W Kamieńcu Ząbkowickim zwiedzić można architektoniczną perełkę - pałac Marianny Orańskiej. Ta ogromna rezydencja była zaledwie "domkiem letniskowym" niderlandzkiej księżnej i wiąże się z nią wiele ciekawych opowieści.
Marianna była córką króla Niderlandów Wilhelma I i w 1830 r. została wydana za mąż za swojego kuzyna Albrechta Hohenzollerna - brata późniejszego cesarza Wilhelma I. Zaaranżowane małżeństwo nie było jednak szczęśliwe - małżonków poróżniła różnica temperamentów, poza tym Marianna znacznie przewyższała inteligencją swojego męża. Ten w dodatku nie był jej wierny, a małżonka, nie pozostając mu dłużna, wdała się w romans z masztalerzem Johannesem van Rossumem.
Marianna Orańska w 1846 r. (akwarela, J. P. Koelman)
Sytuacja wymknęła się spod kontroli, gdy Marianna zaszła z kochankiem w ciążę i urodziła syna. Małżeństwo zakończyło się głośnym rozwodem w 1849 r., a król Fryderyk Wilhelm IV, zakazał księżnej pobytu na terytorium Prus dłuższego niż jeden dzień. Na Mariannę nałożono karę infamii i zabroniono wstępu głównym wejściem do pałacu w Kamieńcu.
Co zrobiła Marianna? Obeszła narzucone zakazy, aby postawić na swoim. W nieodległej wsi Bílá Voda, położonej po austriackiej stronie granicy, kupiła sobie nowy pałac, dojeżdżała z niego do Kamieńca rano i wracała wieczorem. Zakaz wstępu rozwiązała, wchodząc na teren posiadłości przez okno. A ze swoim ukochanym Johannesem van Rossumem żyła szczęśliwie przez 30 lat aż do jego śmierci w 1873, nic sobie nie robiąc z afery, którą rozpętała na pruskim dworze.
Marianna wchodzi oknem do pałacu - zdjęcie z http://zabkowice.express-miejski.pl
Pałac w Kamieńcu Ząbkowickim warto odwiedzić nie tylko ze względu na niezwykle ciekawą historię jego właścicielki. Ta przepiękna posiadłość jest żywym przykładem dewastacji, jakich dopuszczono się po II wojnie światowej. Po 1945 wyposażenie pałacu zostało wywiezione bądź zniszczone, a w lutym
1946 cały kompleks spłonął, podpalony przez żołnierzy radzieckich. Ocalałe marmury z pałacu wywieziono do Warszawy i użyto przy budowie Sali Kongresowej. W latach 90. w jego wnętrzach kręcono serial dla młodzieży, po którym pozostały na ścianach malunki nie mające nic wspólnego z historią pałacu.
Po wojnie nie było pomysłu na to, co zrobić z tak ogromnym obiektem. Pałac ulegał licznym dewastacjom i nie otrzymywał należytej opieki konserwatorskiej. Obecnie podczas zwiedzania na piętrze można zobaczyć "oryginalny" powojenny wystrój - ściany ogołocone do żywej cegły. Ogromny szacunek dla gminy Kamieniec Ząbkowicki, która po odzyskaniu pałacu z rąk prywatnych w 2012 rozpoczęła intensywne prace nad uporządkowaniem terenu i obecnie powoli przywraca go do lepszego stanu. Pałac prawdopodobnie już nigdy nie odzyska dawnego blasku, więc niech będzie chociaż świadectwem na to, jak traktowano poniemieckie dobra po wojnie.
To miał być wpis o Kamieńcu Ząbkowickim, ale rozpisałam się o tym, jak do Kamieńca jechaliśmy. Będzie zatem parę słów o tym, jak na Dolnym Śląsku ciężko jest znaleźć dobry camping. O podróżach, autochtonach i krętaczach oraz dziwnych przygodach po drodze.
Zdjęcie poglądowe - namiot woodstockowy, proszę o wyrozumiałość
Kilka dni sierpniowego urlopu spędziliśmy, jeżdżąc po Dolnym Śląsku z zamiarem odwiedzenia jak największej ilości ciekawych miejsc. Po dniu z zaporą w Pilchowicach i zamkami Czocha oraz Chojnik nocowaliśmy na campingu przy ul. Sudeckiej w Jeleniej Górze. Typowy standard europejski. Co prawda wcześniej, jak szukałam przez internet noclegu, to znalazłam camping w Cieplicach na Forgotten.pl (stronie z opisami opuszczonych miejsc), ale ten na Sudeckiej działał i prezentował przyzwoity poziom.
