wtorek, 20 lutego 2018

Fortepian na kolanach - pałac Rzewuskich w Bratoszewicach

Dziś będzie o miejscu jakby nie z tej ziemi - kompletnie oderwanym od rzeczywistości. Miejscu, w którym piękno i sztuka boleśnie zderzają się z upadkiem i rozkładem. Pałac ten jest dobrze znany w środowisku, ale mimo tego wciąż szokuje, zaskakuje i fascynuje...


O Bratoszewicach dziś pewnie nikt by nie słyszał, gdyby rodzina Rzewuskich nie wybudowała tam swojej letniej rezydencji. Choć dzieje miejscowości sięgają średniowiecza, a przez ponad dwieście lat mogła się ona szczycić prawami miejskimi, dziś kojarzy się głównie z Targami Rolniczymi "Agrotechnika" oraz Świętem Ziemniaka. I "tym pałacem z fortepianem" oczywiście.


Pałac powstał w latach 1921-22 dla Kazimierza Rzewuskiego, właściciela tych dóbr od 1911 roku. Projekt zawdzięczamy znanemu architektowi z Warszawy - Juliuszowi Nagórskiemu, a prace wykończeniowe trwały jeszcze przez kolejnych pięć lat od zakończenia budowyy. Możemy tylko sobie wyobrazić, z jak wielkim rozmachem urządzono rezydencję, będącą przecież tylko "domkiem letniskowym" Rzewuskich, którzy zamieszkiwali na stałe w stolicy.


Pałac kiedyś i dziś. Zdjęcie archiwalne z fotopolska.eu (1944)

Dziś budynek znajduje się w fatalnym stanie. Już podczas mojej pierwszej wizyty w zeszłym roku, kiedy udało mi się tylko obejść budynek dookoła, widziałam przez szczeliny w oknach zawalone stropy. Teraz, gdy w końcu weszłam do środka, tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że to miejsce może już tylko konać. Przegnite deski, częściowy brak dachu i resztki wyposażenia walające się wszędzie. I ten nieszczęsny, smutny fortepian w patio. Romantyczny symbol upadku całego piękna, jakie tu kiedyś istniało. 



Po wojnie zespół pałacowy został upaństwowiony i zaadaptowany na potrzeby szkoły rolniczej. W 1969 roku utworzono tu również internat oraz mieszkania dla pracowników szkoły. Mogę sobie wyobrazić, że wtedy jeszcze tętnił on życiem, spełniał swoje zadanie, choć pewnie nie tak, jak pragnęliby tego pierwotni właściciele. W 1985 roku pałac strawił pożar. Początkowo podjęto się co prawda remontu, ale prace wkrótce zostały wstrzymane. Szkoła z internatem działa w nowym budynku w sąsiedztwie rezydencji do dziś, a sam pałac z roku na rok, z miesiąca na miesiąc zamienia się w coraz większą ruinę.


Czy tak ma brzmieć epilog tej historii? Był umarł i koniec opowieści. W 2013 pałac miał wrócić lub wrócił w ręce spadkobierców Rzewuskich, do dziś jednak trudno jest jednoznacznie określić, kto jest prawowitym właścicielem czy osobą decyzyjną. Na budynku wisi tabliczka z pozwoleniem na budowę z 2013 r. i informacją o inwestorze - tajemniczej Fundacji Pałac Bratoszewice. Ogrodzenie i kłódka to tylko pozorne zabezpieczenie - nikt pałacu nie pilnuje ani nie prowadzi w nim żadnych prac remontowych czy chociaż zabezpieczających. Podobną użyteczność ma wpis do rejestru zabytków. Czy obiekt tak zdewastowany i niszczony przez dekady ma jeszcze szansę na nowe życie? Chciałabym wierzyć, że tak, ale brzmi to jak marzenie ściętej głowy.

środa, 14 lutego 2018

Kłomino - miasto, którego nie było ...i nie ma

Do 1992 roku żyło tu 5 tysięcy osób, obecnie - dwanaście. Kiedyś wśród licznych bloków z wielkiej płyty działał punkt medyczny, były garaże, sklepy, a nawet kino. Dziś nie zostało z tego już praktycznie nic. Poznajcie Kłomino - kolejne miasto-widmo, które miało mniej szczęścia niż pobliskie Borne Sulinowo.


Pisałam ostatnio o mojej wizycie w Bornym Sulinowie - mieście, które przez dziesięciolecia było pilnie strzeżoną tajemnicą i nie istniało oficjalnie na mapach. Z Bornego postanowiłam pojechać do pobliskiego miasta o podobnej historii - Kłomina. To był bardzo depresyjny, listopadowy, deszczowy dzień. Wybrałam się do miasta, którego nie było na mapie* ani w nawigacji, a udało mi się tam trafić dzięki jakimś zdawkowym opisom w internecie. Oczekiwania miałam spore - Kłomino zyskało przez lata opinię "polskiego Czarnobyla"(a raczej Prypeci, bo Czarnobyl jest do dziś zamieszkałym miasteczkiem dla pracowników elektrowni, która, wbrew licznym wyobrażeniom, nadal pracuje). 

Dojazd do Kłomina
 
Niestety jeśli ktoś chciał w Kłominie zwiedzić opuszczone miasto, to spóźnił się przynajmniej 10 lat. Zastałam tam cztery bloki (z czego jeden częściowo zamieszkały - to mnie bardzo zaskoczyło) oraz dwa mniejsze, poniemieckie domy dość dobrze zabezpieczone przed intruzami. Do niezamieszkałych bloków da się wejść, ale w jednym z nich usunięto klatki schodowe, więc dostępny jest tylko parter. Dwa pozostałe też są częściowo niedostępne właśnie z powodu braku schodów, chociaż dziury wybite pomiędzy poszczególnymi pionami mieszkalnymi zwiększają możliwość dostępu do kolejnych pomieszczeń.



Niestety Kłomino nie miało tyle szczęścia, co Borne i po opuszczeniu miasta przez żołnierzy radzieckich w 1992 r. zwyczajnie niszczeje i jest sukcesywnie wyburzane. Podobnie jak Borne - Kłomino także powstało w latach 30. XX wieku dla niemieckich żołnierzy; później utworzono tu obóz jeniecki, w którym przetrzymywano Polaków, Francuzów i Niemców. Po opuszczeniu miasta przez nazistów, w Kłominie zadomowili się Rosjanie i więzili w obozie nikogo innego, jak Niemców. Taka ironia historii.

Kłomino - budynki koszarowe / obóz jeniecki (zdjęcia z fotopolska.eu)

Po wojnie rozebrano 50 poniemieckich budynków, a uzyskaną cegłę wywieziono do Warszawy na budowę Pałacu Kultury i Nauki. Rosjanie wybudowali w Kłominie szereg charakterystycznych bloków z wielkiej płyty. Po 1992 roku Kłomino opustoszało, a większość budynków na przestrzeni lat została wyburzona lub zabezpieczona. Swego czasu pojawiła się oferta sprzedaży terenu za 2 miliony złotych, ale nie było chętnych. W sumie, kto by chciał kupić ruiny miasta w środku lasu? Chyba tylko jakiś szaleniec, jeden z tych, co w deszczowy dzień zagrzebuje się w błocie, aby dotrzeć do budynków, w których od lat hula wiatr. 





* - w 2015 roku nawet Google Maps nie odnotowało istnienia Kłomina, dziś jest już inaczej.

niedziela, 11 lutego 2018

Borne Sulinowo - poradzieckie miasto-widmo

Zawsze mnie bawiło, jak wiele czasu zajęło mi dotarcie do Bornego Sulinowa. Nie chodzi o to, że droga ze Szczecina w dużej mierze stanowiła betonowe, dudniące płyty. Nie chodzi nawet o to, że jazda przez ciemne lasy i zapomniane wioski nie napawała mnie optymizmem. Jakoś tak się parę lat zbierałam, ba! nawet miałam okazje, ale jak się ma okazje, to zwykle się czeka na kolejne. W końcu stało się - w listopadową noc 2015 roku zameldowałam się w radzieckim mieście-widmie.

