wtorek, 21 lutego 2017

Rozerwij się w DAG Krzystkowice

Kiedyś to miejsce było tak pilnie strzeżonym sekretem, że nawet zatrudnieni w zakładzie nie mogli się rozglądać po okolicy w drodze do pracy. Dziś ten tajemniczy las odwiedzić może każdy, choć na wejściu powitają go tablice z zakazami wstępu... i elegancką mapą obiektów. Witajcie w Kombinacie DAG Alfred Nobel Krzystkowice - dawnej niemieckiej fabryce materiałów wybuchowych koło Nowogrodu Bobrzańskiego.



Historia tego miejsca zawiera wiele niewiadomych. Fabryka powstała prawdopodobnie w 1939 roku i była jednym z siedmiu zakładów koncernu DAG (Dynamit Actien-Gesellschaft), który znajdował się w ścisłej czołówce producentów materiałów wybuchowych w III Rzeszy. Nie jest do końca wyjaśnione, co konkretnie produkowano w Krzystkowicach - wiadomo na pewno, że koncern specjalizował się w produkcji między innymi materiałów wybuchowych, prochów strzelniczych, pocisków artyleryjskich i rakietowych oraz amunicji, ale jaka część produkcji zlokalizowana została nad Bobrem nie dowiemy się być może już nigdy. Pod koniec wojny Niemcy uciekli, zabierając dokumentację oraz najważniejsze elementy wyposażenia, a resztę przejęli Rosjanie i wywieźli do swoich fabryk.


 DAG Krzystkowice jest niezwykle rozległym obszarem, który ciężko jest dokładnie zwiedzić w jeden dzień. Na terenie zakładu znajdowało się kasyno, działała tutaj straż pożarna oraz oczyszczalnia ścieków. Na obszarze 35 km² istniała rozwinięta sieć kolejowa z licznymi rampami przeładunkowymi, a cała fabryka była niemal samowystarczalnym miasteczkiem - wszystko po to, by jak najmniej osób mogło się czegoś o niej dowiedzieć. Cały teren zabezpieczony został siecią schronów, które miały stanowić zabezpieczenie na wypadek nalotów lub ratować życie, gdyby nastąpił wybuch na którymś z etapów produkcji. Podczas wojny dużą część siły roboczej fabryki stanowili pracownicy przymusowi, a na terenie zakładu istniała filia obozu koncentracyjnego Gros Rosen.


Jadąc do DAG-u nie ma co sugerować się lokalizacją na Google Maps, chyba że chcemy trafić na teren jednostki wojskowej. Na szczęście w internecie bez trudu znalazłam mapę, która doprowadziła nas prosto do dawnej bramy głównej. Pierwszym budynkiem, jaki mijamy po lewej stronie, jest kasyno z charakterystyczną płaskorzeźbą. Poza tym z jego oryginalnego wystroju nie zachowało się prawie nic, jak zresztą z większości obiektów. DAG jest miejscem zrujnowanym, większość budynków jest częściowo lub całkowicie zawalona. Ale i tak robi wrażenie.


Z kasyna ruszamy wgłąb lasu, mijając po drodze zawalone budynki. Początkowo nas one fascynują, ale im więcej ich widzimy, tym bardziej powszechnieją. Cały dzień padał deszcz, co dodatkowo potęgowało wisielczy nastrój ruin.


Gdy dochodzimy do przejazdu kolejowego, dech w piersiach zapiera nam widok na kominy elektrociepłowni. Od razu obieramy to miejsce jako nasz główny cel, ale zanim tam dotrzemy jeszcze kilkanaście razy zboczymy z trasy. W lesie rozsiane są budynki o nieznanym przeznaczeniu, podziemne schrony, kotły połączone kanałami. Niewątpliwie jest co oglądać.




Ogromne wrażenie zrobiła na nas również oczyszczalnia ścieków - trzy gigantyczne baseny z zamarzniętą wodą oraz charakterystycznym zapachem (jak stwierdziliśmy: "niemieckiego gówna") nie pozostawiły złudzeń co do przeznaczenia obiektu.



Po wizycie w jeszcze jednym budynku w końcu dotarliśmy do częściowo zawalonej elektrociepłowni z charakterystycznymi kominami. W tym miejscu znajduje się największe zagęszczenie obiektów przemysłowych, kolosalnych żelbetowych budynków wraz z rampą kolejową.





