czwartek, 1 stycznia 2026

Inwersja nad Klimczokiem. Góry ponad chmurami

Robię sobie ostatnio takie małe wypady w góry: a to Klimczok, a to Chatka na Rogaczu, a to Szyndzielnia (trzeci raz w tym miesiącu). Bardziej jako sposób na rozruszanie niż poznanie czegoś nowego i nawet nie biorę ze sobą aparatu (bo czy będąc gdzieś kilkanaście razy, można jeszcze coś nowego poznać?). W Święta wyskoczyłam w Beskid Śląski i mimo że pogoda na dole nie zapowiadała nic ciekawego, to coś mnie tknęło i wzięłam lustrzankę. Oj, żałowałabym, gdybym tego nie zrobiła…


Nic, po prostu nic nie zapowiadało wyjątkowości tego dnia. Zebrałam się wyjątkowo późno i bez większego przekonania ruszyłam w stronę Bielska-Białej, a następnie Bystrej Śląskiej. Byłam tam jakieś dwa albo trzy tygodnie wcześniej – zaliczyłam szybką pętlę przez Klimczok i Szyndzielnię, ale ze względu na szybki dojazd wybrałam to miejsce ponownie. Dodam w tym miejscu, że niedawno oddano do użytku nowy odcinek drogi S1 między Oświęcimiem a Bielskiem, dzięki czemu pojawiła się alternatywa dojazdu dla wiecznie zakorkowanej trasy przez Pszczynę.


Zaczęłam trasę od wejścia na Kozią Górę, ale nie zatrzymałam się na dłużej w Stefance. Ze szczytu oceniłam warunki na dalszej części trasy – mgła i słaba widoczność. Nie zniechęciło mnie to, bo moim priorytetem tego dnia było rozruszanie się, a nie widoki. Ruszyłam dalej w kierunku Przełęczy Kołowrót i szczytu o tej samej nazwie. O ile przy Koziej Górze jeszcze można było spotkać jakichś spacerowiczów, tak ten odcinek szłam już całkiem sama. Podejście było odczuwalne i trochę dało mi popalić ;-)



Na przełęczy, zamiast podchodzić dalej na Szyndzielnię, odbiłam na zielony szlak. Powód? Chyba jeszcze nigdy nim nie szłam. Niczego nie straciłam, bo jest to zwykły trawers stromego i całkowicie zalesionego zbocza Szyndzielni. Mogłam jedynie narzucić sobie szybkie tempo i podziwiać otaczającą mnie przyrodę, w tym flisz karpacki – występujące w Beskidach warstwy skał osadowych morskiego pochodzenia, które w wielu miejscach odsłaniają swoją mozaikę.



Gdy dotarłam na Siodło pod Klimczokiem, wiedziałam, że nie wrócę za dnia. Momentalnie zrozumiałam, że to, co wcześniej wzięłam za gęstą mgłę, było w rzeczywistości bajeczną inwersją chmur. Inwersja jest zjawiskiem, które charakteryzuje się tym, że cieplejsza, lżejsza masa powietrza znajduje się nad chłodniejszą, cięższą masą powietrza, tworząc stabilną warstwę zatrzymującą wilgoć. W rezultacie w dolinach tworzy się gęsta mgła lub „morze chmur”, podczas gdy szczyty gór wynurzają się ponad chmurami w słońcu. Późna godzina i zbliżający się zachód słońca tylko dodały temu zjawisku uroku… Musiałam – po prostu musiałam – wdrapać się na Klimczok, żeby porobić zdjęcia.


Schodzić z Klimczoka zaczęłam już o zmroku; minęłam schronisko i skierowałam się na niebieski szlak. Włączyłam czołówkę i, żeby dodać sobie kurażu w tym samotnym powrocie po ciemku (oraz odstraszyć ewentualne zwierzęta), rozpoczęłam koncert utworów Kazika a cappella. Nie wiem, dlaczego akurat wkręciły mi się „Mars napada”, „12 groszy” i „Cztery pokoje”, ale przynajmniej bezpiecznie wróciłam do Bystrej.


Ten dzień przypomniał mi, że nawet na dobrze znanych trasach góry potrafią zaskoczyć – wystarczy trochę szczęście. Czasem wystarczy wyjść „tylko na rozruszanie”, zabrać aparat bez większego przekonania i pozwolić, by resztę roboty zrobiła pogoda, światło i chwila. I właśnie dla takich momentów warto wracać, nawet tam, gdzie wydaje się, że widziało się już wszystko.