Drugiego dnia pojechaliśmy na wschód i nocleg wypadł nam w Górach Sowich. Tutaj zaczęły się schody - żadnego większego miasta w pobliżu, dlatego trzeba było szukać czegoś mniejszego w miejscach typu agroturystyka. Trochę się pokręciliśmy w kółko, ale w końcu udało się rozbić namiot w Centrum Rekreacji Harenda w okolicy Ludwikowic Kłodzkich. Trudno to nazwać campingiem czy polem namiotowym - pozwolono nam się rozłożyć koło basenu i altany z grillem, do prysznica chodziliśmy koło basenu, a do toalety koło boiska. Rozwiązanie mało wygodne, ale lepsze niż żadne. No i samotny nocleg nad basenem i w sąsiedztwie mini zoo z pewnością zapadnie nam w pamięci.
Na trzeci nocleg kierowaliśmy się ze Srebrnej Góry i chcieliśmy zatrzymać się w miejscu z dobrą bazą wypadową do Kamieńca Ząbkowickiego. Wyszliśmy z optymistycznego założenia, że coś po drodze na pewno będzie. W internecie nie znaleźliśmy żadnych namiarów, ale to nic nowego w przypadku lokalnych biznesów. Pytając się "lokalsów", dowiedzieliśmy się o jednym nieistniejącym campingu, ale jest inny, "za kościołem będzie cmentarz i tam w prawo". Nie była to może najlepsza rekomendacja, ale godzina coraz późniejsza, więc wyboru dużego nie było. Był za to cmentarz i wieś o nazwie Topola, a także polna droga przez pole.
Drogowskaz przy drodze radośnie obwieszczał, że camping "Słoneczko" (nie pamiętam nazwy, ale to ten klimat) zastaniemy za 50 metrów. Po przejechaniu jakichś 300 po wyboistej gruntowej drodze w środku pola dotarliśmy do miejsca docelowego. Zazwyczaj na polach namiotowych na wjeździe jest recepcja. Tutaj nic, po prostu wjechaliśmy na polanę z rozstawionymi domkami, namiotów brak. Ślady na trawniku wskazywały, że raczej mało kto tutaj przyjeżdża autem. Pierwszą rzeczą, która nas uderzyła, był kompletny brak ludzi. Niby suszy się pranie na sznurach, niby huśtawka jeszcze się porusza, ale w zasięgu wzroku ani żywej duszy. Normalnie jak w "Dzieciach kukurydzy". Na drugim końcu upiornego campingu, gdy już szukałam miejsca, żeby zawrócić auto, pojawił się pan autochton. "Oooo paaanie, ale wszystkie domki zajęte!" (Serio?). "Macie namiot? A to rozbijcie się gdzie chcecie, a przedłużacz wam przynieść? Tam od Mietka z domku numer 2 sobie pociągniecie prąd. Recepcja? Ja jestem recepcja. Paaanie, ja was nie oszukam, jutro mi zapłacicie. No tak ze 20 zł za nocleg! Może być?"
Dzieci Kukurydzy (1984)
No nie. Zwialiśmy stamtąd aż się na tej polnej drodze kurzyło. Mieliśmy jeszcze jeden cynk - ponoć coś jest w miejscowości Kozielno (camping "Złota Rybka"). Tym samym wjechaliśmy na teren województwa opolskiego. Co do Kozielna, to powiem tak - jakbyście kiedyś ukrywali się przed policją albo FBI, to polecam te okolice. Nigdy Was w takiej dziurze nie znajdą. Podobnie jak my nie znaleźliśmy noclegu. Jeden lokalny dziadek oferował nam co prawda możliwość rozbicia namiotu u niego na podwórku, ale już wizja sanitariatów w formie jeziora trochę nas zniechęciła. A camping, którego szukaliśmy, okazał się być agroturystyką, w której co prawda przyjmowali namioty, ale już nie przyjmują. Także ten.
Kozielno - zdjęcie z Google Maps
Jak wyjeżdżaliśmy ze Srebrnej Góry, to zastanawialiśmy się, czy nie szukać noclegu w Kłodzku. Postanowiliśmy jechać w kierunku Kamieńca Ząbkowickiego, żeby następnego dnia nie nadrabiać trasy. Możecie się domyślić, jak to się skończyło - z braku lepszej opcji musieliśmy wracać do Kłodzka. Mapa poglądowa:
Nie myślcie jednak, że droga była taka prosta. Pomijam to, jak bardzo już byłam zmęczona po całym dniu zwiedzania i jazdy, pomijam, że soczewki uwierały mnie w oczy, zapadał zmrok, a ja widziałam prawie że podwójnie. Jakieś 5 km przed Kłodzkiem trafiliśmy na zamkniętą drogę. Ot, remontują mostek, nie ma przejazdu i musisz nadrobić chyba z 15 km. I wtedy pojawia on - kolejny autochton. Zaintrygowany autem na egzotycznych sosnowieckich blachach pod swoim płotem postanowił zaangażować się w sytuację. "Paaanie, a bo tu most zamknięty, ale możesz Pan jechać tu w lewo przez pole Zenka, w lewo, prosto i tam Pan masz zjazd do trasy". Ten typ gościa, co gdy widzi, że kierowcą jest kobieta, to mówi do pasażera płci męskiej. Ale dobra, facet nam pomógł, jeszcze kot mu z domu wyleciał, pod auto mi wskoczył, myślałam, że skurczybyka rozjadę. Droga przez pole Zenka okazała się być działającym skrótem - no, co prawda wyboje gorsze niż na wykopkach ziemniaków, podjazd prawie pod kątem 90 stopni, ale dojechaliśmy. Zatrzymaliśmy się w Kłodzku - na normalnym campingu.
Masywny McKinley Flinders 3 zamieniłam na leciutki Marabut Poligon 2
Wniosek na przyszłe podróże - mimo że Dolny Śląsk jest rejonem atrakcyjnym turystycznie, to trzeba mieć na uwadze, że baza campingowo-namiotowa jest tu uboga i ogranicza się do większych miast. Bez problemu znajdziecie camping we Wrocławiu, ale w Górach Sowich już nie. Szukanie noclegu było w sumie ciekawą przygodą, ale następnym razem pojedziemy od razu do większego miasta. Chyba że znów zachce nam się nadkładać drogi oraz integrować z miejscowymi :-)
Weekend
przełomu września i października rozpieścił nas piękną pogodą. Postanowiłam wyskoczyć
na szybki spacer po górach i wszystko szło zgodnie z planem do momentu
dodarcia do Wałbrzycha...
Wycieczkę
rozpoczęliśmy w Boguszowie-Gorcach, idąc zielonym szlakiem na Chełmiec.
Jest to góra zaliczana do Korony Gór Polski, ale trzeba zaznaczyć, że
nie jest najwyższym szczytem Gór Wałbrzyskich. Dlaczego w takim razie
znajduje się w wykazie szczytów zaliczanych do korony?
Punkt
pomiarowy Chełmca znajdował się na wieży widokowej i dlatego udało mu
się "prześcignąć" Borową, która dziś oficjalnie uznawana jest za najwyższe
wzniesienie Gór Wałbrzyskich. Rzeczywista wysokość Chełmca, jak się po
latach okazało, liczy 851 metrów n.p.m., co daje Borowej (854 m n.p.m.)
aż trzy metry przewagi. Przez długi czas to jednak Chełmiec uznawany był
za wyższą górę, trafił do korony i tak już zostało.
Na
szczycie znajduje się wieża, która wprowadziła tak wiele zamieszania do
pomiarów. Została zbudowana już w 1888 roku i swoim kształtem
przypomina basztę. Obok znajduje się zbudowany po II wojnie światowej
budynek Radio-telewizyjnego Ośrodka Nadawczego. Obie konstrukcje są
zresztą dość mocno okablowane i "oantenowane" - na szczyt wieży wschodzi
się po stromych schodach oraz drabinie i całość nie przypomina typowej
wieży turystycznej. Jako ciekawostkę warto
także dodać, że na Chełmcu znajdowały się nadajniki zagłuszające Radio
Wolna Europa.
Ze
szczytu postanowiliśmy (a raczej ja postanowiłam - przepraszam :-))
zejść wyjątkowo stromym niebieskim szlakiem w kierunku Szczawna-Zdroju.
Ścieżka wiedzie ostro w dół przez piękny, zwłaszcza w tej jesiennej
aurze, las i następnie wiedzie kawałek przez miasto aż do Parku
Zdrojowego. Po drodze mijaliśmy ciekawy stary budynek z poniemieckimi
napisami, najprawdopodobniej jest to dawna gospoda Richarda Meyersa w Konradowie (Conradsthal).
