poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Pałac w Stolcu - lepiej nie będzie

Kiedy w wyszukiwarkę wpiszecie hasło "pałac w Stolcu", znajdziecie stronę fundacji ratującej zabytek oraz liczne artykuły o kupnie pałacu oraz jego szansie na nowe życie. Niestety wszystkie te informacje dotyczą pałacu w Stolcu w województwie zachodniopomorskim, bo o tym koło Ząbkowic Śląskich już chyba mało kto pamięta. 


Stolec (niem. Stolz) jest największą wsią w rejonie Ząbkowic Śląskich. O tym, jak duże znaczenie miała niegdyś ta miejscowość, świadczy już jej nazwa pochodząca od staropolskiego słowa „stolicz” - stolica danego obszaru. (A co myśleliście, świntuszki? :-)). Stolec był wsią rycerską, a pod koniec XVIII w. został mianowany siedzibą Wolnego Państwa Stanowego należącego do rodziny Schlabrendorfów.

Listę zabytków Stolca otwiera niepozorny, ale bardzo cenny gotycki kościół Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Panny Marii i Św. Zuzanny z XIII wieku. W jego wnętrzach zachował się późnogotycki tryptyk poświęcony Świętej Rodzinie oraz polichromia z XV wieku. Charakterystyczne są dwie wieże kościoła połączone mostkiem (od razu skojarzyły mi się z Mostkiem Pokutnic przy Katedrze św. Marii Magdaleny we Wrocławiu. Ciekawe czy z tym stoleckim także związane są jakieś ciekawe legendy?). W jednej z wież zachował się mechanizm zegarowy z 1874 r. wykonany przez firmę Eppner & Co. ze Srebrnej Góry. 


Tuż za kościołem, na niewielkim wzgórzu, naszym oczom ukazuje się kolejna "perełka" wsi - pałac z pierwszej połowy XVIII wieku. Posiadłość wzniesiono dla Henryka von Churschwandta w miejscu XIII-wiecznego zamku rycerskiego. Pałac dwukrotnie przebudowywano - w latach 1773-79 oraz w XIX wieku, kiedy to nadano mu zachowany do dziś neobarokowy kształt. Podobno w czasie II wojny światowej Niemcy zgromadzili w pałacu dzieła sztuki, które później Sowieci wywieźli na wschód. Rezydencja została uszkodzona w 1945 roku, a następnie (jak większość dolnośląskich pałaców) splądrowana. Dziś już tylko straszy, a dziurawy dach nie rokuje zbyt dobrze na przyszłość.


W sąsiedztwie pałacu znajduje się również bardzo stary folwark, w skład którego wchodzą między innymi: obora murowana z 1607 r. oraz dwie obory murowane z drugiej połowy XVIII w., stodoła z XVIII w. i murowany spichlerz z XVIII w. Tuż obok zobaczyć możemy też niepozorny dwór z XVII wieku, obecnie służący jako budynek mieszkalny.

Dwór | Folwark

Na przypałacowym terenie utworzono okazały park o powierzchni aż 5 hektarów. W XIX wieku przeszedł od metamorfozę i wtedy właśnie powstała wieża widokowa (tzw. belweder). Ośmioboczną górną kondygnację wieńczył taras widokowy z balustradą oraz kopuła. Dziś po tej, z pewnością pięknej, budowli została już tylko zarośnięta ruina. 


Wizyta we wsi Stolec była dla mnie kolejną cegiełką dołożona do układanki "pałaców Dolnego Śląska". Takich ruin jest tutaj ogromna ilość; ilość wręcz przytłaczająca. Czasami już sama gubię się, gdzie byłam, a gdzie nie. Czy Stolec czymś się wyróżnia? Na pewno wielowiekową historią sięgającą XIII wieku, ale czy ma to jakieś znaczenie dla zapomnianej miejscowości z kolejnym rozpadającym się pałacem? Odpowiedzcie sobie sami. 

wtorek, 16 kwietnia 2019

Pełną parą - Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa w Jaworzynie Śląskiej

Znacie Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa w Jaworzynie Śląskiej? Pewnie tak - w końcu mało jest na Dolnym Śląsku takich miejsc, w których coś dla siebie znajdą zarówno dorośli, jak i dzieci, a do tego na jednej wizycie się nie skończy. Tu po prostu chce się wracać, aby ciągle odkrywać coś nowego...