Kiedy już myśleliśmy, że nic nie zrobi na nas większego wrażenia, dotarliśmy do ukrytych z dala od reszty zabudowań zbiorników. Te konstrukcje w kształcie silosów częściowo zostały okopane ziemią, tworząc prawdziwie kosmiczny krajobraz. Przed laty w ich wnętrzu znajdowały się metalowe zbiorniki, w których magazynowano metanol, a konstrukcja została tak zaprojektowana, żeby w razie eksplozji skierować siłę wybuchu do góry. Nie mogliśmy się oprzeć i postanowiliśmy wejść do jednego z silosów po wąskim chodniku nad częściowo zamarzniętym kanałem.



Cały dzień nie wystarczy, aby obejść cały obszar dawnej fabryki materiałów wybuchowych. Nie udało nam się dotrzeć do strzelnicy, na której testowano amunicję ani na teren, na którym znajdowały się obozy oraz pewnie w wiele innych miejsc, o których nawet nie wiemy. Na pewno warto będzie tam wrócić nadrobić zaległości i powtórzyć zdjęcia w lepszą pogodę.

wtorek, 14 lutego 2017

Zimowa osowiałość - Wielka Sowa

Długo nie mogłam wybrać się na Wielką Sowę, ale w końcu dwa tygodnie temu dotarłam na jej szczyt. Choć w Górach Sowich byłam już parę razy, dopiero teraz udało mi się wyjść na szlak. Malownicze krajobrazy, dużo śniegu, niski pułap chmur, aparat i ja - efekty tego połączenia są co najmniej satysfakcjonujące.


Pogoda tego dnia nie zapowiadała się dobrze. Od rana utrzymywała się gęsta mgła, a po drodze pojawił się przelotny deszcz. Typowe Sowie - pomyślałam - bo nie wiem, na czym to polega, ale zawsze gdy jadę w te rejony, to trafiam na posępną, deszczową pogodę. Taka aura tylko podkreśla mroczny klimat tych okolic, w których niemal 75 lat temu z wykorzystaniem niewolniczej pracy powstawał jeden z najbardziej tajemniczych obiektów II wojny światowej - podziemny kompleks Riese. 

Tym razem zamiast eksploracji podziemi obrałam sobie cel górski - Wielką Sowę - jeden z chętniej odwiedzanych szczytów w Sudetach. Wystartowaliśmy z Przełęczy Sokolej popularnym czerwonym szlakiem, mijając po drodze dwa stare schroniska: Orła oraz Sowę. Orzeł nosił przed laty miano Bismarckbaude - i nie jest to jedyne nawiązanie do Żelaznego Kanclerza w tej okolicy, o czym wspomnę jeszcze później. Wyżej położona Sowa (d. Eulenbaude) jest starszym schroniskiem, z 1897 roku, i mimo parokrotnego przebudowania obiektu w środku zachował się częściowo oryginalny wystrój.


Nie trzeba wiele czasu ani wysiłku, aby dotrzeć na Wielką Sowę (1015 m n.p.m.). Po krótkim spacerze zza drzew wyłania się charakterystyczna wieża widokowa - dawniej nazywana Wieżą Bismarcka (Bismarckturm). Uroczyste otwarcie tej mierzącej 25 metrów budowli nastąpiło 24 maja 1906 roku, a na jej parterze znajdowała się sala pamięci z popiersiem Bismarcka. Dziś w tym miejscu znajduje się bufet (zimą nieczynny). Z wieży roztacza się piękny widok na okolicę - przy dobrej pogodzie widać stąd Małą Sowę, Ślężę czy Śnieżnik.



Następnie kontynuowaliśmy trasę czerwonym szlakiem w kierunku Koziego Siodła i dalej do Przełęczy Jugowskiej. Na rozległej polanie przed samą przełęczą obowiązkowym punktem programu było zatrzymanie się na sesję zdjęciową - z chmur nieśmiało wyłonił się Masyw Śnieżnika. Kilka kolejnych kroków i dotarliśmy do schroniska "Zygmuntówka", które jako jedyne z trzech tutejszych przedwojennych "baud" przetrwało i funkcjonuje do dziś.



Po krótkim odpoczynku zdecydowaliśmy się zawracać - takie niestety są uroki zimowych wędrówek i krótkich dni. Aby nieco urozmaicić sobie trasę, wybraliśmy nowy żółty szlak - jego istnienie może być mylące, ponieważ na wiele map nie został jeszcze naniesiony. Warto jednak o nim wiedzieć, ponieważ znajduje się przy nim taras widokowy z genialną panoramą na Dolinę Kamionkowską oraz Ślężę z Radunią. A tego dnia, trzeba przyznać, chmury zrobiły robotę. Oj, zrobiły.