Szczawno-Zdrój
już od średniowiecza słynie jako miejscowość uzdrowiskowa i o każdej
porze roku można tu spotkać kuracjuszy. Można stąd łatwo dojść do
Wałbrzycha niebieskim szlakiem przez niewysoką Górę Parkową. W pierwszej
połowie XIX wieku na jej szczycie wybudowano drewniany pawilon, wieżę
widokową, restaurację i muzeum, a nieopodal znajdowały się także
skocznia narciarska i strzelnica. W jednym z budynków znajdował się
nawet system camera obscura. Obiekty zostały mocno wyeksploatowane i znikały z powierzchni ziemi w okresie od lat 50. do końca lat 90. XX wieku. Obecnie
praktycznie nic po nich nie zostało, a archiwalne zdjęcia można zobaczyć
między innymi TUTAJ.
Z
Góry Parkowej zeszliśmy do stacji kolejowej Wałbrzych Miasto i tu się
miała zakończyć nasza wycieczka, ale wtedy byłoby zbyt łatwo. Dotarliśmy
na dworzec o 15:20 ze świadomością, że właśnie uciekł nam pociąg EIC do
Warszawy przez Wrocław, ale nic to, pojedziemy o 16:24 Kolejami
Dolnośląskimi. Ha ha ha, nie. EIC ma 85 minut opóźnienia, KD mają
33 minuty opóźnienia, a obsługa w kasie wygrała konkurs na najlepsze
odwzorowanie standardów PRL. Sytuacja kosztowo-kasowa skłoniła nas do
tego, aby poczekać te 1,5 godziny na pociąg z 16:24, który przyjedzie
koło 17:00 i pójść w tym czasie coś zjeść.
Niestety
nie udało się. W okolicy dworca znaleźliśmy tylko jeden zamknięty fast
food, ale za to kilka czynnych monopolowych. Ogólnie po krótkim spacerze
stwierdziliśmy, że jednak dworzec z niemiłą obsługą jest
najprzyjemniejszym miejscem w tej okolicy i głodni wróciliśmy oczekiwać
na nasz pociąg. Spóźniony EIC przejechał, czekamy na KD, które już w
momencie wyjazdu ze Szklarskiej Poręby miały kilkadziesiąt minut
opóźnienia. Znacie ten tekst "opóźnienie pociągu może ulec zmianie"? Nie
lekceważcie go. Skład, na który czekaliśmy przyjechał spóźniony nie 30, a
prawie 50 minut, a ścisk w środku sprawił, że pasażerowie wyglądali jak glonojady.
Zdjęcie: http://www.zoologiczny.expert/
Odpuściliśmy
sobie walkę o ostatnią przestrzeń do stania i poczekaliśmy kolejne 20
minut na następny skład, który miał jechać niecałą godzinę po tym z 16:24 i
miał tylko 15 minut opóźnienia. Oczywiście podczas jazdy wzrosło ono do
30, ale kto by się przejmował takimi szczegółami, kiedy można usiąść.
Łącznie w Wałbrzychu spędziliśmy prawie 2,5 godziny czekając na pociąg,
wycieczka na pół dnia przedłużyła nam się do wieczora, ale przecież
droga jest celem, prawda? Mimo wszystko polecamy zabieranie ze sobą
większej ilości kanapek, jeśli planujecie jechać pociągiem przez Wałbrzych ;-)
Charakterystycznym elementem krajobrazu Dolnego Śląska są zapory wodne, powstałe aby chronić okolice przed powodziami. Dziś wybierzemy się do trzech najciekawszych - do Pilchowic, Leśnej oraz do Zagórza Śląskiego.
W lipcu 1897 roku przez Dolny Śląsk przeszła katastrofalna w skutkach
fala powodziowa. Po tragedii zaczęto poważnie myśleć nad uregulowaniem
rzek, aby zapobiec podobnym zdarzeniom w przyszłości. Projektem
przeciwpowodziowego systemu chroniącym Dolny Śląsk zajął się prof. dr
Otto Intze z Aachen. Jego projekt zakładał budowę szeregu zapór i
zalewów na najbardziej newralgicznych rzekach regionu.
Na rzece Kwisie, w miejscowości Leśna, wznosi się najstarsza z opisywanych zapór. W latach 1901-1905 zbudowano wysoką na 45 metrów zaporę, a dwa lata później uruchomiono elektrownię wodną. Jest to najstarsza i zarazem pierwsza zawodowa elektrownia wodna w obecnej Polsce. Nad powstałym zbiornikiem retencyjnym góruje przepiękny zamek Czocha - jeden z najciekawszych na Dolnym Śląsku. Sam zalew jest sporą atrakcją turystyczną - można się po nim przepłynąć łodzią, wypożyczyć kajaki lub rowery wodne. W okolicy znajduje się kilka ośrodków wypoczynkowych i plaż.
