wtorek, 28 stycznia 2020

Stary Łupków - na końcu świata

Gdy dotarliśmy tu po dość długiej drodze w Bieszczady, poczuliśmy, że jesteśmy u kresu podróży. Ciszę zakłócało tylko granie owadów w trawie, a o tym, że jest środek wakacji, przypominał jedynie żar lejący się z nieba. Nic dziwnego, że pobliskie schronisko nazywa się Koniec Świata... O tętniącym tu niegdyś życiu przypomina tylko zapomniany cmentarz ukryty w zaroślach i samotna stacja kolejowa wyglądająca jak z innej bajki...



Aby dojechać do Starego Łupkowa, trzeba kierować się z Komańczy na południe, a następnie odbić na (Nowy) Łupków. Nie jest to żadna metropolia, choć na bieszczadzkie warunki i tak jest nieźle. Znajdziemy tu sezonowy przystanek kolejowy, szkołę, kilka domów i zakład karny. Za autem biegną dzieciaki zainteresowane samochodem na obcych blachach zapuszczającym się na ten koniec świata. Do Starego Łupkowa dojeżdżamy szutrową drogą - noga z gazu i powoli toczymy się przed siebie.


Gdybym nie zobaczyła na własne oczy, to nigdy bym nie powiedziała, że ta droga biegnie do stacji  kolejowej. I to jakiej! W połowie 1872 roku powstała trasa kolejowa, która połączyła ówczesną Galicję z Węgrami, a docelowo Budapeszt ze Lwowem. Pod Przełęczą Łupkowską wydrążono tunel o długości 416 m. Podczas drugiej wojny światowej wysadzano go w powietrze, aby powstrzymać wojsko niemieckie, a potem Armię Czerwoną. Stacja w Łupkowie jest najdalej wysuniętą stacją na południe Polski. Za tunelem kolejny przystanek leży już na Słowacji. Czynny jest tu ruch towarowy oraz sezonowo osobowy. Tłumy jednak do Łupkowa nie przyjeżdżają, w 2017 roku stacja obsługiwała od 0 do 9 pasażerów na dobę.

Stacja kolejowa Łupków (Patrycja Wites-Gocel, drogajestcelem.com) | Tunel kolejowy (PLKristof [CC BY-SA (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)])

Dziś oprócz stacji kolejowej znajdziemy tu tylko kilka starych domostw i schronisko turystyczne. Wiadomo, że te ziemie były zamieszkałe już w XVI wieku. Budowa linii kolejowej w XIX wieku doprowadziła do znacznego rozwoju Łupkowa - powstała tu osada kolejowa, a w międzywojniu wieś zaczęła się rozwijać jako letnisko i zimowisko. W 1946 tereny te były obszarem walk z UPA. Do czasów współczesnych nie zachowały się niemal żadne ślady po istniejącej tu przed wojną wsi. O dawnych mieszkańcach Łupkowa przypomina tylko zaniedbany cmentarz ukryty w zaroślach...




Aby trafić na cmentarz musimy udać się niebieskim szlakiem w stronę schroniska Koniec Świata i odbić w zagajnik. Latem jest tu tyle zieleni, że ciężko przebić się przez krzaki i wysokie trawy. Na cmentarzu zachowało się kilkanaście nagrobków kamiennych oraz żelaznych krzyży. W tym miejscu przed wojną stała również cerkiew z połowy XIX wieku. Podobno ostała się jej kamienna podmurówka, ale w środku lata nie sposób jej dojrzeć. Możemy podziwiać tylko groby - krzyże, rzeźby, nieliczne tabliczki, krucyfiksy... Ogromne wrażenie robi na mnie rzeźba Chrystusa wrośnięta w drzewo. Przed laty ktoś zapewne podniósł figurę i umieścił na drzewie. Dziś trwale spoiła się ona z rośliną. Natura odbiera, co kiedyś jej zabrano.



Cisza. To jedno słowo oddaje doskonale to, co można poczuć w Starym Łupkowie. Mamy do czynienia z jednym z tych miejsc, które trzeba poczuć, w których trzeba zamknąć oczy i wyobrazić sobie to, czego dziś już tu nie ma. Nie znajdziecie tu zbyt wiele do oglądania, ale jeśli uruchomicie wyobraźnię, to będziecie zauroczeni. W Starym Łupkowie jesteście w Bieszczadach znacznie bardziej niż nad Soliną albo w centrum Cisnej. Chłońcie to, bo z takich Bieszczad za parę lat już może nic nie zostać. Tu kończy się świat.

sobota, 25 stycznia 2020

Ząbkowice Śląskie - miasto krzywej wieży i Frankensteina

Ząbkowice Śląskie są miastem, przez które więcej razy przejeżdżałam niż odwiedzałam i chyba tylko dlatego nie było o nich jeszcze artykułu na blogu. Najwyższa pora nadrobić to niedopatrzenie! Poznajcie miasto słynące z krzywej wieży, ruin zamku, ale przede wszystkim z mrożącej krew w żyłach historii, która zainspirowała postać Frankensteina...

Bez wątpienia mamy do czynienia z miastem starym, którego historia sięga aż średniowiecza. Najstarszy dokument, w którym wymienia się nazwę Frankenstein (niemiecka nazwa Ząbkowic Śląskich) datowany jest na 10 stycznia 1287. To tej nazwy i historii z nią związanej jeszcze wrócimy... 

Od czego zacząć zwiedzanie? Może od rynku i ratusza? Ta okazała neogotycka budowla z pewnością przykuje uwagę każdego, kto znajdzie się w jej okolicy. Aż trudno uwierzyć, że pierwszy ratusz w tym miejscu był... drewniany (XIV w.). Sporo się zmieniło od tego czasu, a obecny kształt siedziby władz miasta jest wynikiem odbudowy z lat 1862-1864. W 1858 roku w Ząbkowicach wybuchł największy w dziejach miasta pożar, a zaprószyły go podobno dzieci. Ogień strawił większość rynkowych kamienic, górną część krzywej wieży, doszczętnie zniszczył ratusz oraz pochłonął 27 ludzkich ofiar. Zniszczeniu uległo niemal całe miasto.

Rynek i ratusz w Ząbkowicach Śląskich

Wcale nie trzeba jechać po Pizy, aby zobaczyć krzywą wieżę. Ta ząbkowicka jest może mniej znana, ale równie ciekawa jest jej historia. Nie jest ona pochylona w linii prostej, lecz po łuku; ma 34 m wysokości, a jej obecne odchylenie od pionu wynosi 2,14 m. Nietypowy kształt zawdzięcza rozbudowom. Na początku istniała tutaj baszta, którą na początku XV wieku przerobiono na dzwonnicę kościoła parafialnego pw. św. Anny. Niespełna 200 lat później wieża przechyliła się o 1,5 m w wyniku ruchów tektonicznych albo zbyt dużego obciążenia nadbudowy. Podczas wielkiego pożaru w 1858 roku wieża uległa znacznemu zniszczeniu. Odbudowano ją, tworząc zwieńczenie z attyką w kształcie jaskółczych ogonów. Tyle że postawiono je nie po skosie, a prostopadle do gruntu... 

Krzywa wieża i widoki zeń

Jeśli lubicie ruiny zamków, to koniecznie musicie odwiedzić zamek ząbkowicki. Zachowane mury pochodzą z renesansowej budowli wzniesionej w latach 1522–1532 na miejscu gotyckiego zamku obronnego. Wielokrotnie szturmowany i niszczony został ostatecznie opuszczony w 1728 r. W okresie międzywojennym na zamku działało muzeum regionalne i schronisko turystyczne. Obecnie udostępniany jest do zwiedzania jako trwała ruina.


Przy ulicy 1 Maja w Ząbkowicach Śląskich znajduje się zabytkowy cmentarz - jeden z najstarszych na Dolnym Śląsku, powstały pod koniec XVI wieku. Związana jest z nim makabryczna historia z czasów miasta Frankenstein (niemiecka nazwa Ząbkowic była inspiracją dla postaci doktora Frankensteina). To własnie tutaj grabarze mieli dopuszczać się profanacji zwłok i sporządzać z nich trujący proszek, który wywołał w mieście zarazę. Na cmentarzu pochowano wiele zasłużonych dla miasta osób, znajdziemy tu także zbiorową mogiłę żołnierzy poległych w wojnie prusko-austriackiej. Niestety (albo stety) żadnych żywych trupów tu nie zaobserwowano - doktor Frankenstein i jego potwór to tylko fikcja literacka. 



Do Ząbkowic Śląskich warto się udać nie tylko przejazdem. Miasto miało wiele szczęścia podczas drugiej wojny światowej, bowiem nie przeszedł przez nie front wojenny. Zachowało się tu sporo zabytkowej architektury, która urzeknie nie tylko miłośników historii. Poza tym będziecie się mogli pochwalić, że byliście na śląskiej krzywej wieży i odwiedziliście groźnie brzmiące miasto Frankenstein :-)

niedziela, 19 stycznia 2020

Pałac w Trzebieszowicach, czyli... Zamek na Skale

Pałac w Trzebieszowicach (zwany również Zamkiem na Skale) z zewnątrz wygląda dość niepozornie. Większość odwiedzających go osób z pewnością bardziej doceni komfortowe warunki hotelowe niż walory historyczne, ale nie możemy przecież zapominać, że historia tego miejsca sięga XVI wieku! Najpiękniejsze wnętrza powstały jednak znacznie później... gotowi na sporą dawkę secesji?

Secesyjny salonik i pałac z zewnątrz

Komercyjna nazwa tego miejsca - Zamek na Skale - może być dla niektórych myląca. Nie znajdziecie tu gotyckiej fortecy otoczonej fosą, choć jest w tym jednak ziarnko prawdy - przed wiekami w tym miejscu stał zamek, a relikty jego ścian zachowały się w piwnicach pałacu. W XVI wieku na ruinach dawnej siedziby rycerskiej zaczęto budować dwór renesansowy. Wznoszono go etapami, a zakończenie prac datuje się na rok 1613.

Trzebieszowicka rezydencja miała wielu właścicieli i wielokrotnie była powiększana oraz przebudowywana. Początkowo rezydował tu ród von Reichenbach, a następnie rodzina Wallisów (od końca XVII wieku). Tym drugim zawdzięczamy rozbudowę dworu do rozmiarów pałacu, któremu nadano styl barokowy. Była to główna siedziba rodziny na ziemi kłodzkiej.


W 1783 roku Trzebieszowice w wyniku sprzedaży trafiły do rodziny von Schlabrendorf; po nich władali tu Fürstenbergowie, a następnie ród Harbuval-Chammaré. Ostatnim przedwojennym właścicielem był Georg Müller, a po II wojnie światowej majątek trafił w ręce Skarbu Państwa. Dziś jest to własność prywatna i wygląda na to, że pałac jest w dobrych rękach. Jego właściciel - Zbigniew Nojszewski - jest prezesem stowarzyszenia zrzeszającego hotele prowadzone w historycznych budynkach i był wielokrotnie nagradzany za rewitalizacje obiektów zabytkowych. Efekty jego prac są tu widoczne na każdym kroku.

Przeszklony dziedziniec z kominkiem

Wróćmy jednak do przemian, jakim podlegały trzebieszowickie dobra. XVIII-wieczny barokowy pałac poddano kolejnej przebudowie w XIX wieku. To własnie wtedy zakryto dziedziniec przeszklonym dachem, tworząc wielką salę z kominkiem. W pałacu można wyczuć też sporą fascynację modną na przełomie XIX i XX wieku secesją.  Na piętrze znajdują się dwa saloniki w tym stylu, a w jednym z nich zachowała się płaskorzeźba z głową kobiety zaprojektowana przez Alfonsa Muchę. Podczas renowacji na początku XX wieku w pałacu założono fontannę, centralne ogrzewanie i urządzono ogród zimowy z roślinami tropikalnymi.


Secesyjne saloniki oraz klatka schodowa z imponującą boazerią 

Obecnie znamy to miejsce jako Zamek na Skale i raczej tylko bardziej wnikliwi będą dociekać, ile zamku zachowało się w tym pałacu. Abstrahując od nazewnictwa, warto rozważyć wycieczkę do Trzebieszowic, a jeśli lubicie takie klimaty, to nocleg w hotelu będzie nie lada atrakcją. Miejsc do zwiedzania z okolicy z pewnością nie zabraknie.

niedziela, 5 stycznia 2020

Pałac w Świerklańcu - "Śląski Wersal" z historią miłosną w tle

W pogodny dzień spacerują tu prawdziwe tłumy. Co ich przyciąga do tego parku koło Tarnowskich Gór? Rozległy teren, bliskość jeziora? Część przyjezdnych być może nawet słyszała o pałacu w Świerklańcu, ale założę się, że większość z nich pomyśli, że chodzi o istniejący do dziś Pałac Kawalera. A przecież w świerklanieckim parku jeszcze 60 lat temu znajdowała się jedna z najpiękniejszych rezydencji Górnego Śląska! Nazywano ją "Małym Wersalem", a powstała jako prezent dla ukochanej kobiety. Historia tego miejsca jednak zakończyła się tragicznie...


Dzieje Świerklańca związane są z rodem magnatów ziemskich i przemysłowych - Donnersmarcków, do których należały też inne pobliskie pałace - między innymi ten w Siemianowicach Śląskich, który obecnie (początek 2020 r.) jest w remoncie oraz pałac w Nakle Śląskim, który po renowacji wnętrz mieści Centrum Kultury Śląskiej. Rodzina Donnersmarcków była niezwykle liczna i wiele śląskich zakładów przemysłowych oraz reprezentacyjnych pałaców należało właśnie do nich. Ze Świerklańcem związana jest postać Guida Henckel von Donnersmarcka - przedstawiciela tarnogórsko-świerklanieckiej części rodu. W 1876 roku postanowił on wybudować pałac w Świerklańcu, tym samym stając się sąsiadem swojego krewnego, Łazarza IV (z linii bytomsko-siemianowickiej), który rezydował w Nakle Śląskim - zaledwie 2,5 km dalej. [Donnersmarcków w historii Górnego Śląska było naprawdę wielu... ciężko się czasem połapać w ich drzewie genealogicznym ;-)].

Park w Świerklańcu - wygląd współczesny. Kiedyś na tych zdjęciach widzielibyśmy pałac.

Guido był postacią niezwykle wpływową i na pewno skojarzycie jego postać choćby z nazwaną jego imieniem kopalnią w Zabrzu (obecnie udostępnioną zwiedzającym). Zarządzał również hutami w Zabrzu i  Świętochłowicach, a także kopalniami w Rudzie Śląskiej, Chwałowicach, Bytomiu, Piekarach oraz Świętochłowicach. Wybudował też papiernię w Kaletach oraz inwestował za granicą; był również działaczem społecznym i politycznym, a w 1901 r. otrzymał tytuł dziedzicznego pruskiego księcia. Nie ma co się dziwić, że osoba z takim życiorysem (i majątkiem) potrzebowała reprezentacyjnej siedziby.

Zamek (z lewej) i pałac w Świerklańcu

Pałac w Świerklańcu powstał jako prezent dla żony Donnersmarcka zwanej La Païva, nieopodal XIII-wiecznego zamku piastowskiego. Była ona bez wątpienia była barwną osobą, co zdają się potwierdzać krążące na jej temat niewybredne plotki. Miała być słynną w tamtych czasach kurtyzaną, a pikanterii jej osobie dodawał fakt, że była już dwukrotną rozwódką, a Guido był od niej 11 lat młodszy. Wygląda na to, że jednak kochał on żonę miłością wielką i szczerą, skoro zafundował jej w prezencie pałac. Rezydencję w stylu Ludwika XIII zaprojektował Hector Lefuel, nadworny budowniczy Napoleona III, a o rozmachu inwestycji najlepiej niech świadczy fakt, że pałac nazywano "Małym Wersalem" albo "Śląskim Wersalem". Gdyby tylko przetrwał do czasów współczesnych z pewnością byłby atrakcją na miarę Pałacu w Pszczynie lub Zamku Książ w Wałbrzychu...

