niedziela, 17 stycznia 2021

Szus na Soszów - zimowy spacer przez Przełęcz Beskidek

Zima w górach. Śnieg skrzypiący pod butami, lekki mróz, błękitne niebo. Czy można wyobrazić sobie lepsze warunki? Taką idealną pogodę mieliśmy podczas grudniowego wypadu na Soszów Wielki w Beskidzie Śląskim. Trochę miałam obaw, jak będzie wyglądało zimowe chodzenie po górach z rocznym dzieckiem, ale okazało się to... dziecinnie proste! :-)

Ależ mnie ciągnęło w góry! W poprzednim sezonie zimowym niestety nie udało nam się wyskoczyć na żaden trekking i tym bardziej zacierałam ręce na kolejną okazję. Idealnym momentem okazał się koniec roku 2020 - pogoda zapowiadała się piękna, warunki śniegowe bez zarzutu, nic tylko się zbierać. Jakoś tak padło na Wisłę, bo już dawno nas tam nie było.

Upatrzyłam nam na ten dzień łatwą pętlę z Wisły - Jawornika przez Przełęcz Beskidek na Soszów Wielki. Zostawiliśmy auto na parkingu kawałek za sklepem Odido. Za postój zapłaciliśmy 10 zł/dzień, ale na upartego udałoby się pewnie znaleźć też parking bezpłatny. Nam jednak przypasowało to miejsce, bo dzięki temu mogliśmy zrobić dokładnie taką trasę, jak założyłam. Ubraliśmy się ciepło, wpakowałam młodą w nosiło i idziemy pod górę!

Na rozwidleniu szlaków skierowaliśmy się w prawo - na ścieżkę oznaczoną zielonym kolorem. Pnie się ona jednostajnie pod górę, najpierw wśród zabudowań, później - lasem. Po krótkiej chwili wędrówki docieramy na polanę z prześlicznym widokiem na okolicę. To obowiązkowy punkt na chwilę odpoczynku i zrobienie kilku zdjęć.

Przełęcz Beskidek pojawia się szybciej, niż się spodziewałam. Podejście nie było wcale trudne i ani się obejrzeliśmy, a znaleźliśmy się na grani i szlaku czerwonym. Pomiędzy drzewami można dostrzec Wielką Czantorię oraz schronisko po czeskiej stronie. Wielokrotnie szłam tym szlakiem, ale chyba jeszcze nigdy nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Może to urok zimy, może radość z pokonywania górskich szlaków z córką? Po chwili wchodzimy w las, który zima malowniczo oprószyła śniegiem. Jest pięknie.


Większe zagęszczenie ludzi pojawia się dopiero w okolicy schroniska pod Soszowem oraz stacji narciarskiej. Był to ostatni weekend na szusowanie przez zamknięciem wyciągów, więc narciarzy było sporo. To kolejny punkt widokowy na trasie, z którego zachwyca wspaniała panorama w kierunku wschodnim. Postanowiliśmy ominąć schronisko i wejść na szczyt.

Soszów Wielki mierzy 886 m n.p.m. i jest jednym ze szczytów w paśmie Czantorii. Ze schroniska czekało nas jeszcze około 15-minutowe, konkretne podejście. Przewyższenie na odcinku 500 metrów wynosi tu niemal 90 metrów :-) Warto jest podjąć ten wysiłek, bo na szczycie czekają na nas prześliczne widoki! Można zobaczyć Czantorię, Skrzyczne, a przy dobrej widoczności nawet wysokie, skaliste szczyty... czyżby Mała Fatra? 


Następnie wracamy do schroniska na krótką przerwę. Niestety sprzedaż posiłków możliwa jest tylko na wynos, ale jest rozpalone ognisko i są dostępne stoliki na zewnątrz. Najwyższa pora na wyciągnięcie Natalii z nosidła i mój biedny kręgosłup może w końcu odpocząć. Młoda z zaciekawieniem obserwuje otoczenie i chyba będzie z niej mały górołaz. Po odpoczynku skierowaliśmy się na szlak niebieski.

Powoli robiło się późno (jak na warunki zimowe), więc trzeba było się żwawo zbierać. Niestety szlak był mocno oblodzony i wyślizgany przez sanki. Na szczęście miałam w plecaku raczki, więc zeszłyśmy z młodą bezpiecznie. Mąż się musiał bardziej namęczyć bez kolców. Na szczęście udało nam się przed zmrokiem dotrzeć do samochodu, po drodze, oczywiście, zatrzymując się kilka razy na podziwianie wspaniałych panoram. 


Soszów zimą kupił mnie totalnie i pomógł naładować baterie. Trasa na około 10 km okazała się w sam raz na krótki dzień i nieletnią w ekipie. Mam nadzieję, że uda nam się częściej wybierać w te okolice, a ja na nowo odkryję nieco już przeze mnie zapomniany Beskid Śląski, który przecież parę lat temu zdeptałam wzdłuż i wszerz. 


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza