czwartek, 26 maja 2022

Zamek Dunajec w Niedzicy. Inkaski skarb w węgierskiej twierdzy

Zamek Dunajec w Niedzicy położony jest w niezwykłe malowniczym otoczeniu Jeziora Czorsztyńskiego i trudno sobie dziś wyobrazić, że przez większość swojej historii znajdował się na wzgórzu, a nie nad wodą. Dziś jest to jedna z największych atrakcji Polskiego Spiszu i Pienin zachodnich. To piękny i tajemniczy zamek, w którego murach podobno do dziś ukryty jest... skarb Inków! 


Kiedyś była tu dolina, przez którą przepływała rzeka - Dunajec. W latach 60. XX wieku podjęto decyzję o utworzeniu na Dunajcu sztucznego jeziora z zaporą i elektrownią wodną. Zbiornik uruchomiony został w 1997 i służy ochronie przeciwpożarowej całej doliny. Ogółem powstanie Jeziora Czorsztyńskiego zajęło ponad 25 lat i miało ogromny wpływ na krajobraz oraz przyrodę całej doliny. 

Niedzicki zamek powstał w XIV wieku jako własność rodu Berzeviczych. Początkowo warownia stanowiła węgierską strażnicę na granicy z Polską. Pod koniec XV wieku obiekt przeszedł w ręce komesa spiskiego Emeryka Zapolyi, a następnie, w 1528 r., Niedzica na 60 lat stała się własnością Łaskich: Hieronima i jego syna Olbrachta. Ten drugi nieszczególnie dbał o swoje dobra - najpierw zamek zastawił, a następnie sprzedał Jerzemu Horváthowi, który go odbudował, przekształcając przy okazji w okazałą renesansową rezydencję. 


Kolejnymi właścicielami byli Giovanelli - włosko-węgierska rodzina, która jednak nie interesowała się zbytnio losem zamku. Po wymarciu rodu rezydencja stała się własnością  Andrzeja Horvátha, który wybudował salę balową, a urządzane w niej rauty rozsławiły Dunajec na całe Węgry. W 1858 zamek przejął kolejny węgierski ród - Salamonowie i w ich władaniu pozostał on do 1945 roku. Warto jednak zaznaczyć, że po zakończeniu I wojny światowej Niedzica znalazła się na terytorium Polski. 

Po drugiej wojnie światowej przystąpiono do odbudowy nadgryzionego przez ząb czasu zamku. Na przestrzeni lat mieściły się tu między innymi dom pracy twórczej Stowarzyszenia Historyków Sztuki, muzeum regionu spiskiego czy stacja sejsmologiczna Zakładu Geofizyki PAN. Kręcono tu wiele filmów, między innymi "Zemstę" w 1955 r. Obecnie obiekt pełni funkcje muzealne i hotelowe, więc jeśli marzycie o noclegu w zamkowych murach, to Niedzica może  być dobrym kierunkiem. 


Z zamkiem związana jest ciekawa legenda. Podobno w XVIII wieku w Niedzicy przebywali Inkowie - potomkowie Tupaca Amaru II, uciekający przed hiszpańskimi prześladowaniami. Mieli nawet ukryć w zamkowych murach skarb,  a świadczyć o tym ma znalezione po drugiej wojnie światowej inkaskie kipu - informacja pismem węzełkowym mająca wskazywać miejsce ukrycia kosztowności. Czy uda się je kiedyś odnaleźć? 

Nie ulega wątpliwości, że zamek Dunajec jest jednym z najładniejszych, a z pewnością najbardziej charakterystycznych obiektów tego typu w Polsce. Odwiedzając Niedzicę, warto zatrzymać się w okolicy na dłużej i poznać przepiękny Spisz, Pieniny oraz pobliski zamek Czorsztyn. Będziecie zachwyceni. 

czwartek, 19 maja 2022

Wykolejony skansen taboru w Chabówce

Skansen taboru kolejowego w Chabówce jest miejscem, które każdy miłośnik kolei choć raz w swoim życiu odwiedzić powinien. Znajdująca się tu kolekcja zabytkowego taboru jest podobno największa w Polsce, a wśród eksponatów zobaczyć można najstarszą lokomotywę parową w naszym kraju. To była moja druga wizyta w Chabówce w ciągu niemal dekady, więc pozostaje zadać pytanie - czy muzeum poszło z duchem czasu?

