sobota, 22 kwietnia 2017

Białe Święta na 5!

Dla większości ludzi Wielkanoc oznacza święcenie koszyczka, wielkie porządki i obżarstwo. Dla mnie jest to znak, że trzeba jechać w góry! Tym razem padło na Tatry, za którymi zdążyłam się już od września mocno stęsknić.

Dziś, tydzień po wyjeździe, patrzę na kamery internetowe i oczom nie wierzę. Mamy koniec kwietnia, czwarty stopień zagrożenia lawinowego w Tatrach i cały czas sypie śnieg. Szlaki niedrożne, schroniska odcięte od świata i dwa metry świeżego śniegu. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz w Tatrach była tak poważna sytuacja i tym bardziej cieszę się, że udało mi się w Święta dotrzeć do Doliny Pięciu Stawów Polskich.


A miałam "pod górkę". W piątek obudziłam się z bólem gardła, który oznaczał jedno - choruję średnio raz na rok. To był właśnie ten "raz". Mnie nie tak łatwo zniechęcić - naszprycowałam się lekami i niezrażona w sobotę pojechałam zgodnie z planem. Zdradzę Państwu pewną ciekawostkę - zatkane zatoki dają redukują wydolność organizmu o jakieś 50%. Serio.


Połowa dobrej kondycji to wciąż nie tak źle. Plecak trochę mnie wgniatał w podłoże, z nosa się lało, ale dreptałam żwawo Doliną Roztoki. Im wyżej, tym pojawiało się więcej śniegu - znak, że w Tatrach jeszcze pełnia zimy. W końcu doszłam do miejsca, w którym zawsze mi się odechciewa. Czarny szlak do "Piątki". Nigdy nie zapomnę mojego pierwszego podejścia sześć lat temu. Wyzywałam na czym świat stoi i zażegnywałam się, że więcej tędy nie pójdę, a tak w ogóle, to nawet w góry więcej nie jadę. Tak właśnie!


Gdybym wtedy widziała siebie z cieknącym nosem zakładającą raki, to pewnie bym się popukała w czoło. To podejście potrafi dać w kość - zimowy wariant trasy nie biegnie zakosami, tylko trzeba iść po prostu ostro w górę po stoku o dość sporym nachyleniu. I nie, żadne zdjęcia nie oddają tego efektu, kiedy wychodzi się z doliny ostro w górę, mając dookoła siebie ośnieżone, przytłaczające swym ogromem góry.


"Piątka" - jedno z najpiękniejszych miejsc w Tatrach. Dobry punkt wyjściowy na Szpiglasową Przełęcz, Świnicę i oczywiście Orlą Perć. Schronisko, które latem pęka w szwach (widzieliście kiedyś ludzi śpiących na schodach w poprzek?), w Wielkanoc staje się niezwykle kameralne. Tego dnia pogoda była całkiem niezła, ale przeszłam się tylko na mały spacer po dolinie, bo robiło się już późno.




Drugiego dnia chciałam iść na Kozi Wierch, ale choróbsko przekonało mnie, aby wybrać łatwiejszą opcję - Zawrat. Niestety i z tego planu musiałam zrezygnować. Rano zastała mnie śnieżyca, widoczność była mocno ograniczona i wyjście w góry nie byłoby ani przyjemne, ani bezpieczne.



Po krótkim szwędactwie w tej nieprzyjemnej aurze zdecydowałam się zejść na dół. O ile podejście poprzedniego dnia było całkiem znośne, tak zejście przy cały czas padającym śniegu okazało się być ciekawym doświadczeniem. Każdy krok oznaczał zsuwanie się ze świeżym puchem i trzeba było mocno przebijać się rakami do zmarzniętego śniegu albo po prostu zjeżdżać, spychając śnieg na dół. Już wiem, po czym miałam następnego dnia tak koszmarne zakwasy.


Dolina Roztoki była zupełnie innym miejscem niż poprzedniego dnia. Biały puch zrobił swoje, a po południu śnieżyca doszła także do Zakopanego. Chcieliście białych Świąt? To macie...

Te zdjęcia dzielą dwie godziny

Pozostał mi mały niedosyt po tym wyjeździe, ale jak na mój stan zdrowia, to i tak cieszę się, że udało mi się wyrwać w Tatry. Można powiedzieć, że miałam szczęście w nieszczęściu - od wtorku zaczęło sypać tak mocno, że nie przestało do dziś. Czyżby szykowała się lawinowa piątka? Czas pokaże.

poniedziałek, 6 marca 2017

Radioaktywne skałki - Rudawy Janowickie

W zeszłą sobotę pogoda nas rozpieszczała - w powietrzu wreszcie można było poczuć wiosnę, a coraz dłuższy dzień zachęcił mnie do zaplanowania kolejnego wyjazdu w góry. Tym razem za cel obrałam Rudawy Janowickie - niewielki masyw w Sudetach Zachodnich. Najbardziej znana jest zachodnia część Rudaw - tzw. Góry Sokole - będące popularnym ośrodkiem dla wspinaczki skałkowej.


Trasa, którą zrobiliśmy, była taka trochę na opak. Zamiast rozpocząć poznawanie Rudaw Janowickich od jej "bestsellerów" - Kolorowych Jeziorek, Schroniska Szwajcarka czy punktu widokowego na Sokoliku Dużym, my wyruszyliśmy z Kowar zielonym szlakiem w stronę Skalnika. Powód tej decyzji był prosty - Skalnik (944 m n.p.m.) jest najwyższym szczytem w masywie. Jak wielokrotnie już wspominałam, wychodzę z założenia, że Korona Gór Polski sama się nie zdobędzie.


Do Skalnika dotarliśmy trochę błądząc po drodze. Gdzieś nam umknęło odgałęzienie zielonego szlaku i w efekcie dotarliśmy drogą na Przełęcz pod Bobrzakiem. Na szczęście szybko udało się zorientować w sytuacji i czerwonym szlakiem (mocno oblodzonym o tej porze roku) dotarliśmy do Ostrej Małej - punktu widokowego z cudownym widokiem na Karkonosze. Sam Skalnik się trawersuje i nie ma możliwości oglądania z niego panoramy.



Kolejnym charakterystycznym punktem był Wołek, do którego dociera się przyjemnym niebieskim szlakiem przez Przełęcz Rudawską. Na jego szczycie znajduje się krzyż dziękczynny dedykowany Janowi Pawłowi II. Stąd jest już tylko parę kroków do Polany Mniszkowskiej, w rejonie której zaczyna się większe zagęszczenie charakterystycznych skał granitowych (tzw. skalne miasteczka). Żółtym, a następnie niebieskim szlakiem skierowaliśmy się w stronę Lwiej Góry.



Po drodze mijaliśmy liczne formacje skalne, które z nawiązką zrekompensowały nam monotonię wcześniejszej wędrówki przez las. Największe wrażenie robi Skalny Most - ponad dwudziestometrowa skała, której dwie części łączy na samym szczycie naturalny kamienny pomost. Ciekawostką jest, że Skalny Most cechuje się zwiększonym promieniowaniem radioaktywnym.


Po niewielkim podejściu przez błoto po kostki (ach, wiosna w górach!) docieramy w końcu do Lwiej Góry. Okazuje się, że nie jest to królestwo Simby, a kolejna ciekawa formacja skalna z naturalną rzeźbą przypominającą swym kształtem króla dżungli (choć pojawiły się też głosy, że wygląda bardziej jak niedźwiedź). Mając na uwadze późną porę, zdecydowaliśmy się w tym punkcie zawrócić i udać się w kierunku Janowic Wielkich, aby zdążyć przed zmrokiem dojść na dworzec. Na pewno warto byłoby tam jeszcze kiedyś wrócić i mając więcej czasu poświęcić tej okolicy więcej uwagi.



Nie był to jednak koniec atrakcji tego dnia, po drodze przeszliśmy bowiem jeszcze przez imponujący zamek Bolczów z XIV wielu. Te malownicze ruiny budzą zachwyt dzięki niezwykłemu "wbudowaniu" w istniejące tu skały. Momentami trudno odróżnić, co jest częścią naturalnego ukształtowania terenu, a co dziełem człowieka. W połowie XVII wieku zamek spłonął i od tego czasu pozostaje w ruinie, ale w 1848 roku na starych fundamentach zbudowano tu gospodę, która jeszcze po wojnie pełniła funkcję schroniska. Nie przetrwało ono jednak do współczesnych czasów.



