środa, 10 maja 2017

Miedzianka - miasto, które zniknęło

Sobotni wieczór jest świetną okazją, aby wyjść ze znajomymi do pubu albo zrobić sobie spokojny wieczór filmowy w domu. Co więc sprawiło, że w miniony weekend postanowiłam jechać do zapomnianej przez Boga wioski pod Jelenią Górą, aby chodzić w nocy po krzakach przy świetle latarki? Jedno słowo - Miedzianka. 

Kiedy kilka lat temu światło dzienne ujrzała książka Filipa Springera "Miedzianka. Historia znikania" w tej malutkiej wiosce ziemia zadrżała prawdopodobnie mocniej niż wtedy, gdy wyburzano tu całe kwartały ulic. Nagle do tej nikomu nieznanej mieściny zaczęły przybywać grupy pasjonatów historii i fotografów pragnących zobaczyć na własne oczy miasto, które w tajemniczych okolicznościach zapadło się pod ziemię.

Dawna Miedzianka (zdjęcia archiwalne z fotopolska.eu)

O niemieckim Kupferbergu nikt zapewne dziś by nie mówił, gdyby po wojnie nie zainteresowali się nim Rosjanie. A zainteresowali się mocno, bo wywęszyli złoża uranu, który w wielkiej tajemnicy wydobywali tutaj w latach 1945-54, powoli zatruwając niczego nieświadomych pracowników kopalni. Przez 9 lat wydobyto w Miedziance ponad 600 ton uranu, który trafiał w całości do Związku Radzieckiego. Wszystko odbywało się w ścisłej tajemnicy, a mieszkańcy Miedzianki szybko zauważyli, że ich bardziej dociekliwi sąsiedzi potrafili zniknąć z dnia na dzień. Woleli więc siedzieć cicho.

Dwór w Miedziance i jedyna pozostałość po nim - brama (zdjęcie archiwalne z fotopolska.eu)

Rabunkowy sposób wydobycia uranu doprowadził do powolnej śmierci nie tylko mieszkańców Miedzianki, ale też stał się gwoździem do trumny ponad 450-letniego miasta. W wyniku szkód górniczych budynki zaczęły się zapadać, a co nie zwaliło się samo, to wykończyła władza ludowa, zakazując remontu istniejących zabudowań. W 1967 roku wysadzono w powietrze kościół ewangelicki, a w 1972 roku mieszkańców miasta wysiedlono do Jeleniej Góry do "wielkiej płyty". Większość pozostałych budynków wyburzono.

Dom właściciela browaru oraz kościół katolicki

Mimo usilnych starań rodziny Spiżów (tak, tych od popularnych dziś browarów restauracyjnych), aby kontynuować wieloletnie tradycje warzenia "złota z Miedzianki", wyburzono także działający tu przez długi czas browar. Można śmiało powiedzieć, że miasto dosłownie zniknęło z powierzchni ziemi. 

Dzisiejsza Miedzianka powoli odradza się dzięki działającemu tutaj od dwóch lat nowemu browarowi. Nowoczesny budynek z przeszkleniami i tarasem na pierwszy rzut oka pasuje tu jak pięść do nosa, ale wystarczy trochę zanurzyć się w historię, aby zrozumieć, jak brawurową decyzję podjął wrocławski przedsiębiorca, Jarosław Kądziela, decydując się na taką inwestycję w tym miejscu.

Dwa browary: nowy i stary

Pięć minut spacerem od browaru wciąż stoi budynek dawnej gospody "Schwarzer Adler", a wprawne oko zauważy ślady niemieckiego napisu na elewacji. Czasów współczesnych nie doczekały niestety dwór, papiernia ani zakład kamieniarski, a dawny rynek to dziś łąka porośnięta trawą, wśród której wciąż znaleźć można pojedyncze cegły, a nawet całe sklepienia danych piwnic.


Dawna gospoda "Schwarzer Adler" (zdjęcie archiwalne z fotopolska.eu)

Odważnie do tematu Miedzianki podszedł Teatr Korkontoi, grupa pasjonatów historii i miłośników gór. Stworzyli oni bowiem w zgliszczach miasteczka wspaniały spektakl, na który jednak nie pójdziemy w szpilkach i wieczorowych strojach. Na to przedstawienie zabieramy buty trekkingowe i latarki, gdyż aktorzy zabierają nas na nocny spacer po krzakach, hałdach i ruinach, odgrywając historię miejsc, których już nie ma. Przez półtorej godziny możemy jednak przenieść się w czasie i poczuć ducha dawnej Miedzianki - takiej, jaką pokazał w swojej książce Springer.



Odpowiadając na pytanie, czy warto było poświęcić sobotni wieczór, aby pojechać prawie 100 km na nocne eksplorowanie nieistniejącego miasta, mogę powiedzieć tylko jedno - nie mogłam tego weekendu spędzić lepiej. Serdecznie polecam lekturę "Miedzianki", a jak już złapiecie bakcyla - koniecznie pojedźcie na nocny spektakl. Wrażenia niezapomniane. 

1 komentarz:

  1. Warto było zrobić także 300 km, z Łodzi :) Fantastyczny wieczór.

    OdpowiedzUsuń