Historia kolei w Chabówce sięga jeszcze XIX wieku. Stacja kolejowa oraz parowozownia powstały tu już w 1884 roku. Obiekt został zniszczony podczas II wojny światowej i odbudowany w 1947 roku. Po zelektryfikowaniu linii kolejowych do Zakopanego i z Suchej Beskidzkiej do Żywca istnienie parowozowni straciło sens. Już w połowie lat 80. XX w. zaczęto gromadzić w Chabówce eksponaty kolejowe. Skansen oficjalnie otwarto w 1993 roku. Obecnie zarządza nim PKP Cargo S.A.



Skansen w Chabówce dysponuje liczną kolekcją zabytkowego taboru kolejowego. Składa się ona z wycofanych z ruchu parowozów, wagonów osobowych, towarowych, lokomotyw elektrycznych i spalinowych oraz pługów i żurawi. Można tu zobaczyć także najstarszy zachowany w Polsce parowóz - lokomotywę parową TKb-1479 wyprodukowaną w 1877 roku w Berlinie. Część eksponatów pozostaje sprawna i wykorzystywana jest do obsługi pociągów turystycznych. Od 2005 r. organizowana jest impreza kolejowa - Parowozjada; ponadto część eksponatów bierze udział w paradzie Parowozów w Wolsztynie.



Podczas tegorocznej majówki odwiedziłam Skansen w Chabówce po raz drugi. Wcześniej miałam okazję zwiedzić go w marcu 2013 roku, czyli już ponad dziewięć lat temu. Pamiętam, że za pierwszym razem szczególną uwagę poświęciłam uszkodzonemu taborowi - to był taki kolejowy "urbex", mimo że w muzeum. Jakie było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam te same eksponaty w identycznym - ba! gorszym! stanie tyle lat później. Trochę to przykre, że lokomotywy i wagony nie zostały odrestaurowane; że  zwiedzając, czytałam te same tabliczki i oglądałam te same pamiątki w sali wystaw. Czas się tu zatrzymał, ale akurat to nie jest dobre. Pozytywnym aspektem natomiast jest to, że kolekcja taboru jest naprawdę spora i można tu spędzić sporo czasu. 



Wizyta w Chabówce z pewnością usatysfakcjonuje miłośników starych pociągów, ale raczej nie zachęci ich do ponownych odwiedzin. Szkoda mi tego miejsca, bo mimo że potencjał ma ogromny, to ewidentnie go nie wykorzystuje. Brakuje marketingu, charyzmatycznego przewodnika lub chociaż audioprzewodników, aż prosi się o lepszy marketing. Mimo że kolekcja taboru jest imponująca, to gdyby ktoś chciał pooglądać lokomotywy, to polecę mu Jaworzynę Śląską, a nie Chabówkę. Można jednak się tu zatrzymać, bo jest blisko "Zakopianki", chociaż jechać tu specjalnie w moim odczuciu nie warto. 



środa, 18 maja 2022

Śnieżnica, Ćwilin i Czarny Dział - jak zakochać się w Beskidzie Wyspowym

Sama w górach nie byłam od trzech lat. Gdy tylko nadarzyła się okazja podczas majówki, postanowiłam skorzystać i wybrałam się na samotną wędrówkę przez Śnieżnicę, Ćwilin i Czarny Dział. Na każdy z tych szczytów czekało mnie osobne podejście i dość szybko zrozumiałam, dlaczego to pasmo nazywane jest Beskidem Wyspowym. To była fantastyczna wycieczka pełna odludnych szlaków, przecudnych panoram i słuchania odgłosów lasu. Zanurzyć się w ten wspaniały klimat chciałabym jeszcze nie raz... 