Z zamku skierowaliśmy się już prosto do Janowic Wielkich na pociąg powrotny do Wrocławia. Niedaleko znajduje się, znana z fantastycznej książki Filipa Springera Miedzianka - miejscowość, która w tajemniczych okolicznościach dosłownie zniknęła z powierzchni ziemi. Zainteresowanym polecam ten artykuł.

piątek, 3 marca 2017

Pójdźmy wszyscy do stajenki - pałac w Chwalimierzu

Ostatnio przeglądając swoje zdjęcia, przypomniałam sobie wypad rowerowy w okolice Środy Śląskiej, o którym wcześniej nie pisałam. A nie pisałam, bo najzwyczajniej w świecie było mi głupio. Wybrałam się na poszukiwania ruin pałacu w Chwalimierzu, dałam się zwieść pozorom i zbyt szybko osiadłam na laurach.

To była piękna, słoneczna niedziela na początku sierpnia. Nieśpiesznie zebrałam się na rower i spontanicznie postanowiłam, że pojadę zobaczyć jakieś ciekawe miejsce. Odpaliłam na Google moją mapę miejsc, które chcę zobaczyć i padło na Środę Śląską oraz pobliski Chwalimierz.

Jeśli chodzi o rower, to raczej nie jestem długodystansowcem - nie ten sprzęt i kondycja nie ta. Wtarabaniłam się z jednośladem do pociągu i wysiadłam w Środzie Śląskiej, a raczej na jej obrzeżach - dworzec i centrum miasteczka dzielą bowiem trzy kilometry. Moim głównym celem było dotarcie do Chwalimierza - pobliskiej wsi, w której znajdują się ruiny neorenesansowego pałacu.

Rower gotowy do jazdy i mury obronne w Środzie Śląskiej

Rezydencja powstała w latach 1884-85 według projektu Karla Schmidta - znanego architekta, którego dziełem jest między innymi wrocławskie ZOO oraz Wzgórze Partyzantów. Pałac miał być dla jego właściciela - Georga von Kramsta - pokazem przepychu i bogactwa; von Kramstowie byli w XIX wieku jedną z najzamożniejszych rodzin fabrykanckich na Śląsku. Oprócz okazałej rezydencji w pobliżu zbudowano też między innymi folwark, stajnie, park oraz mauzoleum. 

Tych informacji jednak nie znałam, gdy w upalną niedzielę pedałowałam do Chwalimierza. Do wsi dotarłam bez problemu i niemal od razu trafiłam na przepiękną, choć zrujnowaną, bramę wiodącą do posiadłości. Kilkaset metrów dalej trafiłam na mój "pałac" - niechybnie zamieniony w jakąś żałosną stajnię czy inną graciarnię. Załamałam ręce, łzy napłynęły do oczu - bo jak to tak można piękną rezydencję sprofanować? Nikon poszedł w ruch, zrobiłam całą sesję dokumentującą skandaliczny stan "pałacu" i na pożegnanie pamiątkowy selfik; wsiadłam na rower i zawinęłam się z powrotem do Środy Śląskiej.



Sęk w tym, że tak naprawdę dokładnie udokumentowałam jeden z mniej znaczącym budynków, a sam pałac znajdował się dosłownie parę kroków dalej wśród drzew. O tym niestety dowiedziałam się już w domu, kiedy postanowiłam poczytać o historii tego miejsca.

Tak właśnie się kończą moje spontaniczne wypady. Jak widać warto czasami porządniej odrobić "lekcje" i przygotować się należycie przed wyjazdem. Przynajmniej będę miała pretekst, aby do Chwalimierza wrócić, a zainteresowanych  prawdziwym pałacem zapraszam na stronę dolny-slask.org.pl.

P.S. Na terenie mojego niedoszłego pałacu spotkać można takie sympatyczne stworzenia: