sobota, 23 listopada 2019

Góry w wersji mini - jak zabrałam miesięczną córkę do Doliny Wapienicy

Będzie o górach, ale bez zdobywania szczytów, bez ostrych podejść i dziesiątek kilometrów. Będzie o tym, jak zaczynam chodzenie po górach od początku, jak po Koronie Gór Polski i Orlej Perci odnajduję radość w siedmiokilometrowym spacerze po dolinie. Będzie w końcu o tym, że bycie rodzicem nie oznacza końca podróżowania, choć zdecydowanie nie są to już te same wyjazdy.


W górach zawsze ładuję baterie słoneczne (nawet jak słońca nie ma), nabieram sił i uciekam od zmartwień. W ciąży śmigałam po górach tak długo, jak mogłam, oczywiście wybierając krótsze trasy dostosowane do mojego coraz większego gabarytu. Końcem września weszłam w nową, prawdopodobnie najtrudniejszą w swoim życiu rolę - zostałam mamą. Nie ma słów na opisanie, jaką rewolucją w życiu jest pojawienie się małego człowieka. Niby wszyscy wiedzą, że to oznacza ogromne zmiany, ale chyba nikt nie jest na to tak do końca gotowy. Naczytałam się o baby bluesach, ale dopiero, gdy sama przez to przechodziłam, to zrozumiałam, jak jest ciężko. Mała miała równy miesiąc, kiedy stwierdziłam, że muszę też zrobić coś dla siebie... i pojechałyśmy w góry.


Góry to może dużo powiedziane. Po Koronie Gór Polski, po zdeptaniu wzdłuż, wszerz Sudetów, Tatr, Beskidów i Bieszczad, uświadomiłam sobie, że ja w zasadzie nie znam łatwych tras. Ograniczeń miałam sporo: musiałam być w stanie przejechać trasę wózkiem, musiało być blisko Katowic, a w końcu - musiało być łatwo. Naprawdę łatwo, bo miesięczne dziecko to taka tykająca bomba - nigdy nie wiesz, jak zniesie podróż i wycieczkę. A ja niestety też przez parę miesięcy nie mogę sobie pozwolić na ciężki wysiłek fizyczny. Trochę lipa, prawda?

I wtedy weszła Dolina Wapienicy cała na biało. Przejrzałam mapy, zasięgnęłam opinii w internecie i wyszło na to, że trzeba skierować swoje kroki (a raczej cztery koła) do Bielska-Białej. Ten spacer okazał się być strzałem w dziesiątkę. Cała trasa pokryta jest asfaltem, początek jest niemal całkiem płaski i dopiero przed zaporą trzeba podejść i podjechać trochę pod górę. Dojazd autem (pomijając liczne zwężenia) bardzo dogodny, a na początku szlaku znajduje się spory parking. Przy samej zaporze można odpocząć w schronisku Krzywa Chata (mają nawet przewijak w łazience!). Nie ma co, trasa bardzo przyjazna rodzicom z dziećmi!

Szlak przyjazny wózkom | Schronisko Krzywa Chata

Z samej zapory niestety nie będzie dane nam podziwiać zbyt wielu widoków, ponieważ wstęp na nią nie jest możliwy. Czasami tylko organizowane są specjalne wydarzenia, jak to z 19 października. Zapora im. Ignacego Mościckiego w momencie powstania - w 1932 r. - była jednym z najnowocześniejszych tego typu obiektów w Europie. Zbiornik powstały przez spiętrzenie wody nosi sympatyczną nazwę jezioro Wielka Łąka. Długość tamy wynosi aż 309 metrów, a jej wysokość - 23. Można stąd kontynuować wędrówkę żółtym szlakiem na Czantorię (pod górę po kamieniach), albo w wersji lajtowo - wózkowej - przejść się kawałek dalej asfaltem.

Zapora w Dolinie Wapienicy

Nieoznakowana droga biegnie dalej, aż w końcu wchodzi w las, ale wcześniej mija się ciekawy budynek. Dziś pełni on funkcję leśniczówki, ale w XIX wieku był to dom myśliwski Sułkowskich. Jeśli będziecie kiedyś zwiedzać Bielsko-Białą, to wielokrotnie natkniecie się na wzmianki o tej rodzinie. Sułkowscy to polski ród szlachecki, który zyskał na znaczeniu za sprawą Aleksandra Józefa Sułkowskiego będącego nieślubnym synem króla polskiego Augusta II Mocnego. Piastował on wiele znaczących stanowisk za czasów panowania kolejnego króla - Augusta III. Od połowy XVIII wieku prawo używania tytułu książęcego posiadali wszyscy członkowie rodu Sułkowskich. Nazywa się ich książętami bielskimi.

Dawny dom myśliwski Sułkowskich

Moje dziecko zniosło wycieczkę bardzo dobrze - praktycznie cały czas spało. Przy schronisku dostała jeść i "oddała naturze, co jej się należy" i póki co - odpukać - wygląda na to, że mam małą podróżniczkę. Zebranie się rano niestety nie jest łatwe, trzeba ogarnąć nie tylko siebie, ale też ją. A dziecko, jak to dziecko - jak już masz wychodzić, to ono nagle zabrudzi pieluchę i trzeba się ubierać od nowa. Albo zgłodnieje. Albo zamarudzi. Ciężko się zebrać z samego rana, ale ogólnie zebrać się da, tylko wymaga to dużo większego wysiłku niż wcześniej. Na kolejne wycieczki już jeździmy nie z wózkiem, a z chustą, bo daje ona dużo więcej swobody.

Każdy ma swój Mount Everest - cóż, mój zdecydowanie się zmniejszył gabarytowo, ale zwiększył jako wyzwanie logistyczne. Ten krótki, mało ambitny spacer beskidzką doliną sprawił mi jednak dużo radości i dał nadzieję na to, że dziecko to nie koniec realizowania swoich pasji. Ona jest jeszcze za mała, by cokolwiek z tego pamiętać, ale podobno czym skorupka za młodu nasiąknie... Mam nadzieję, że przed nami jeszcze wiele wspaniałych szlaków i dróg :-)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz