czwartek, 10 listopada 2022

Zamek Frýdlant na wyciągnięcie ręki

Czy wiecie, że jeden z największych zamków w Czechach znajduje się na pograniczu polsko-czeskim? Jest to także pierwsza w Europie Środkowej warownia, która została udostępniona dla zwiedzających (już w 1801 r.!). Turystów z pewnością zachwyci elewacja bogato zdobiona techniką sgraffito, a mowa oczywiście o zamku Frýdlant niedaleko Liberca.

Potężny zamek  Frýdlant został wzniesiony na szczycie góry nad rzeką Smědou w 1278 roku. Gotycka twierdza przetrwała wojny husyckie i w kolejnych wiekach została znacznie rozbudowana. W połowie XV stulecia zamek został otoczony murem z basztami i nową wieżą, a już niecały wiek później nadano mu elementy renesansowe. Na całkowitą przebudowę na ten styl przyszło mu czekać do 1582 roku. To właśnie wtedy powstała charakterystyczna dekoracja sgraffitowa, którą tworzy się poprzez nakładanie kilku warstw kolorowego tynku, a następnie zdrapywanie go przed zaschnięciem. 

W 1602 roku na wieży powstał renesansowy hełm oraz zbudowano kaplicę Świętej Anny. Wiek XVII przyniósł zamkowi nowe umocnienia obronne oraz barokową salę rycerską. W następnych dwóch wiekach warownia została rozbudowana o Skrzydło Kasztelańskie oraz jednopiętrowe, neorenesansowe skrzydło przy Zamku Dolnym. Od 1945 roku obiekt znajduje się w rękach państwa Czeskiego (wcześniej Czechosłowackiego), a od 1995 roku prowadzone są prace remontowe i rewitalizacyjne. Zamek można zwiedzać z przewodnikiem i, co ciekawe, jest to pierwszy w Europie Środkowej, który został udostępniony zwiedzającym (w 1801 roku).


Zamek  Frýdlant jest nie tylko jednym z największych, ale też jednym z najładniejszych zamków w Czechach. Znajduje się on tak blisko polskiej granicy, że bez problemu można się do niego wybrać na jednodniową wycieczkę i przy okazji jeszcze odwiedzić atrakcyjne miasto Liberec. Byliście kiedyś w tych okolicach?

Czantoria Mała i Wielka z Podlesia. Beskid Śląski jakiego nie znałam

Zanim drzewa pokryły się jesiennymi kolorami, by po miesiącu je zrzucić, zwiastując nadchodzącą zimę, w górach zapanował zmierzch lata. Już było czuć nadchodzącą jesień, ale drzewa jeszcze były zielone, a temperatury wysokie. Korzystając z ostatnich dni najcieplejszej pory roku, wybrałyśmy się z Młodą na Czantorię Małą i Wielką zupełnie nowym dla mnie szlakiem z Podlesia. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, ale nie rozczarowałam się ani trochę. Oto mało popularna pętla z Podlesia przez Czechy.

Czantoria Wielka jest kolejnym, po Stożku, szczytem Beskidu Śląskiego, który zdobyłam tak wiele razy, że już straciłam rachubę. Bywałam nań o każdej porze roku; zarówno pieszo i na nartach. Aż trudno uwierzyć, że dopiero teraz udało mi się odkryć ciekawy, widokowy i zupełnie odludny szlak, idąc którym zahaczamy o Czechy! Zaczęłyśmy w Podlesiu na ulicy Widokowej. Znajduje się tam niewielki parking, który sam w sobie jest atrakcją za sprawą przepięknych widoków. Wspaniale prezentuje się stąd Góra Tuł oraz Beskid Śląsko-Morawski.


Wyruszyłyśmy zielonym szlakiem w kierunku Czantorii Małej. O tym podejściu mogę powiedzieć tyle, że idzie się ostro w górę, ale za to szybko. Widoków zbyt wielu nie ma, ale na te jeszcze przyjdzie czas. Po wypoceniu siódmych potów mogłam powiedzieć, że najgorsze podejście tego dnia mam już za sobą, a moim oczom ukazał się szczyt Małej Czantorii (866 m n.p.m.).

Kontynuowałyśmy wędrówkę zielonym szlakiem i muszę przyznać, że ten odcinek między dwiema Czantoriami jest jednym z najładniejszych w całym paśmie. Z jednej strony świetnie prezentuje się Równica, w dole widać Ustroń z charakterystycznymi Piramidami. Z kolei przed nami dumnie prezentuje się Wielka Czantoria, którą łatwo rozpoznać po wieży widokowej. Po drodze minęłyśmy górną stację kolejki Poniwiec, więc zimą musza tu być świetne warunki do uprawiania narciarstwa.


Na ostatnim podejściu na Czantorię Wielką do  zielonego szlaku dołączyły kolory żółty i niebieski. Jest to miejsce, w którym znajduje się jedyne w okolicy schronisko - czeska Chata pod Czantorią. Nie korzystałam z gastronomii, ale weszłyśmy na chwilę, aby przybić pieczątkę. Z tego miejsca zostało nam już tylko około 15 minut na szczyt.

Na Czantorii Wielkiej (995 m n.p.m.) bez zmian. Po czeskiej stronie granicy znajduje się płatna wieża widokowa z platformą widokową na wysokości 29 metrów. Obserwować można z niej panoramę Beskidu Śląskiego i Beskidu Śląsko-Morawskiego; widać między innymi Równicę i Skrzyczne. Jest tu kilka budek z jedzeniem oraz pamiątkami i miejsce do odpoczynku. Muszę przyznać, że w tygodniu było tam całkiem przyjemnie, ale nie chcę wiedzieć, jak się prezentuje Czantoria w pogodne weekendy.


Po odpoczynku przyszła pora na powrót do auta. Zależało mi na zrobieniu pętli, więc przy Chacie pod Czantorią odbiłyśmy w szeroki, wygodny szlak żółty. Po krótkim zejściu musiałyśmy odbić na szlak czerwony i dobrze, że rozwidlenie było dobrze oznaczone... Kolejny odcinek szlaku biegnie ostro w dół przez zarośla i jestem przekonana, że dawno nikt tędy nie szedł. Trochę przeklinałam na wybór właśnie tej drogi, bo szło się niemal cały czas wąską, mało uczęszczaną ścieżką. W pewnym momencie biegła ona granicą i można było zobaczyć dawne słupki graniczne. Kiedyś miały tworzyć ogrodzenie.


Ostatni, krótki odcinek szlaku do auta oznaczony jest kolorem żółtym i nie stanowi już żadnych trudności. To szeroka, płaska droga, która zaprowadziła nas prosto na parking w Podlesiu. Po drodze minęłyśmy jeszcze jedno ciekawe miejsce opisane jako leśny kościół Spowiedzisko. Znajduje się tam pomnik i coś na kształt ołtarza.

Tak zakończyła się nasza przyjemna pętla przez Małą i Wielką Czantorię. Zejście czerwonym szlakiem przez Czechy mnie mocno zaskoczyło i trochę dało popalić. Mimo tego uważam wycieczkę za bardzo udaną i sama jestem pod wrażeniem, że po tylu latach wędrowania po Beskidach uda mi się znaleźć jeszcze jakiś nieznany szlak na Czantorię. 


niedziela, 6 listopada 2022

Wielki Stożek w Beskidzie Śląskim. Odkrywanie na nowo

Stożek w Beskidzie Śląskim zajmuje szczególne miejsce w moim sercu. To jedna z pierwszych gór, która pomogła mi zakochać się w turystyce pieszej. Przez ostatnie kilkanaście lat zdobyłam ją tyle razy, że nie umiem już ich zliczyć. Tej jesieni pierwszy raz dotarłam nań z córką, robiąc sobie wycieczkę nieco sentymentalną, ale też patrząc na znane szlaki z zupełnie nowej perspektywy. Zapraszam Was na dziesięciokilometrową pętlę z Wisły-Łabajowa.

Nie umiem powiedzieć, który szlak na Stożek uważam za najładniejszy. Jedną z najciekawszych opcji jest na pewno wędrówka czerwonym szlakiem przez Czantorię Wielką i Soszów. Najwięcej potów wycisnęłam z kolei na szlaku zielonym, który za każdym razem mocno przeklinam, ale za to doceniam go za możliwość szybkiego dojścia do schroniska. Z kolei szlak czerwony przez Kiczory jest nieco mniej oblegany i zarazem pełen ładnych widoków. Ciekawostką w okolicy jest też wiadukt kolejowy z lat 1931-33 niedaleko stacji Wisła Głębce, która wielokrotnie była początkiem moich górskich wędrówek. 

Szlak czerwony między Stożkiem a Soszowem oraz wiadukt kolejowy

Tym razem zaplanowałam dla nas przyjemną pętelkę, którą bez trudu mogliśmy pokonać z 3-letnim dzieckiem. Przyjechaliśmy autem, więc początek i koniec musiał być w tym samym miejscu. Zostawiliśmy samochód na dużym parkingu w Wiśle-Łabajowie, na szlaku zielonym. Nie poszliśmy jednak od razu pod górę, lecz wróciliśmy się parę metrów i odbiliśmy w prawo w drogę dojazdową do Osiedla Mrózków. Nią dość mocno pod górę, ale też dość sprawnie, dotarliśmy do szlaku niebieskiego.

Niebieski szlak przebiega początkowo przez Osiedle Mrózków, a następnie wchodzi w las. Po niecałym kilometrze dotarliśmy do rozwidlenia szlaków, które jest także bardzo ładnym miejscem widokowym. Można stąd kontynuować spacer niebieskim szlakiem łagodną trasą do schroniska albo wybrać ścieżkę czerwoną i przejść jeszcze przez Kiczory. Polecam tę drugą opcję ze względu na jej atrakcyjność.


Kiczory (990 m n.p.m.) to drugi pod względem wysokości (po Wielkiej Czantorii) szczyt w całym Paśmie Czantorii. Przyjmuje formę długiego grzbietu, z którego gdzieniegdzie przebijają się widoki, ale niestety w ostatnich paru latach prześwity mocno zarosły. Idzie się przyjemnie i w miarę płasko. Po drodze minęliśmy ciekawe formy skalne. Od Kiczor aż do Czantorii (i trochę dalej) szlak biegnie granicą polsko-czeską. Jeszcze małe podejście i naszym oczom ukazało się schronisko na Stożku Wielkim.


Jak tylko zbliżyliśmy się do budynku, przeżyłam szok. Co tu tak łyso? Gdzie się podziały wszystkie drzewa? Okolica schroniska zawsze była zalesiona i mocno mnie zdziwił obecny wygląd. Zniknęła też obecna tu od zawsze krowa "Milka". Mam nadzieję, że drzewa nie zostały wycięte przez czyjeś widzimisię, tylko był ku temu lepszy powód. Jedno się nie zmieniło - nadal wisi ten charakterystyczny zielony plakat i tylko cyfry się zmieniają - tym razem jest to już 100 lat schroniska. Wszystkiego najlepszego, Stożku!

2012 i 2022 r.

Po przerwie w schronisku skierowaliśmy się na zielony szlak. Ponownie mnie zdziwiła mnogość widoków, bo zapamiętałam zbocza Stożka jako całkowicie zalesione. Ten szlak szczególnie zapadł mi w pamięci z poprzednich lat... Jest mocno nachylony i zawsze podczas podejścia go przeklinałam. Na szczęście w dół idzie się nieco lepiej i ma on jeden duży plus - bardzo szybko zaprowadził nas do auta. W sam raz przed zbliżającym się zmrokiem. Idealna trasa na krótkie jesienne dni. 


To z pewnością nie moja ostatnia wycieczka na Stożek, bo zbyt mocno mnie w te rejony ciągnie od zawsze. Znów odkryłam coś nowego - inne widoki, inny wygląd schroniska i przeze wszystkim inną jakość chodzenia po górach z małym dzieckiem. Fajnie jest zarażać pasją własną córkę. Oby zostało tak na dłużej :-)