Zwykłam mówić, że życie jest zbyt krótkie, aby wracać w te same miejsca. Są jednak atrakcje, dla których warto zrobić wyjątek i muzeum w Jaworzynie Śląskiej jest tego przykładem. Pierwszy raz pojechałam na Galę Parowozów - doroczną imprezę dla miłośników pary i starych, ale wciąż sprawnych maszyn. Z tej okazji do Jaworzyny przyjeżdżają parowozy z całej Polski i sąsiednich krajów. Dużo wtedy się dzieje i odwiedzających jest adekwatna ilość, dlatego na drugą wizytę wybrałam zwykły dzień przed sezonem. A że zbiegło się to z urodzinami męża, to zadbałam o to, abyśmy mogli na spokojnie pozwiedzać wszystkie zakamarki z przewodnikiem.


Z Gali Parowozów 2016

Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa działa od 2004 roku na terenie dawnej parowozowni wachlarzowej z 1907 roku. To blisko 3 hektary terenu, 2,5 kilometra torów oraz ponad 140 jednostek zabytkowego taboru kolejowego, którego zresztą cały czas przybywa! Zbiór tworzy 50 lokomotyw (parowych, spalinowych i trakcyjnych) oraz 100 wagonów i pojazdów specjalistycznych - np.  drezyn. Część eksponatów jest na chodzie i wykorzystuje się je do sezonowych przejazdów. Wśród nietypowych eksponatów znajdują się między innymi Ruthermeyer 704 z 1930 r. - jedyny sprawny walec parowy w Polsce, oraz sześćdziesięcioletnia drezyna - Warszawa.



Dla mnie jednym z ciekawszych miejsc na terenie muzeum jest zabytkowy poniemiecki schron przeciwlotniczy znajdujący się pod warsztatem. Niestety niemieckie napisy nie są oryginalne - jest to pamiątka po planie filmowym, ale sam schron jest w 100% autentyczny. A na koniec zwiedzania przejechaliśmy się po bocznicy na terenie muzeum. Podczas przejażdżki przeżyliśmy manewr na obrotnicy i muszę przyznać, że wrażenie było niesamowite. Po muzeum oprowadzał nas Zbigniew Gryzgot - kustosz muzeum i zarazem najstarszy czynny maszynista w Polsce. Lokalna legenda i prawdziwa skarbnica wiedzy na temat kolei. Gdybyście kiedykolwiek mieli okazję trafić na Pana Zbyszka - koniecznie idźcie na zwiedzanie właśnie z nim!



Czy wrócimy jeszcze do Jaworzyny Śląskiej? Na pewno! Może następnym razem już z dziećmi? Dla najmłodszych też jest tu sporo atrakcji, chociaż muzeum jest takim miejscem, w którym każdy, niezależnie od wieku, znajdzie coś dla siebie. Bo chyba nie ma osoby, której na widok parowozów nie zaświeciłyby się oczy :-)

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Klasztor Karmelitów bosych w Zagórzu - ciągle pod górkę

Wielu turystów jadąc w Bieszczady, pragnie czym prędzej znaleźć się jak najbliżej połonin (lub nad Soliną, by pić piwo:-)), pomijając ciekawe miejsca, jakie można odwiedzić po drodze. Dziś pokażę Wam jeden z takich niezwykłych obiektów. Pod Sanokiem, zwanym Bramą Bieszczad, w miejscowości Zagórz odwiedzić można malowniczo położone ruiny Klasztoru Karmelitów bosych. Jego historia jest dość burzliwa...


Na mierzącym 345 metrów n.p.m. wzgórzu Mariemont, w zakolu rzeki Osławy, wznoszą się malownicze ruiny jednego z nielicznych zachowanych klasztorów warownych w Polsce. Auto musimy zostawić na parkingu koło kościoła, a następnie ruszamy wzdłuż drogi krzyżowej pod górę. Wstęp do klasztoru jest bezpłatny, ale na wejściu można za 2 zł kupić pocztówkę - cegiełkę na odbudowę zniszczonej budowli. Danie temu miejscu drugiego życia byłoby pięknym zwieńczeniem jego smutnej historii...


Klasztor i kościół ufundował Jan Franciszek Stadnicki na początku XVIII wieku. Wewnątrz wysokich na pięć metrów murów obronnych znalazło się także miejsce także dla kordegardy, budynków gospodarczych oraz szpitala dla weteranów wojennych, którymi opiekowali się karmelici. Kompleks budynków charakteryzował się stylem barokowym. Kościół posiadał nietypową ośmioboczną nawę główną oraz dwie kaplice boczne. Budowę ukończono w 1730 roku. 


Okres największej świetności klasztor przeżywał do pierwszego rozbioru Polski. W 1772 konfederaci barscy schronili się u karmelitów przed armią rosyjską. 29 listopada zabudowania klasztorne zostały ostrzelane z armat przez wojska pod dowództwem generała Iwana Drewicza. Obrona klasztoru w Zagórzu była ostatnią bitwą konfederacji barskiej. 

Ledwo karmelici odbudowali się z bitewnych zniszczeń, gdy przyszło im zmierzyć się z największym nieszczęściem, jakie spotkało zagórski klasztor. 26 listopada 1882 roku, z do dziś niewyjaśnionych przyczyn, wybuchł pożar, który strawił całkowicie więźbę dachową karmelu. Oficjalna wersja jako przyczynę zaprószenia ognia podaje kłótnię przeora z jednym z zakonników, nieoficjalnie zaś mówiło się o celowym podpaleniu z inicjatywy władz zaborczych. Parę lat później nastąpiła likwidacja konwentu.


Pozostawione bez opieki budynki niszczały przez ponad sto lat. Pierwsza iskierka nadziei pojawiła się w 1956 roku, kiedy to dzięki staraniom pochodzącego z Zagórza Tadeusza Żurowskiego (generalnego konserwatora zabytków archeologicznych w Ministerstwie Kultury i Sztuki) wydano zgodę na odbudowę karmelu. Niestety pomimo podjęcia serii prac porządkowych (m. in. w splądrowanych kryptach) przeszkodą okazał się brak funduszy i zgodę na renowację cofnięto. Zaangażowanych w odbudowę karmelitów usunięto z terenu klasztoru w asyście milicji. 

W 2000 roku ponownie podjęto się próby ratowania obiektu. Oczyszczono teren, odbudowano dwie baszty, ustawiono na postumencie figurę Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Ponownie jednak zabrakło pieniędzy oraz zainteresowania lokalnych władz. Dziś znów, po raz trzeci, klasztor próbuje podnieść się z ruiny. Będąc w okolicy, nie wahajcie się tam pojechać, kupcie symboliczną cegiełkę. Widać, że jest jeszcze wiele do zrobienia, ale widok z wieży czy chwila odpoczynku w przyklasztornym ogrodzie są równie wartościowe, co te połoniny i piwo nad Soliną ;-)

środa, 3 kwietnia 2019

Port Miejski, czyli przemysłowa twarz Wrocławia

Wrocław kojarzy się z wieloma rzeczami. Z zabytkową zabudową Starego Miasta, z burzliwą historią, z Europejską Stolicą Kultury. Rzadko jednak mówi się o Wrocławiu w kontekście przemysłu, ponieważ do współczesnych czasów przetrwało niewiele budynków o charakterze industrialnym, a te, które wciąż istnieją, nie są doceniane i często kończą zrównane z ziemią. Pokażę Wam jedno miejsce, w którym zachował się wrocławski duch przemysłu i architektura, która miała być nie tylko funkcjonalna, ale i reprezentacyjna... Poznajcie Port Miejski.



Odra od zawsze napędzała gospodarczo Wrocław. Już pierwsze ślady osadnictwa wskazują na związek przyszłego Wrocławia z rzeką - piastowski gród powstał bowiem na brzegu Odry, na terenie Ostrowa Tumskiego. Woda była żywiołem, który wielokrotnie zagrażał miastu, ale była też dobrodziejstwem, które ułatwiało handel i transport. Kwestią czasu było powstanie w mieście portu z prawdziwego zdarzenia, a jego otwarcie doskonale wpisało się w zapoczątkowaną przez rewolucję przemysłową intensywną industrializację Europy.


Powstanie nowoczesnego - jak na tamte czasy - portu miejskiego podyktowane było drożejącym transportem kolejowym. Żegluga śródlądowa miała być tańsza i efektywniejsza. Budowniczymi portu zostali znani z wielu wrocławskich inwestycji Karl Klimm (autor m. in. wieży ciśnień przy Wiśniowej/Sudeckiej) i Richard Plüddemann (projektant m. in. Hal Targowych). W porcie powstał jeden basen portowy (choć początkowo planowano budowę trzech), sześć magazynów, czternaście żurawi, suwnica i 42 place! Port uroczyście otwarto 4 września 1901 roku.


Podczas II wojny światowej ucierpiała znaczna część portowej infrastruktury. Zniszczenia sięgały aż 80%.  Po wojnie na pewien czas teren przejęli Rosjanie, a następnie przeszedł on pod zarządzanie miasta. Spora część budynków została rozebrana, a wyposażenie wywieziono do innych zakładów. Mimo tego za czasów przedsiębiorstwa Żegluga na Odrze (przekształconego w 1993 roku w Odratrans S.A.) port intensywnie wykorzystywano głównie do transportu węgla i kruszywa. Niestety lata 80. były ostatnim okresem prosperity i wkrótce doszło do niemal całkowitego zamknięcia portu dla żeglugi.


Dziś port jest tylko cieniem siebie samego z najlepszego, przedwojennego okresu. Większość budynków wyburzono, ale pozostawione magazyny i spichlerz wciąż robią wrażenie. Ten ostatni nie miał zresztą szczęścia - w 2005 roku pożar strawił budynek i doprowadził do zawalenia jego znacznego fragmentu. Obecnie na terenie portu działają firmy niezwiązane z transportem wodnym - warsztaty, hurtownie, sklepy czy skup złomu. W dawnym domu marynarskim swoją siedzibę ma ZUS, a w budynku administracji portowej działa Urząd Żeglugi Śródlądowej. Zachował się jeden z przedwojennych żurawi. Choć port miejski nie pełni już swoich dawnych funkcji, to wciąż przypomina o ważnej części historii Wrocławia.




wtorek, 26 marca 2019

Góra Wszystkich Świętych, Góra Świętej Anny oraz cuda w Ścinawce Średniej

W Sudetach sporo jest pasm i szczytów, które niemal zawsze są oblegane przez wędrowców. Turyści licznie ściągają w Karkonosze, na Śnieżnik czy w Góry Stołowe. Też lubię tam bywać, ale czasem potrzebuję się wyciszyć i wtedy wybieram mniej oblegane szlaki. Ostatnio odwiedziłam Wzgórza Włodzickie koło Nowej Rudy, obierając za cel wędrówki Górę Wszystkich Świętych oraz Górę Świętej Anny. Co można tam ciekawego zobaczyć? Jest tego trochę!



