Co można zrobić na 39. urodziny? Ja postanowiłam przejść 39 kilometrów po górach. Co roku zamiast tradycyjnego świętowania robię sobie górską wędrówkę, a liczba kilometrów odpowiada liczbie lat, które właśnie kończę. Tym razem wybrałam Tatry Niżne, samotną wędrówkę i nocleg w schronisku pod Ďumbierem. Czy udało mi się zrobić pełne 39 kilometrów? Zapraszam na pełną przewyższeń i wspaniałych widoków trasę przez Chopok, Ďumbier i kilka miejsc, w których moje nogi zaczęły poważnie kwestionować ten urodzinowy pomysł.
Dolina Demianowska to jedna z najbardziej znanych dolin Niżnych Tatr na Słowacji, rozciągająca się na około 15 km. Słynie, między innymi z Demianowskiej Jaskini Wolności (Demänovská jaskyňa Slobody) oraz Demianowskiej Jaskini Lodowej (Demänovská ľadová jaskyňa), które zdecydowanie warto odwiedzić, będąc w okolicy. W jej górnej części doliny, u podnóża Chopoka (2024 m n.p.m.), znajduje się Jasná - miasteczko i największy ośrodek narciarski na Słowacji, z ponad 45 km tras i rozbudowaną siecią kolei linowych i wyciągów. Jasná obejmuje zarówno północne, jak i południowe stoki Chopoka, dzięki czemu jest ważnym ośrodkiem turystycznym regionu zarówno zimą, jak i latem. Ja odwiedziłam to miejsce latem i Jasná stała się dla mnie bazą wypadową do wędrówki po Tatrach Niżnych.
Mój plan był konkretny - w ciągu 2 dni przejść 39 kilometrów na swoje 39 urodziny. Co roku robię sobie taką wędrówkę - w poprzednich latach byłam, między innymi w Beskidzie Żywieckim (36), na Babiej Górze (37) i w Beskidzie Sądeckim (38). Teraz, dla odmiany, wybrałam wyższe góry oraz pierwszy raz od lat - samotną wędrówkę. Rozpoczęłam od ułatwienia sobie życia - na Chopok wjechałam wyciągiem od strony Jasnej. Na szczycie znajduje się ciekawa stacja, do której gondola wjeżdża z obu stron zbocza. To najbardziej popularne i zatłoczone miejsce w tym paśmie górskim ze względu na jego dostępność.
Chopok mierzy 2023,6 m n.p.m. i jest jednym z najbardziej charakterystycznych szczytów Niżnych Tatr - jego wierzchołek tworzy skalista kopuła usypana z dużych granitowych bloków. Jest również doskonałym punktem widokowym, a tuż pod jego szczytem, na wysokości 2000 m n.p.m., stoi Kamenná chata pod Chopkom, potocznie nazywana Kamienką. Z wierzchołka roztacza się rozległa panorama obejmująca nie tylko grzbiet Niżnych Tatr, ale także Tatry Wysokie i Zachodnie, Góry Choczańskie oraz Liptowską Marę( zbiornik wodny). Przy dobrej widoczności można dostrzec również rozległe doliny Liptowa i Horehronia.
Postanowiłam zacząć wędrówkę od... zejścia do pośredniej stacji kolejki od strony południowej. Dość szybko zrozumiałam, że był to błąd, bo strona i pełna luźnych kamieni ścieżka w dół dała mocno popalić moim kolanom. Zweryfikowałam więc swoje plany kontynuowania wędrówki niebieskim szlakiem i zamiast tego wróciłam na Chopok i ruszyłam czerwonym - widokowym, głównym szlakiem, który biegnie całym grzbietem Tatr Niżnych.
Najpierw udałam się w kierunku zachodnim, mijając kolejno Dereše (2004 m n.p.m.), Zadný Dereš (1921 m n.p.m.), Sedlo Poľany (1837 m n.p.m.) i Poľanę (1889 m n.p.m.). Dereše, jeden z najwyższych szczytów Niżnych Tatr, wyróżniają się szczególnie skalistym charakterem - ich wierzchołek tworzy rumowisko dużych głazów, a sam szlak omija właściwy punkt szczytowy. Ten fragment grzbietu jest też wyraźnie bardziej dziki i spokojny niż okolice Chopoka - im dalej od wyciągu, tym mniej turystów mijanych na szlaku. Kiedy zrobiłam sobie przerwę na szczycie Poľany, byłam tam zupełnie sama.