Zapora w Pilchowicach jest drugą największą w Polsce - zaraz po Zaporze
Solińskiej. Powstała na rzece Bóbr i robi wrażenie swoim ogromem - ma aż
62 metry wysokości. Prace nad budowlą rozpoczęły się w 1902 roku, a
oficjalnie zaporę otwarto 16 listopada 1912 r. Na uroczystości pojawił
się sam cesarz Wilhelm II. U podnóża tamy powstała malowniczo położona
elektrownia wodna - śmiało można powiedzieć, że jeden z symboli Dolnego
Śląska.
Zaledwie metr niższa od Leśnej jest ostatnia z opisywanych konstrukcji - zapora w Zagórzu Śląskim u podnóża Gór Sowich. Po oddaniu w 1912 roku zapory w Pilchowicach przystąpiono do prac na Bystrzycy. Przy zbiorniku zaprojektowano również elektrownię, która zaopatrywała w prąd okoliczne miejscowości oraz Świdnicę. Ciekawostkę stanowi fakt, że załoga elektrowni zadbała o to, aby nawet podczas działań wojennych obiekt pracował nieprzerwanie. Zakończona w 1917 r. budowa zapory utworzyła zalew o powierzchni 51 hektarów.
Na Dolnym Śląsku znajduje się więcej zabezpieczeń przeciwpowodziowych z tamtego okresu - warto wspomnieć o zaporze na Łomnicy czy tej w Międzygórzu. Dla zainteresowanych przygotowałam mapę kilku takich obiektów. Jeśli coś pomięłam, to chętnie uzupełnię :-)
Mówisz "Srebrna Góra" i myślisz - twierdza. Nie da się ukryć, że potężna forteca na Przełęczy Srebrnej jest największą atrakcją, jaka sprowadza tutaj turystów. W okolicznych lasach kryją się jednak rzeczy równie niezwykłe...
Kolej Sowiogórska (fotopolska.eu)
Gdy w 1867 roku srebrnogórską twierdzę opuścili ostatni żołnierze, obiekt stał się poligonem doświadczalnym do prób artylerii i materiałów wybuchowych. Dopiero w drugiej połowie XIX wieku władze pruskie zdały sobie sprawę z walorów turystycznych twierdzy i nakazały zaprzestać niszczenia twierdzy, czyniąc zeń atrakcję dla przyjezdnych.
Pomóc w tym miała Kolej Sowiogórska o długości 62 km prowadząca z Dzierżoniowa przez Pieszyce, Bielawę, Srebrną Górę, Przełęcz Srebrną, Wolibórz, Słupiec do Ścinawki Średniej. Na trudnym, górskim odcinku ze Srebrnej Góry do Woliborza zamontowano dodatkową szynę zębatą, która miała ułatwić składom pokonywanie szczególnie stromych odcinków. Do dziś odcinek ten określa się często mianem Sowiogórskiej Kolei Zębatej.
Do I wojny światowej kolej cieszyła się dużym zainteresowaniem i choć średnia prędkość na odcinku "zębatym" wynosiła zaledwie 9,6 km/h, to przepiękne górskie widoki były niezaprzeczalnym atutem kolei. I wojna światowa i następujący po niej kryzys ekonomiczny mocno ograniczyły ruch turystyczny, a transport węgla, do którego również wykorzystywano Kolej Sowiogórską, okazał się być bardziej opłacalny liniami wokół Gór Sowich. 11 maja 1932 roku zamknięto kolej, a latach 1933-1934 rozebrano tory między Woliborzem a Srebrną Górą. Tak zakończyła się historia jedynej kolei zębatej na terenie dzisiejszej Polski.
Wiadukt srebrnogórski
W okolicy Srebrnej Góry zostały po niej dwa ceglane wiadukty z 1901 r. - srebrnogórski (wys. 28 m) i żdanowski (23,8 m). Oba znajdują się na trasie zielonego szlaku turystycznego i można do nich dotrzeć podczas krótkiego spaceru lub podjechać autem do Srebrnej Góry oraz miejscowości Żdanów, a następnie kawałek podejść do obu obiektów.
Wiadukt żdanowski
Wiadukt srebrnogórski pozostawiony został naturalnym procesom niszczenia, natomiast żdanowski doczekał się rewitalizacji w 2014 roku - utworzono na nim punkt widokowy, zamontowano barierki i ławki, a także utworzono ściankę wspinaczkową. Choć większość osób odwiedzających Twierdzę w Srebrnej Górze nie interesuje się historią niezwykłej kolei zębatej, polecam zatrzymać się tam nieco dłużej i poszukać obu wiaduktów.