Choć przede wszystkim miała być to wędrówka po górach, to już po wyjściu z pociągu w Ścinawce Średniej wiedziałam, że zabawimy tu na dłużej. Jako pierwsza urzekła mnie stara stacja kolejowa z 1879 roku. Widać, że kiedyś musiało to być prężnie działające miejsce, bo tuż obok dworca kolejowego powstał także szereg innych budynków, w tym magazyn spedycji, budynki gospodarcze i parowozownia. W latach 1993-2008 na bocznicy stały zresztą nieużywane parowozy, ale niestety nigdy nie doczekały się utworzenia w Ścinawce muzeum. Dwa z nich trafiły do Jaworzyny Śląskiej, a reszta została zezłomowana.


Po opuszczeniu terenu stacji oczy zaświeciły mi się na widok kolejnej "atrakcji" - ruin dawnej cegielni. Zakład uruchomiła w 1896 roku rodzina Gaertnerów. Po wojnie była to Państwowa Cegielnia Skałeczno - jedna z największych na ziemi kłodzkiej. W drugiej połowie lat 80. cegielnię strawił ogromny pożar i choć fabrykę ponownie uruchomiono, to najlepsze czasy już miała za sobą. W latach 90. działała jako zakład prywatny. Dziś jest w ruinie, część budynków wyburzono, nie zachowało się nic z wyposażenia. Obejrzeć warto, ale nie spodziewajcie się nic prócz pustych ścian.


Z cegielni ruszyliśmy w końcu na szlak. Ruszyliśmy i gdy tylko dotarliśmy do osady Księżno, to ja znów musiałam się zatrzymać, aby porobić zdjęcia. Uwielbiam taką starą, poniemiecką architekturę, a tutaj dostałam jej przykład w przepięknym wydaniu. W Księżnie zachował się imponujący zespół zabudowań folwarcznych z XIX wieku. Po wojnie był tu PGR. Dobrze, że to cudo przetrwało - spójrzcie tylko na tę wieżyczkę!


Ochom i achom mogło nie być końca, ale góra sama się nie zdobędzie. Podziwiając piękne widoki na Karkonosze i Góry Stołowe, pięliśmy się czerwonym szlakiem coraz mocniej w górę. Dużo czasu nie trzeba było, aby zdobyć mierzącą 648 m n.p.m. Górę Wszystkich Świętych. Na szczycie znajduje się wieża widokowa z 1913 roku. Wstęp na nią jest bezpłatny (podobnie jak na drugą, na Górze Świętej Anny, na którą zaraz dotrzemy). Nad wejściem do wieży znajduje się płaskorzeźba przedstawiająca mężczyznę. Wbrew podejrzeniom mojego męża, nie przedstawia ona jednak Hitlera, lecz dawnego patrona wieży - Helmuta Karla von Moltkego - generała i reformatora armii pruskiej. Przed wojną na szczycie znajdowało się również schronisko. Nieco poniżej wieży można odwiedzić również Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej z 1680 roku.



Kolejnym punktem na mapie była Góra Świętej Anny (647 m n.p.m.). Aby do niej dotrzeć, trzeba było najpierw zejść do przełęczy, aby potem nadrobić wysokość na podejściu. Historia tego miejsca sięga XV wieku, kiedy to poniżej szczytu wzniesiono drewnianą kaplicę, dwa wieki później zamienioną na murowaną. Wraz z nasileniem się ruchu turystycznego i pielgrzymkowego w 1903 roku zbudowano schronisko (obecnie budynek jest na sprzedaż), a siedem lat później - wieżę widokową. Można z niej podziwiać wspaniałe widoki.



Wędrówkę zakończyliśmy, schodząc zielonym szlakiem do Nowej Rudy, która okazała się być bardzo ładnym miastem z urokliwym ryneczkiem. Ta, na pierwszy rzut oka, niepozorna wycieczka okazała się być pełna ciekawych miejsc i pięknych widoków. Udało się trochę odpocząć od zgiełku miasta i miło spędzić czas na mniej uczęszczanych szlakach. Lubię takie niedziele!