Po krótkim odpoczynku na drugie śniadanie zawróciłam na Chopok, pokonując tym samym szlakiem trasę w kierunku wschodnim. W tę stronę miałam już pod górkę - a wcale nie było tego wcześniej czuć. Do tego upał już dość konkretnie przygrzewał, więc ten odcinek dał mi się nieco we znaki. Po około 1,5 h marszu stanęłam - po raz trzeci tego dnia - na Chopoku.
Na liczniku miałam już około 13 kilometrów, ale to nie był koniec wycieczki tego dnia. Przede mną były jeszcze niespełna 2 godziny do Chaty Generála Milana Ratislava Štefánika (znanej też jako Štefánička), w której zarezerwowałam nocleg. Tym razem skierowałam się, nadal czerwonym graniowym szlakiem, w kierunku wschodnim, mijając Konské (1874 m n.p.m.), Demänovské sedlo (1756 m n.p.m.), Krúpove sedlo (1915 m n.p.m.) oraz Ďumbier (2043 m n.p.m.) - najwyższy szczyt Tatr Niżnych, który już zostawiłam sobie na kolejny dzień.
To był bardzo malowniczy odcinek. Za mną zostawał Chopok, a przede mną pojawiał się Ďumbier. Wspomniane Demänovské sedlo jest najgłębszą przełęczą na odcinku grani między Chopokiem a Ďumbierem, co oznaczało kolejne zejście i następujące po nim podejście. Za nim czekało już Krúpove sedlo i masyw Ďumbiera, który tym razem miałam tylko obejść. Ten odcinek i samo dojście do schroniska był już na dobitkę tego dnia - nie lubię chodzić po wielkich głazach, a tutaj praktycznie cała ścieżka była nimi zawalona. Gdy w końcu dotarłam do Chaty, nogi wchodziły mi... wiadomo gdzie. Ale 19 kilometrów tego dnia było wielkim sukcesem.
Chata Generála Milana Rastislava Štefánika, położona na wysokości około 1740 m n.p.m. pod Dziumbierem, działa od 1928 roku i oferuje nie tylko nocleg, ale też piwo oraz domowe jedzenie, a z jej okolic roztaczają się szerokie widoki na grzbiet Niżnych Tatr i bardziej odległe pasma. Ciekawostką jest też położona niedaleko Jaskinia Martwych Nietoperzy z rozbudowanym podziemnym systemem korytarzy. Liczy 14 poznanych poziomów i niemal 20 km korytarzy, którego największa komora, Bystrický dóm, znajduje się 180 metrów pod powierzchnią, praktycznie bezpośrednio pod schroniskiem. Intrygującą nazwę jaskinia zawdzięcza licznym znalezionym w niej kościom nietoperzy, których wiek szacuje się nawet na 6000 lat. W pobliżu schroniska stoi także pomnik przypominający o Słowackim Powstaniu Narodowym - podczas walk w czasie II wojny światowej w okolicy działali słowaccy, francuscy i radzieccy partyzanci, a samo schronisko zostało uszkodzone.
Po nocy w schronisku czekała mnie kulminacja wycieczki - najwyższy szczyt Tatr Niżnych zaliczany do Korony Gór Słowacji - Dziumbier (Ďumbier). Najpierw jednak musiałam dotrzeć ponownie na Krúpove sedlo, mozolnie wspinając się po wielkich kamieniach za czerwonym szlakiem. Z przełęczy prowadzi odbicie szlaku na szczyt (około 30 minut i 1 km). Ciekawostką jest historia szlaku prowadzącego bezpośrednio ze schroniska Štefánika na Ďumbier - od 1993 roku jego część jest sezonowo zamykana z powodu silnej erozji wywołanej m.in. intensywnym ruchem turystycznym. W ramach ochrony terenu posadzono około 1700 sadzonek kosodrzewiny i zastosowano specjalne maty oraz umocnienia przeciwerozyjne. Ścieżka ze Štefánički dostępna jest tylko zimą, a latem turyści pokonują drogę z Przełęczy Krúpove.
Szlak na Ďumbier wygląda z przełęczy dość złowieszczo za sprawą przepaści i monumentalnych skał, ale jego pokonanie nie jest trudne, a sam szczyt jest dość rozległy. Przy dobrej pogodzie można podziwiać niemal wszystkie najważniejsze pasma górskie środkowej i północnej Słowacji, w tym Tatry, Wielką i Małą Fatrę oraz Góry Choczańskie. Jego północne zbocza mają charakter niemal alpejski - opadają ścianami i żlebami o wysokości dochodzącej do 500 metrów, a w przeszłości prowadzono tu intensywne prace górnicze, wydobywając m.in. złoto, rudę żelaza i antymon. Obowiązkowym punktem do zdjęć jest charakterystyczny dwuramienny drewniany krzyż lotaryński, przypominający ten przedstawiony w herbie Słowacji.
Ze szczytu wróciłam na przełęcz i postanowiłam obejść kawałek na Demänovské sedlo i z niego ruszyć w dół żółtym szlakiem. Znalazłam się w takim kotle na zboczach Krúpovej hali, skąd ponownie mogłam podziwiać Chopok, Konské i potężną przestrzeń Demianowskiej Doliny. Mimo że przede mną było już powolne zejście, to na radość było jeszcze za wcześnie...
Żółty szlak do Przełęczy Javorie (1487 m n.p.m.) dał mi popalić, jak chyba nic podczas tych dwóch dni. Aby do niej dotrzeć, czekało mnie przejście przez góry Prašivá (1667 m n.p.m.) i Tanečnica (1680 m n.p.m.). O ile w rejonie Ďumbiera jeszcze spotykałam turystów, tak na żółtym szlaku byłam niemal zupełnie sama. Ale samo to nie było wielkim problemem - tym był mocno zarośnięty szlak, ostre zejścia po niestabilnych kamieniach, potem podejścia, potem znów w górę... Rany, jak mi ten odcinek dał w kość! Najgorszy był fragment przez samą przełęczą, gdzie trawersowałam strome zbocze i myślałam, że ono nigdy się nie skończy. Do tego już coraz bardziej bolały mnie nogi, a zwłaszcza stopy - co wcześniej mi się nie zdarzało.
Sedlo Javorie przywitałam niemal ze łzami w oczach. Zrobiłam sobie dłuższą przerwę, aby nabrać sił, bo do celu wciąż miałam około 10 km. Co gorsza, powoli zaczynały mi się kończyć zapasy picia, a źródła przy strumyku Podrožianka, wzdłuż którego szłam, były wyschnięte. Z każdym (bolesnym) krokiem wytracałam wysokość aż otworem stanęła przede mną Široká dolina - prawe odgałęzienie Doliny Demianowskiej.
Tutaj trafiłam na zielony szlak biegnący wzdłuż potoku Demianówka (Demänovka), którego dopływem jest wspomniana Podrožianka. Dopadł mnie solidny kryzys związany z bólem stóp i poratowałam się moczeniem nóg w zimnej, górskiej rzeczce. Miałam plany, aby nabić trochę kilometrów, idąc do ukrytego w dolince bunkra partyzantów, ale poczułam, że nie dam już rady. Coraz bardziej zrezygnowana ruszyłam zielonym szlakiem do Lúčky.
Cywilizacja! Zielona ścieżka doprowadziła mnie do głównej szosy biegnącej przez Demianowską Dolinę, a to oznaczało tylko jedno - przerwę na obiad i zimne piwo bezalkoholowe. Znalazłam sympatyczną restaurację 3 Domky, która miała wszystko, czego potrzebowałam. Choć mój cel - Jasná - był już niemal w zasięgu wzroku, to musiałam jeszcze wydeptać parę kilometrów do upragnionych 39. Skierowałam się najpierw przez las, pod górę, do Jasnej, a następnie na obrzeża miejscowości nad malownicze jeziorko.
Vrbické pleso, położone na wysokości 1113 m n.p.m., to największe naturalne jezioro Niżnych Tatr - niewielkie, polodowcowe i otoczone świerkowym lasem, powstałe po ustąpieniu lodowca ze stoków Chopoka i Derešów. Nad jego południowym brzegiem stoi Mikulášska chata, górski hotel działający od 1950 roku z restauracją, noclegami i zapleczem wellness. Z tego miejsca została mi już ostatnia prosta do Domu Horskej Služby, który był moją bazą noclegową. Ostatnie metry pokonałam już ledwo idąc... Jeszcze tylko dwa piętra po schodach i czekało na mnie wygodne łóżko i ciepły prysznic. Pod schroniskiem osiągnęłam wreszcie wynik 39 kilometrów - udało się! Tak właśnie chciałam świętować te urodziny.
Kiedy w końcu dotarłam do Domu Horskej Služby, naprawdę nie miałam już ochoty nigdzie iść. Stopy bolały, nogi odmawiały współpracy, ale na liczniku było dokładnie 39 kilometrów. Plan na 39. urodziny został więc wykonany - może nie idealnie, może z kilkoma kryzysami po drodze, ale dokładnie tak, jak lubię najbardziej.