Z rozdroża na Kozim Siodle kontynuowaliśmy spacer do Sowy, a następnie znów czerwonym szlakiem doszliśmy do punktu wyjścia. Udało się tego dnia zrobić taką sympatyczną pętelkę-ósemkę i - przede wszystkim - zdobyć mój dwunasty szczyt z Korony Gór Polski. Góry Sowie potrafią skraść serce - są tajemnicze, nieco mroczne i zrobiły mi apetyt na więcej. Ja tu jeszcze wrócę.

Jak zawsze zamieszczam link to trasy: TUTAJ

piątek, 3 lutego 2017

Co ma Stalin do Sosnowca? - Kopalnia Sosnowiec

Dziś zapraszam na małą sentymentalną podróż w czasie, bowiem udamy się do miejsca, którego już nie ma. Sporo mam w swojej kolekcji zdjęć obiektów, które nie przetrwały próby czasu (i procesu restrukturyzacji przemysłu w latach 90.), a Kopalnia Sosnowiec jest jednym z nich.


Nie jestem tego na 100% pewna, ale jako dziecko prawdopodobnie KWK Sosnowiec odwiedziłam w ramach jakiejś wycieczki z przedszkola. Wiecie, początek lat 90., jeszcze dość żywy był mit bohatera-górnika w tym naszym (już nie) Czerwonym Zagłębiu. Do jakiejś kopalni wzięli nas na pewno, bo do dziś pamiętam, jakie wrażenie zrobiły na mnie rzeczy osobiste górników zawieszone wysoko nad naszymi głowami. Prawdopodobnie była to właśnie kopalnia przy ulicy Narutowicza. (Oczywiście zwiedzaliśmy tylko "górę". Na przodek działającej kopalni trafiłam dwadzieścia lat później, ale to zupełnie osobna historia.)

Kopalnia Renard lata 1901-02, skan z książki "Sosnowiec na starej fotografii" red. A. Osajda, 1997 r. 
Kopalnia Sosnowiec lata 1975-18, foto z http://fotopolska.eu/

Kolejne wspomnienie pojawia się w 2008 roku, kiedy uświadomiłam sobie, że mieszkam w jednym miejscu całe życie, a prawie w ogóle nie znam okolicy. Zaczęłam więc częściej wsiadać na rower i jeździć bez celu. Jeździłam tak, aż w końcu trafiłam na nią - zrujnowaną wieżę szybową "Anna" i zdewastowany biurowiec. Wokół powstawały już budynki Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, po drugiej stronie ulicy niszczał budynek dawnej kopalnianej elektrowni. Było w tym krajobrazie coś fascynującego.




O ile po szybie kręciłam się niezliczoną ilość razy, tak do biurowca weszłam zaledwie raz (gwoli ścisłości - za zgodą Urzędu Miasta). Niedługo potem budynek został zrównany z ziemią, szyb przebudowano i utworzono tam ściankę wspinaczkową, a elektrownię zmasakrowano, tworząc koszmarną bryłę przyszłego hotelu, który do dziś nie został dokończony.





Kopalnia Sosnowiec funkcjonowała przez ponad 120 lat; powstała w 1876 roku jako Kopalnia Fanny, później przemianowana została na Renard. Była jedną z największych i najlepiej funkcjonujących kopalń w Zagłębiu Dąbrowskim. Jak dobrze poszukacie, to w starej części cmentarza przy al. Mireckiego znajdziecie grób jednego z dyrektorów (zarządców? - jeśli mnie pamięć nie myli) zakładu z tamtego czasu.

W okresie powojennym (wtedy już) Kopalnia Sosnowiec miała największe wydobycie ze wszystkich sosnowieckich zakładów tego typu. W 1949 roku na 10 lat nadano jej imię Józefa Stalina. Od lat 70. wydobycie stopniowo spadało, głównie z powodu wyczerpywania zasobów węgla. Nieopłacalne wydobycie doprowadziło do postawienia zakładu w stan likwidacji na początku lat 90. Kopalnia zakończyła wydobycie 31 grudnia 1997 roku.

"Nowoczesność", foto z http://fotopolska.eu/