polski.


Współczesny Kostrzyn zupełnie nie przypomina miasta o niemal 800-letniej tradycji. Na próżno szukać tu urokliwej starówki, wąskich uliczek czy rynku. Zamiast tego mamy liczne bloki, markety, sklepy z tanimi papierosami dla Niemców i typowe budynki przypominające o tym, że kiedyś prężnie działało tu przejście graniczne. W tym całym misz-maszu wyróżnia się stosunkowo duży - jak na niespełna dwudziestotysięczną miejscowość - dworzec kolejowy z 1857 roku. Pasuje do okolicznej zabudowy jak pięść do nosa, ale jest on jedną z nielicznych pamiątek po przedwojennym Kostrzynie.


Zamek - kiedyś i dziś (zdjęcie archiwalne z fotopolska.eu)

Aby trafić na dawną kostrzyńską starówkę należy skierować się w stronę granicy, minąć Hotel Bastion i przejść przez bramę. Znajdziemy się w miejscu niezwykłym. Wyglądem przypomina nieużytki, jakąś zapomnianą przez Boga i ludzi łąkę, po której walają się stare cegły i kamienie. Jak przyjrzymy się bliżej, to coś zacznie się wyłaniać - resztki schodów, posadzek, framug. O przeszłości miejsca przypominają także współczesne znaki: plac Ratuszowy, Zamek, ulica Berlińska i wiele innych. Krzyż wśród cegieł sprawia, że wyobrażamy sobie stojący tu niegdyś kościół. Kręte schody przypominają o szesnastowiecznym zamku wzniesionym przez Krzyżaków. Jeśli zamkniemy oczy i damy się ponieść wyobraźni, to może nawet usłyszymy stukot przejeżdżającego przez Bramę Berlińską tramwaju.

Brama Berlińska i ulica Berlińska - kiedyś i dziś (zdjęcie archiwalne z fotopolska.eu)

Kościół Mariacki - kiedyś i dziś (zdjęcie archiwalne z fotopolska.eu)

25 stycznia 1945 Kostrzyn ogłoszony został twierdzą - Festung Küstrin. Jego zadaniem było jak najdłuższe powstrzymanie ofensywy Armii Czerwonej zmierzającej na Berlin. To właśnie bliskość stolicy okazała się dla Kostrzyna zgubna, a miasto-twierdza miało się bronić do ostatniego człowieka. Część miasta broni się sama, wykorzystując położenie wśród meandrów Odry i Warty. Kilkusetletnie bastiony twierdzy z XVI wieku są jednak bezużyteczne, dlatego obronę opiera się na prowizorkach, zakłada się stanowiska strzelnicze w budynkach mieszkalnych, naprędce buduje się barykady. Festung Küstrin bronił się do 30 marca. Szacuje się, że podczas obrony w jego murach zginęło około 10 000 osób; w kwietniu dołączyli do nich umierający w kostrzyńskich lazaretach Czerwonoarmiści. Küstrin został zniszczony w niemal 100%, miasto dosłownie zniknęło z powierzchni ziemi.

Ratusz - kiedyś i dziś (zdjęcie archiwalne z fotopolska.eu)

Plac Ratuszowy - kiedyś i dziś (zdjęcie archiwalne z fotopolska.eu)

Po wojnie, w wyniku ustaleń poczdamskich, granica polsko-niemiecka została utworzona na Odrze. Dzielnice Długie Przedmieście i Kietz znalazły w Niemczech na terenie radzieckiej strefy okupacyjnej, a Stare i Nowe Miasto włączono do Polski. Początkowo Kostrzyn był miastem zamkniętym, zamieszkałym wyłącznie przez kolejarzy i celników. Do jego ponownego rozkwitu przyczyniło się powstanie w 1954 roku Zakładów Celulozy i Papieru - wówczas największej w Polsce fabryki tego typu. Teren dawnej twierdzy uprzątnięto i pozostawiono w charakterze trwałej ruiny. Ocalałymi bastionami zarządza Muzeum Twierdzy Kostrzym, które w kazamatach Bastionu Filip przygotowało ciekawą wystawę dokumentującą losy miasta. Polecam odwiedzić - szczególnie ciekawe są archiwalne materiały ukazujące przedwojenne życie miasta, którego dziś już nie ma. 



Kostrzyn nad Odrą jest miastem o trudnej historii, która dziś pozostaje dla wielu nieznana. Nie będąc tam, trudno wyobrazić sobie przenikającą pustkę, jaka została w miejscu dawnego miasta. Jeśli interesuje Was historia walki i obrony Festung Küstrin, to serdecznie polecam szczegółowy artykuł na ten temat. Miejsce warto odwiedzić niezależnie od okoliczności - czy to przejazdem w drodze do Niemiec, czy w ramach wypadu na festiwal. Uruchomcie wyobraźnię i przespacerujcie się po przedwojennym mieście.