Trzeciego dnia naszej majówki w Beskidzie Wyspowym postanowiłam "rzucić wszystko i pojechać w Bieszczady"... Nie no, żartuję, ale sprawa była równie poważna. Zostawiłam córkę z tatą (nastąpiło przekupstwo perspektywą pójścia na plac zabaw) i wybrałam się w góry sama. Sama. Pierwszy raz od ponad trzech lat byłam w górach sama i w dodatku mogłam iść tempem większym niż 1 km/h. Cudowne uczucie. Na moją kilkugodzinną celebrację wolności wybrałam Śnieżnicę i Ćwilin wraz z zejściem przez Czarny Dział do Mszany Dolnej. 

Zaczęłam w Mszanie Dolnej, gdzie nocowaliśmy. Udałam się na autobus, który zawiózł mnie na Przełęcz Gruszowiec (660 m n.p.m.) znajdującą się między Ćwilinem a Śnieżnicą. Beskid Wyspowy ma to do siebie, że większość szczytów to samotne "wyspy", więc jeśli chcemy zdobyć kilka gór, to czeka nas sporo podejść i zejść. Na pierwszy ogień poszła Śnieżnica (1006 m n.p.m.), na którą wdrapałam się niebieskim szlakiem. Nazwa szczytu pochodzi od znajdującego się na północnej stronie zagłębienia, w którym bardzo długo zalega śnieg. To nie jedyny zimowy akcent Śnieżnicy - od strony Kasiny Wielkiej znajduje się wyciąg narciarki oraz stok zjazdowy. 

Przełęcz Gruszowiec

Wejście na Śnieżnicę zajęło mi niecałą godzinę i było dość nudną dreptaniną pod górę przez las. Ma to swoje plusy - podczas podejścia nie spotkałam ani jednej osoby. Bardzo przyjemnie było posłuchać niczym niezakłóconych dźwięków lasu. Na szczycie znajduje się drewniany krzyż oraz kamień graniczny z 1789 r. Nieco niżej znajduje się widokowa polana, jednak dojście do niej jest bardzo strome. Odpuściłam ją sobie, bo wiedziałam, że tego dnia czekają mnie jeszcze piękniejsze panoramy. Schodząc ze Śnieżnicy, udałam się jeszcze do Młodzieżowego Ośrodka Rekolekcyjnego. Można tam przybić pieczątkę potwierdzającą zdobycie szczytu. 



Gdy znalazłam się z powrotem na Przełęczy Gruszowiec, moim oczom ukazał się Ćwilin w pełnej okazałości. Mierzy on 1072 m n.p.m. i jest drugim co do wielkości (po Mogielicy) szczytem Beskidu Wyspowego. 19 marca 1954 r. na wschodnim zboczu Ćwilina doszło do wypadku lotniczego samolotu pasażerskiego. Miejscowa ludność na prowizorycznych noszach pomogła przetransportować rannych do ambulansu. W 1944 roku Ćwilin był miejscem działalności żołnierzy Armii Krajowej - na zboczach góry wojacy oczekiwali na zrzuty broni, umundurowania i wyposażenia z alianckich samolotów. 

W przeciwieństwie do Śnieżnicy, na Ćwilin wchodzi się bardzo ostro pod górę. Jest to także bardziej popularny szczyt, bo po drodze mijałam trochę osób. Podejście niemal od początku jest ostre i wyciskające siódme poty, a w dodatku idzie się po luźnych kamieniach. Dopiero przed samym szczytem szlak się nieco wypłaszcza. Między drzewami przebija się widok na Śnieżnicę, ale prawdziwa uczta dla oka była dopiero przede mną. Muszę przyznać, że wejście na drugą wybitną górę w tak krótkim odstępie czasu dało mi trochę popalić. 