Guido Henckel von Donnersmarck (1830-1916) i jego pierwsza żona La Païva (1819-1884), dla której ufundował pałac w Świerklańcu

Guido Henckel von Donnersmarck zmarł w 1916 roku, a jego majątek odziedziczyli synowie z drugiego małżeństwa: Guidotto i Kraft (w pałacu osiadł ten pierwszy, drugi rezydował w Reptach). Ostatnim właścicielem rezydencji był Guido Karol Łazarz, wnuk Guida, syn Guidotta. W czasie wojny w pałacu stacjonowali żołnierze niemieccy, a w roku 1945 do Świerklańca wkroczyła Armia Czerwona. Donnersmarckowie uciekli przed frontem wojennym do Bawarii, a pałac i zamek zostały splądrowane oraz podpalone. Nowe władze dość szybko doceniły wartość dóbr świerklanieckich i marmury oraz kamienne bloki wywieziono na plac budowy Pałacu Kultury Zagłębia w Dąbrowie Górniczej w latach 1951-58. Z kolei brama do pałacu została wykorzystana jako wejście do Śląskiego Ogrodu Zoologicznego, a rzeźby lwów trafiły do parku w Zabrzu.

Pałac w Świerklańcu dawniej i dziś - fontanna stanowi punkt odniesienia do porównania

Rzeźby przy pałacu w Świerklańcu dawniej i dziś - figury stanowią punkt odniesienia do porównania

Nie lepiej wyglądały losy zamku zniszczonego w niemal 70%. Mimo wpisania go do rejestru zabytków i decyzji Ministerstwa Kultury i Sztuki nakazującej odbudowę zamku, we wrześniu 1962 zamek wraz z pałacem wysadzono w powietrze. Wyburzenie zamku miało charakter całkowicie bezprawny, a Wojewódzki Konserwator Zabytków dowiedział się o destrukcji dopiero 30 listopada 1962 r. Pałac dla ówczesnych władz nie reprezentował żadnej wartości, ale i tak jego wyburzenie było działaniem co najmniej kontrowersyjnym. Pozostałości budowli uprzątnęła miejscowa ludność w zamian za możliwość wykorzystania gruzów na własny użytek. Do dziś elementy wyposażenia pałacu trafiają na aukcje staroci, zapewne jako pamiątki po babci/dziadku...

Wróćmy jednak do parku w Świerklańcu, który choć dziś tylko nielicznym przypomina o pałacu, to wciąż jednak jest miejscem atrakcyjnym dla odwiedzających. Zachował się tutaj zarys nieistniejącej rezydencji Donnersmarcków ze schodami oraz rzeźbami. W północno-zachodniej części parku podziwiać możemy dawny kościół pałacowy połączony z grobowcem rodzinnym, w którym spoczęły doczesne szczątki księcia Guido. O dawnych przepychu dóbr świerklanieckich przypomina Pałac Kawalera, będący zaledwie "domkiem gościnnym" wybudowanym specjalnie dla Wilhelma II Hohenzollerna, ostatniego niemieckiego cesarza i króla Prus. Obecnie (początek 2020 r.) Pałac Kawalera pozostaje praktycznie niezagospodarowany - wcześniej działał tu hotel z restauracją, dziś - tylko restauracja w piwnicy (przypominająca bardziej bistro niż elegancką pałacową restaurację).

Kościół oraz Pałac Kawalera

Wnętrza Pałacu Kawalera

Historia pałacu w Świerklańcu jest zagmatwana niczym drzewo genealogiczne Donnersmarcków. Powstały z miłości do żony miał szansę stać się po wojnie jednym z najwspanialszych pałaców w tej części Europy. Oczyma wyobraźni widzę przewodników oprowadzających po pięknych, reprezentacyjnych salach, opowiadających historię miłości Donnersmarcka do La Païvii... Niestety losy Świerklańca potoczyły się inaczej. Pojawiające się co jakiś czas plotki o odbudowie pałacu możemy raczej wsadzić między bajki i ubolewać, że nie będzie tu happy endu.