wtorek, 6 września 2016

Alegoryczny Wołowiec

Kiedy w kwietniu wyjeżdżałam z Zakopanego, płakałam, bo już wiedziałam, że przeprowadzam się do Wrocławia i nieprędko wrócę w Tatry. Gdy po czterech miesiącach wysiadłam z busa na Siwej Polanie, czułam się tak, jakby nic się nie zmieniło, jakbym nigdy stąd nie wyjechała. Znów byłam u siebie.

Od paru lat kultywuję swoje własne górskie tradycje. Staram się jeździć w góry średnio raz w miesiącu oraz zawsze wyjeżdżam gdzieś na Wielkanoc i zawsze jestem w Tatrach w lutym oraz na początku września. Czasem jadę z kimś, czasem sama; w grupie większej albo kameralnie. Tym razem wyjazd organizowałam "na wariata", bo nie wiedziałam do ostatniej chwili, czy zostanę urlop i wyszło tak, że pojechałam sama do Doliny Chochołowskiej.


Chochołowska. Moja ulubiona zimowa baza wypadowa w Tatry Zachodnie. Aż trudno w to uwierzyć, że spałam w tutejszym schronisku tyle razy, a dopiero teraz pierwszy raz pojechałam w to miejsce latem. Niewiele jest w Tatrach Polskich szlaków, na których mnie jeszcze nie było. Dość powiedzieć, że po tym wyjeździe zostały mi do zaliczenia już tylko Mięguszowicka Przełęcz pod Chłopkiem oraz odcinek Orlej Perci od Zawratu do Koziego Wierchu (nie liczę "spacerówek" typu Dolina Lejowa, chociaż też sporo mam schodzone). 

Podejście Starorobociańską Doliną oraz widok z Siwej Przełęczy na Starorobociański Wierch


Pierwszego dnia tylko doszłam do schroniska, za to drugiego na rozruch ruszyłam Doliną Starorobociańską w kierunku Siwej Przełęczy. Po pierwszym monotonnym odcinku zaczęły się piękne widoki na Ornak, Starorobociański Wierch, Błyszcz oraz słowacką Bystrą. Po dotarciu na Siwy Zwornik podjęłam decyzję, że zamiast iść na Pyszniańską Przełęcz, która pierwotnie była moim celem, zmodyfikuję plan i zdobędę najwyższy szczyt Tatr Zachodnich - Bystrą (2248 m n.p.m.). 

Widok w kierunku grani Ornaka

Z Siwego Zwornika: Starorobociański Wierch oraz Gaborowa Dolina (Słowacja)

Panorama z podejścia na Bystrą

Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Ze szczytu roztaczała się przecudowna panorama na Rohacze, Tatry Wysokie, pięknie było widać Krywań i Starorobociański Wierch. Z Bystrej wiedzie nieoznakowana szlakiem ścieżka na Błyszcz, z którego można zejść prosto na Bystry Karb. 

Widoki z podejścia na Bystrą: Tatry Wysokie oraz Błyszcz

Widoki z Bystrej: na Bystrą Dolinę oraz Krywań

Widok z Bystrej: Pyszniańska Przełęcz, Kamienista Dolina, Kamienista, Smreczyński Wierch... i ja

Po powrocie na Siwy Zwornik miałam plan wejścia jeszcze na Starorobociański, ale postanowiłam chwilę odpocząć i położyłam się na trawie. To było coś, czego potrzebowałam od dawna. Totalny relaks, cisza, świeże powietrze. Spłynęły ze mnie wszystkie stresy i emocje, które mnie gnębiły. Jak tam padłam, to o dalszym wysiłku tego dnia nie było mowy :) Do schroniska wróciłam tym samym szlakiem, którym podchodziłam. 19 kilometrów i prawie 8 godzin marszu - trzeba przyznać, że ja to potrafię robić rozgrzewki. 

Ponownie Pyszniańska Przełęcz i ponownie Starorobociański Wierch - widoki z Błyszcza

Błyszcz i Bystra z dwóch różnych perspektyw

Zejście: Starorobociańska Dolina w pełnej okazałości oraz grań Ornaka


Na trzeci dzień zaplanowałam trasę, której nie udało nam się z chłopakami zrobić tej zimy ze względu na złą pogodę, czyli Trzydniowiański Wierch - Kończysty Wierch - Jarząbczy Wierch - Łopata - Wołowiec. Teraz, z perspektywy czasu, cieszę się, że wtedy się nie udało, a dlaczego, to napiszę za chwilę.