Znój wreszcie dobiega końca i oto ona - podszczytowa Polana Michurowa oraz wierzchołek Ćwilina. Przez kilkaset lat polana tętniła intensywnym życiem pasterskim, a obecnie jest popularnym miejscem odpoczynku wśród turystów. Niemal cała znajduje się na południowo-wschodnich stokach Ćwilina i roztacza się z niej szeroka panorama. Widać takie szczyty, jak: Ostra, Cichoń, Mogielica, Krzystonów, Wielki Wierch i za nim Lubań, Jasień, Gorc i grzbiet Gorców od Kudłonia poprzez Turbacz i Obidowiec aż po dolinę Raby. W dole, na południowej stronie, widać Ostrą i Ogorzałą, a w zachodnim kierunku szczyty Lubonia Wielkiego i Szczebla. Przy dobrej widoczności dostrzec można również Tatry. Ciekawostką jest, że to właśnie na Polanie Michurowej Kazimierz Sosnowski miał wymyślić określenie Beskid Wyspowy.



Z polany skierowałam się na żółty szlak biegnący do Mszany Dolnej. Przede mną było jeszcze około 10 km i 2,5 godziny zejścia przez Czarny Dział. Na początku pojawiły się wspaniałe widoki na Lubogoszcz, Szczebel i Luboń Wielki, ale już po chwili wchodzi się w las i zaczyna się około godzinne, nudne zejście bez widoków. W tamtym momencie zaczynałam żałować, że wybrałam żółty szlak. Wydał mi się on żmudny i mało atrakcyjny, a jego jedynym plusem była totalna odludność. Na całym odcinku 10 km spotkałam zaledwie kilka osób i to już bliżej Mszany. Po zejściu do niewielkiej przełęczy trzeba znów trochę podejść na Czarny Dział (673 m n.p.m.), ale paradoksalnie to właśnie w tym rejonie zaczął się jeden z najładniejszych odcinków całego dnia. 


Czarny Dział jest niepozornym grzbietem w paśmie Ćwilina. Raczej nie znajdziecie go w przewodnikach pod hasłem "musisz zobaczyć w Beskidach". Mimo to wędrówka tym odcinkiem mnie zachwyciła i co chwilę zatrzymywałam się, aby robić zdjęcia. W popołudniowym świetle pięknie prezentowały się szczyty Ćwilina, Ostrej i Ogorzałej; w tle pojawiała się Mogielica, a jeszcze dalej przebijały się Gorce. Wczesnowiosenna roślinność dodawała uroku, a cisza i brak ludzi urzekały mnie jeszcze bardziej. 




Pod koniec wędrówki zboczyłam trochę z żółtego szlaku, aby wejść na wzgórze Grunwald (513 m n.p.m.) znajdujące się nad samą Mszaną Dolną. Jego nazwa pochodzi od słynnej bitwy i nadano ją w 1910 roku dla upamiętnienia 500-rocznicy zwycięstwa nad Krzyżakami. Na przełomie lat 80. i 90. XX wieku na wzniesieniu ustawiono żelazny krzyż nazywany "Białym pomnikiem Grunwaldu". Jest to atrakcyjny punkt widokowy, z którego dostrzec można Szczebel i Luboń Wielki oraz mniejsze wzniesienia w okolicy Mszany Dolnej, takie jak Adamczykową. Z Grunwaldu do Mszany Dolnej schodzi się w parę minut i tak się skończyła moja samotna wędrówka po Beskidzie Wyspowym.


Moja wędrówka przez Śnieżnicę, Ćwilin i Czarny Dział dała mi odetchnąć oraz pozwoliła mi poznać Beskid Wyspowy od nieco innej strony. Odludne szlaki były miłą odmianą od Mogielicy i zobaczyłam, że w polskich górach nawet w majówkę można odpocząć od tłumów. Wspaniałe widoki zapadły mi w pamięci na długo. Choć liczne podejścia dały mi nieco w kość, to nie zamieniłabym tego dnia na żaden inny.