O ile wcześniej wielokrotnie zadawałam sobie pytanie, jak to jest możliwe, że przez niemal 50 lat udało się Armii Czerwonej utrzymać w tajemnicy miasto wyłączone spod polskiej administracji, tak tego wieczoru zrozumiałam. Aby dotrzeć do Bornego Sulinowa, trzeba zjechać z głównej (choć dla mnie i tak wyglądającej dość podrzędnie) drogi, a następnie pokonać parę kilometrów przez ciemny las wyglądający jak z horroru. Nigdy wcześniej nie gadałam z nawigacją, aby dodać sobie otuchy, ale wtedy mi się zdarzyło. I wiecie co? Nie mam się czego wstydzić!

Dom Oficera

Na początek parę słów o historii tego mrocznego miasta. Dawne Groß Born, zanim w 1945 r. zostało przejęte przez Armię Czerwoną, stanowiło bazę wojskową i poligon dla żołnierzy Wermachtu. Formalnie po wojnie obszar został włączony do Polski, ale oficjalnie na mapach w tym miejscu znajdowały się "tereny zielone". I tak do 1992 r. stacjonowało tam 15 tysięcy żołnierzy radzieckich. Co więcej, nieopodal składowano także radziecką broń nuklearną na wypadek wojny z Zachodem. Dopiero po opuszczeniu Bornego Sulinowa przez żołnierzy naszego (już nie) bratniego narodu miasto zostało oficjalnie otwarte i rozpoczął się proces zasiedlania go przez Polaków. Było to w roku 1993 r. Dziś Borne stanowi sporą bazę noclegową, która przyciąga turystów ze względu na obszerne tereny do rekreacji, bliskość jeziora oraz jego postmilitarny charakter. To ostatnie ściągnęło tam mnie.

Zdjęcia z fotopolska.eu

Po nocy spędzonej w domu wczasowym zaaranżowanym w historycznym, typowym dla Bornego budynku, udałam się na zwiedzanie. Lało jak z cebra, a ja miałam niecały jeden dzień na eksploracje.  Miasto w listopadzie było opustoszałe, byłam zapewne jedną z bardzo nielicznych osób, które przyjechały tutaj z zewnątrz. Upiorny, wisielczy nastrój idealnie pasował do tego miejsca.


Z samego rana wybrałam się się na cmentarz żołnierzy radzieckich, który ku mojemu rozczarowaniu był zamknięty, więc zrobiłam tylko kilka zdjęć przez ogrodzenie. Największe wrażenie zrobił na mnie okazały grobowiec z pepeszą, ale na długo zapamiętam też groby anonimowe. Wśród 344 mogił znajduje się 146 grobów z napisem "nieznany". To tylko świadczy o tym, jak bardzo odizolowanym miastem było Borne Sulinowo - żołnierze, którzy umierali w garnizonie, chowani byli bezimiennie, bez identyfikacji. Po co psuć statystyki, tłumaczyć się przed rodzinami?


Z cmentarza skierowałam się do Domu Oficera. Jest to obszerny, trzypoziomowy budynek, w którym niegdyś znajdowały się: sala taneczna, biblioteka, sala kinowa, sala balowa, restauracja i sala koncertowa na 1000 osób. Przez lata pełnił on funkcję kulturalnego centrum miasta. Niestety znaczną część budynku w 2010 r. strawił pożar i już podczas mojej wizyty znajdował się on w tragicznym stanie. Praktycznie nic nie zostało z sali koncertowej, a reszta pomieszczeń też była w stanie agonii. Nie wiem niestety, w jakiej kondycji budynek znajduje się obecnie (2018 rok), ale znalazłam ogłoszenie z końca grudnia, że jest on wystawiony na sprzedaż za 2 miliony złotych. Jacyś chętni?




Kończąc moją szybką wycieczkę po Bornym udałam się jeszcze do magazynów przy ul. Towarowej, gdzie niestety udało mi się wejść tylko do jednego i to tylko na parter, bo usunięto wszystkie schody. Do kolejnych budynków nie podchodziłam, bo trwała tam akcja służb medycznych. Nie wiem dokładnie, co tam się stało, ale widać było, jak dokładnie przeczesują cały budynek z latarkami, a na dole pakowali na nosze najprawdopodobniej martwego człowieka. Trochę mnie to przeraziło, bo mam taki lęk, że kiedyś chodząc samotnie po opuszczonych budynkach, natrafię na ciało samobójcy albo bezdomnego. Czytałam, że w bielskim Stalowniku jakiś żartowniś powiesił kiedyś w piwnicy na pętli kukłę człowieka. Przedni żart, nie ma co.



Borne Sulinowo pożegnałam, jadąc w stronę zachodzącego słońca.
Nie no, żartuję - cały czas lało, a ja łapiąc resztki listopadowego dnia, pojechałam jeszcze pochodzić po lesie oraz do opuszczonego miasta - Kłomina.  Miałam wtedy dużo chęci, determinacji i odwagi, aby zwiedzić jak najwięcej i spełnić kilka swoich urbexowych marzeń. Ciąg dalszy tej opowieści nastąpi...

niedziela, 4 lutego 2018

Drezno - perła baroku naznaczona wojną

Ciekawym kierunkiem na weekendowy wypad z Wrocławia i okolic jest Drezno. Miasto nazywane perłą baroku czy Florencją Północy mocno ucierpiało podczas wojny. Na ile udało mu się podnieść z wojennych gruzów najlepiej przekonać się na własne oczy.


Przyznam szczerze, że do Drezna ściągnęła mnie atrakcyjna oferta Kolei Dolnośląskich. Dzięki Promocji Drezdeńskiej można pojechać z Wrocławia do Drezna za naprawdę niewielkie pieniądze - nas bilety w obie strony dla dwóch osób wyniosły 180 zł, czyli 45 zł za osobę w jedną stronę. Była to najtańsza część całego wyjazdu, bo  przypadku  cen noclegów czy jedzenia w Niemczech już zdecydowanie dało się odczuć, że są w euro, nie w złotówkach ;-) Więcej o Promocji Drezdeńskiej Kolei Dolnośląskich przeczytacie TUTAJ.


Pobieżnie Drezno można zwiedzić w jeden dzień lub w weekend, ale jeśli chcecie pochodzić po muzeach albo zwiedzić atrakcje położone z dala od centrum (np. Pałac Pillnitz), to zdecydowanie przyda się więcej czasu. My wybraliśmy opcję weekendową i muszę przyznać, że nie na wszystko starczyło nam czasu oraz chęci - jednak styczniowe temperatury mocno zdezorganizowały zwiedzanie, bo trzeba było co chwila gdzieś wchodzić się ogrzać.

Dwa oblicza Drezna

Zwiedzanie Drezna podzieliłam na dwie części: nowoczesny Neustadt i historyczny Altstadt. Obie części przecina Łaba, przez którą przeprawiliśmy się Mostem Fryderyka Augusta. W Neustadt przywitał nas Złoty Jeździec - okazały pomnik przedstawiający elektora Saksonii, króla Polski i wielkiego księcia litewskiego Augusta II Mocnego. Naszym głównym celem w tej części miasta był Pasaż Artystycznych Dziedzińców (Kunsthofpassage), czyli pięć sąsiadujących podwórek z licznymi instalacjami artystycznymi. Cała okolica jest bardzo ciekawa i bogata w street art - na pewno warto poświęcić jej trochę czasu.



Na północnym brzegu Łaby miałam upatrzone jeszcze jedno miejsce - Dresdner Molkerei Gebrüder Pfund. Pod tą trudną do wymówienia nazwą mieści się najpiękniejsza mleczarnia na świecie (wpisana do Księgi Rekordów Guinessa!) założona w drugiej połowie XIX wieku. Reprezentacyjna siedziba firmy przy Bautzner Straße 79 powstała w 1891 roku i została bogato ozdobiona płytkami w stylu neorenesansowym, które znana do dziś firma Villeroy & Boch wyprodukowała we współpracy z drezdeńskimi artystami. Dziś również działa w tym miejscu sklep, w którym można kupić zarówno produkty spożywcze, jak i kosmetyki. Niestety zabytkowych wnętrz nie można fotografować.