Podejście Doliną Jarząbczą na Trzydniowiański Wierch oraz widok na Wołowiec i Ostry Rohacz

Wyruszyłam o 7:00 ze schroniska, by po dwóch godzinach znaleźć się na Trzydniowiańskim Wierchu. Ze szczytu rewelacyjnie było widać niemal całą zaplanowaną trasę. Wyglądała ona... ambitnie, ale cóż to dla mnie taki spacer po Tatrach Zachodnich. Trzy razy byłam tu zimą i bez problemu dałam radę, więc nie spodziewałam się, że coś mnie może zaskoczyć.

Z Trzydniowiańskiego Wierchu

Podejście na Kończysty Wierch

Po drugim śniadaniu na Kończystym Wierchu pewnym krokiem ruszyłam w kierunku Jarząbczego Wierchu. W pewnym momencie zorientowałam się, że jestem zupełnie sama. Było dość wcześnie (po 10:00, a ja już byłam powyżej 2000 m n.p.m.), sezon wakacyjny się skończył i nagle uderzyła mnie świadomość, że w zasięgu wzroku nie mam ani jednej osoby. A panorama była rozległa. Ale cóż to dla mnie, twarda baba jestem.

Widoki z Kończystego Wierchu: Na Trzydniowiański oraz Jarząbczy

Z podejścia na Jarząbczy: Starorobociański Wierch oraz Kończysty

Jarząbczy Wierch zaskoczył mnie skałami. Nie jakimiś porównywalnymi z Tatrami Wysokimi, ale jednak trzeba było w paru miejscach użyć czterech kończyn. Na jednej z takich skałek nie było oznaczenia szlaku i omyłkowo zeszłam ze ścieżki. Znalazłam się na bardzo pochyłym zboczu, pode mną rozległa Dolina Jarząbcza, gdzieś na górze pewnie jest szlak, ale nie za bardzo wiem gdzie. I tak sobie stoimy ja i mój lęk przestrzeni. W jego towarzystwie nie jestem już takim kozakiem.

Gdzieś tutaj zaraz miałam zgubić szlak

Myślę: byłaś na Orlej Perci, weszłaś na Rysy, chyba Jarząbczy Wierch Cię nie pokona? 
Odpowiadam: Tak, ale tam nie byłam sama. Jak się tutaj zabiję, to nawet moich zwłok nikt nie zauważy.
(Tak, takie myślenie włącza się w górach).

Mam świadomość tego, jak śmiesznie to musi brzmieć w kontekście mojego górskiego doświadczenia i szlaku w Tatrach Zachodnich. Niestety kiedy do głosu dochodzi lęk, w głowie dzieją się różne rzeczy. Pamiętam, jak podczas mojego pierwszego wyjścia w Tatry Wysokie sparaliżował mnie strach na podejściu na Świnicę od strony Zawratu. Pierwszy raz w życiu miałam coś takiego, że nie mogłam się ruszyć. Bardzo dużo pracy nad sobą i swoją pewnością siebie kosztowało mnie przezwyciężanie tych słabości, ale jednak czasami one wracają.

Z patowej sytuacji wyrwał mnie głos słowackiego turysty, który poinformował mnie, że "cesta" jest na górze. Napisałabym, że wdrapałam się do niego po osypujących się kamieniach niczym Spiderman, ale obawiam się, że gracją przypominałam bardziej Spider-Pig. I trochę mi opadł entuzjazm do dalszej drogi.

Na szczyt dotarłam już bez większych przeszkód, ale na miękkich kolanach. Spojrzałam na panoramę Łopaty oraz Wołowca i uświadomiłam sobie, że choć myślałam, że Tatry znam na wylot, to nie znam ich wcale. Jedno słowo: ekspozycja. Nie miałam ochoty spotykać tej koleżanki na mojej drodze, ale musiałam wyjść jej naprzeciw.