Photo credit: www.pfunds.de

Altstadt to zupełnie inna bajka i inny klimat. Warto w tym miejscu wspomnieć o ogromnych zniszczeniach, jakie dotknęły Drezno z ostatnich miesiącach II wojny światowej. Na przełomie stycznia i lutego 1945 wojska alianckie zrzuciły na Drezno ponad 4 tys. ton bomb, niszcząc 80 tysięcy domów i zabijając 25 tys. osób. Atak miał na celu osłabienie morale niemieckiej ludności oraz zniszczenie fabryk, które wciąż produkowały broń. Niestety najmocniej konsekwencje nalotów odczuli cywile oraz... drezdeńskie zabytki, które niemal zrównano z ziemią. Odbudowa najcenniejszych obiektów Starego Miasta trwała bardzo długo, nieraz do lat 80., 90., a rekordem jest
Kościół Marii Panny, który oddano do użytku dopiero w 2005 roku!

Kościół Marii Panny kiedyś i dziś (archiwalne foto: http://www.kotyrba.net)

Zwiedzając tę część miasta z pewnością trafimy na Tarasy Brühla - widokową promenadę biegnącą wzdłuż rzeki. Idąc na zachód miniemy Albertinum - dawną zbrojownię; nieco w głębi wspomniany już Kościół Marii Panny; Orszak książęcy (Fürstenzug) - malowidło ścienne wykonane w celu upamiętnienia 800–letniej historii Wettynów; aż w końcu znajdziemy się w rejonie Placu Teatralnego. Tutaj naszą uwagę zwróci budynek opery, zamek - rezydencja Wettynów oraz moje ulubione miejsce - Zwinger. 




Zwinger jest jedną z najbardziej znaczących budowli późnego baroku w Europie. Budynek charakteryzuje się ogromnym dziedzińcem otoczonym z każdej strony zabudowaniami (obecnie mieści się tam m. in. muzeum porcelany). Mnie najbardziej zachwyciły dzwonki z miśnieńskiej porcelany umieszczone na fasadzie Pawilonu Grających Dzwonków. Co piętnaście minut wygrywają one krótką melodię, o pełnych godzinach - nieco dłuższą, a o wybranych porach - Cztery Pory Roku Vivaldiego. Miód na uszy i jedna z najbardziej uroczych atrakcji turystycznych, jakie widziałam!


Idąc w kierunku dworca warto na chwilę podejść do Kościoła Świętego Krzyża. Osobiście będąc w nowym miejscu lubię wejść na jakiś punkt widokowy, aby lepiej orientować się z przestrzeni miasta. W przypadku Drezna wybrałam wieżę właśnie tego kościoła - mierzy ona 94 metry, a podczas długiej wspinaczki po schodach zobaczyć możemy drugie co do wielkości brązowe dzwony w Niemczech. Wnętrze kościoła jest zaskakująco ascetyczne. Nie jest to jednak celowy zabieg, a wynik burzliwych dziejów świątyni, która została trzykrotnie strawiona przez pożar i, podobnie jak większość zabytków Drezna, poważnie zniszczona podczas wojny. Z powodu braku funduszy nigdy nie zdecydowano się na odtworzenie oryginalnych wnętrz, a z biegiem lat doceniono skromny wystrój i zdecydowano o zostawieniu go na stałe. 


Drezno pełne jest wspaniałych historycznych gmachów, ale i nowoczesnej zabudowy, sklepów, hoteli i apartamentowców. Widać wyraźnie po tym mieście, że wojna nie była dla niego łaskawa i tylko najcenniejsze zabytki udało się odbudować. Miasto mimo tego architektonicznego misz-maszu nie sprawia wrażenia chaotycznego i jest dla mnie pozytywnym przykładem łączenia historii z nowoczesnością. Drezno świetnie sprawdza się zarówno na krótki wypad, jak i kilkudniową wycieczkę.