Widoki z Jarząbczego: na Błyszcz, Bystrą i Jakubinę oraz w kierunki Łopaty, Wołowca i Rohaczy

Gdy się idzie od Jarząbczego Wierchu w kierunku Łopaty, wygląda to mniej więcej tak: z jednej strony przepaść, z drugiej stromy stok, a na krawędzi ścieżynka. Czasami zarośnięta kosodrzewiną, więc trzeba się przeciskać blisko urwiska. Wykroczyłam daleko poza moją strefę komfortu i choć cały czas szłam do przodu, to przytłaczał mnie ogrom przestrzeni i niemal kompletny brak ludzi wokół mnie. Ostatni raz się tak czułam zimą na Goryczkowej Czubie, która zresztą wtedy dała mi nieźle w kość.

Idąc na Łopatę: Jarząbczy Wierch i ścieżynka z widokiem na Dolinę Jarząbczą

Okolice Łopaty: Jarząbczy Wierch ze ścieżką na krawędzi oraz widoki na przyszłość: Wołowiec

Dotarłam w końcu na Dziurawą Przełęcz pod Wołowcem. Szczyt był mi dobrze znany z zimowego podejścia dwa lata wcześniej, ale wtedy zdobywałam go od łagodniejszej strony - z Rakonia. I nie byłam sama.

Usiadłam na skrawku trawy, spojrzałam na złowieszcze skałki, spojrzałam na ekspozycję i doszło do mnie, że się boję tam iść. Ja wiedziałam, że fizycznie dam radę, ale równocześnie miałam świadomość, że siada mi psychika i gdybym była tu z kimś, to nawet nie czułabym żadnego lęku. Towarzystwo pomaga odwrócić uwagę od strachu. Chciałam ciągle udowadniać sobie, że potrafię wszystko zrobić sama i owszem, udowodniłam to sobie - już dawno temu. Zrozumiałam, że takim myśleniem od pewnego czasu ciągle próbuję wyważać otwarte drzwi i tylko się robię od tego coraz bardziej zgorzkniała i samotna. 

Wracając do akcji właściwej - ruszyłam przed siebie, bo tak trzeba. Skałka, ekspozycja, mały wspin. Półeczka, ekspozycja, zdarte kolano. Brak oznaczeń szlaku, ekspozycja, wybawienie. Dogonił mnie chłopak spotkany już wcześniej na trasie. Razem od razu raźniej, bo co dwie pary oczu, to nie jedna i łatwiej było ogarnąć najlepszą drogę ku szczytowi. Plus lubię chodzić po górach z facetami, bo narzucają mi ambitne tempo pod górę.

Dwa zupełnie różne podejścia na Wołowiec: od strony Jarząbczego Wierchu oraz łatwe od strony Rakonia

Na szczyt Wołowca dotarliśmy razem w błyskawicznym tempie, choć szlak nie był przyjemny: jak skończyły się słabo oznakowane skałki, to zaczęło się równie ostre podejście w górę i osypujący się piarg. A na szczycie tłumy ludzi, którzy weszli od strony Rakonia. "To już koniec mej wędrówki. Jestem na katordze".

Widoki z Wołowca: w kierunku Jamnickiej Doliny oraz Rohaczy

Widok z Wołowca: w kierunku wschodnim oraz Wołowiec widziany z Rakonia

Na Wołowcu wstąpiły we mnie nowe siły. Postanowiłam wracać do schroniska jeszcze przez Rakoń i Grześ. Jak wyrypa, to na całego. Do schroniska dotarłam po ponad 10 godzinach wędrówki i padłam. Po takiej dawce tatrzańskich emocji nawet nie było mi przykro wyjeżdżać następnego dnia, choć pewnie wkrótce znów zacznę tęsknić.

Z Długiego Upłazu na panoramie widać niemal całą moją trasę. Widoki z Grzesia w kierunku Wołowca.

Góry kształtują charakter, pomagają walczyć ze słabościami, wzmacniają poczucie własnej wartości. Dostałam kolejną, bardzo cenną lekcję życia i znów nauczyłam się trochę pokory. Swego czasu cały internet śmiał się z człowieka, który uległ śmiertelnemu wypadkowi na Gubałówce. Ja to widzę inaczej - na trudnych szlakach człowiek jest skoncentrowany, a na takim Jarząbczym Wierchu albo Goryczkowej Czubie włącza się brawura i można sobie zrobić krzywdę. Na Gubałówce, jak widać, także.


Ten cholerny Wołowiec stał się alegorią mojego życia. Samotność jest przereklamowana.


---

Dla zainteresowanych moja wędrówka: część pierwsza i druga.

I już na sam koniec wisienka na torcie: najpiękniejsze nocne niebo jest w górach.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz