czwartek, 24 sierpnia 2023

Wapienniki w Złotym Stoku

Dolnośląski Złoty Stok kojarzy się głównie z wydobyciem szlachetnego kruszcu, ale już mniej osób łączy go z wypalaniem wapna. Jeżdżąc do Kotliny Kłodzkiej często mijaliśmy potężne wapienniki, nigdy jednak nie poświęciliśmy im większej uwagi. Ostatnio, wracając już do domu, postanowiłam, że najwyższy czas poznać nowe oblicze najstarszego ośrodka górniczo-hutniczego w Polsce oraz jego związek z pałacem w Kamieńcu Ząbkowickim. 

Szacuje się, że najstarsze pracę wydobywcze prowadzono w Złotym Stoku już około 2000 lat p.n.e., inne ślady wydobycia datuje się na VII lub X wiek. Zakłada się, że w czasie 700 lat eksploatacji z miejscowych złóż pozyskano 16 ton czystego złota. Tradycje wapiennicze w Złotym Stoku mają znacznie krótszy, lecz również imponujący, XVI-wieczny rodowód. 

Szczyt produkcji osiągnięto w XIX wieku, kiedy wapienniki zakupiła Marianna Orańska, zlecając wypał wapna między innymi na potrzebę budowy swojego pałacu w Kamieńcu Ząbkowickim (swoją drogą, Marianna musiała być fantastyczną i bezkompromisową babką, a więcej o niej i jej pałacu przeczytacie TUTAJ). 

Po II wojnie światowej próbowano ponownie podjąć produkcję w piecach, jednak zakończyła się ona niepowodzeniem. W 1958 roku uruchomiono skutecznie eksploatację złoża i przerób kamienia wapiennego na grysy oraz mączkę dla budownictwa, jednak w latach 60. zaniechano dalszej działalności. 

Obecnie odrestaurowane piece wapienne są jedną z atrakcji Złotego Stoku. Doskonale widać je z drogi, ale warto się zatrzymać i zobaczyć je  z bliska. Mogą one być ciekawym uzupełnieniem "złotej" historii miasta. 

poniedziałek, 21 sierpnia 2023

Korona Gór Polski: Rudawiec i Kowadło na małych nogach

O Rudawcu i Kowadle - dwóch szczytach Korony Gór Polski pisałam już parę lat temu. Zastanawiałam się, czy jest sens wracać do tego tematu, ale uświadomiłam sobie, że zupełnie inaczej przeżywam wycieczkę górską w dorosłym gronie, a inaczej, gdy idę z córką. Mały człowiek pozwala spojrzeć na znane miejsca z zupełnie innej perspektywy. 

Rudawiec (Góry Bialskie) i Kowadło (Góry Złote) to dwa sudeckie szczyty Korony Gór Polski, które można bez problemu zdobyć jednego dnia, startując z Bielic. Niestety oznacza to, że dwa razy trzeba wysoko wejść i zejść, ale jeśli się ma choć trochę kondycji, to nie powinno to stanowić problemu. Same Bielice dziś są wioską na końcu świata, w której nie ma nawet zasięgu, ale przed II wojną światową była to popularna miejscowość turystyczna. Więcej o tej historii pisałam TUTAJ.

Tym razem na Rudawiec i Kowadło wybrałam się sama z moją niespełna czteroletnią Natalią. Byłyśmy już po dwóch dniach chodzenia po górach (Kłodzka Góra oraz Śnieżnik) i zastanawiałam się, czy nie będzie to dla niej trochę za dużo. Nic bardziej mylnego - Młoda wykazała się wielkim hartem ducha i chętnie ruszyła ze mną na szlak. Zaczęłyśmy od łatwiejszego szczytu, czyli Kowadła. Idzie się na nie zielonym szlakiem około 1 h, ale nam zajęło to więcej - bo tu kamyczek, tu korzenie, tu ktoś zagaduje. Pod samym szczytem na żółtym szlaku są kamienne stopnie, które sprawiły, że ostre podejście okazało się wspaniałą przygodą dla dziecka, a rosnące obok jagody dodawały supermocy. Natalka zdobyła Kowadło w 100% na własnych nogach!


Myślałam, że z Rudawcem pójdzie nam równie sprawnie, ale na zejściu do Bielic wydarzył nam się mały wypadek. No, nie taki mały - w końcu zdarte kolano to poważna sprawa. Na pomoc przyszło nosidło i supermatka. Mimo że tego nie planowałam, to całe ostre podejście na Rudawiec pokonałam z Natalią w nosidle. Wyobraźcie to sobie: na plecach dziecko ważące 17 kg, z przodu plecak, saszetka, z boku lustrzanka. Myślę, że 25 kg spokojnie się uzbierało. Cóż było zrobić - uznałam to za doskonały trening siłowy i ruszyłam. Gdy stromy stok zaczął się wypłaszczać, kolano przestało boleć, a przeciwbólowe jagody dodały motywacji. Do szczytu doszłyśmy już obie na nogach. 


Zejście tym samym szlakiem także zajęło nam sporo czasu - bo małe nogi i mały człowiek to zupełnie inny rodzaj wędrówki. Ale za to ile satysfakcji, gdy córka mówi, że lubi chodzić po górach! W takich momentach zwraca się cały trud wyjazdów z maluchem, całe to zmęczenie noszeniem. A ja cieszę się, gdy dzięki Natalii zauważam piękno kamyczków, kwiatków i szukam najbardziej dojrzałych jagód. To są takie małe rzeczy, których sama bym nie dostrzegła.

Korona Gór Polski: Kłodzka Góra nie do poznania

Górskie szlaki i szczyty też się zmieniają i to czasem bardzo! Zdobywaliśmy w ramach Korony Gór Polski Kłodzką Górę dwa razy w przeciągu sześciu lat i dosłownie nie poznaliśmy tego miejsca! Ma to swoje plusy - można powiedzieć, że odwiedziliśmy zupełnie nowe miejsce. Jakim cudem? Zaraz Wam wyjaśnię. 


Kłodzka Góra po raz pierwszy - 2017

Był początek czerwca, przyzwoita pogoda, a mnie zaczęło nosić. Dość mocno się nakręciłam wtedy na Koronę Gór Polski i zapragnęłam zdobyć kolejny szczyt w Sudetach, w które miałam blisko z Wrocławia. Dawid już wtedy dobrze wiedział, że z moimi podróżniczymi planami nawet nie ma co dyskutować, więc zamiast pospać w niedzielę, dał się rano zerwać z łóżka i pojechał ze mną pociągiem do Barda. W końcu mieliśmy tego dnia chodzić po Górach Bardzkich! Jest to miasto o średniowiecznym rodowodzie, przed które przebiegał ważny trakt handlowy łączący Wrocław z Pragą i Wiedniem. Tym razem jednak nie skupialiśmy się na historii, tylko ruszyliśmy na szlak.


Na Kłodzką Górę szliśmy niemal cały czas szlakiem niebieskim. Szybko zrozumieliśmy, że stosunkowo niewysokie Góry Bardzkie mogą czasem dać w kość. Podejścia były dość ostre, a w drodze na docelowy szczyt kilka razy musieliśmy podchodzić i schodzić, co w ciepły dzień może dać popalić. W dodatku szlaki są w większości zalesione, więc za wielu widoków się tu nie uświadczy. Pierwszym takim charakterystycznym miejscem była góra Kalwaria z drogą krzyżową, a drugim - Przełęcz Łaszczowa, która kiedyś miała znaczenie strategiczne - przebiegała tędy bowiem najstarsza granica polsko-czeska. Pamiętam też, że na przełęczy znalazłam... nóż. Poszłam w krzaczki oddać naturze nadmiar płynów, a wróciłam ze scyzorykiem. Mina Dawida była bezcenna, a nóż służy nam do dziś ;-)




Następnie czekało nas podejście na Ostrą Górę, która choć mierzy tylko 751 m n.p.m., to nazwę ma w 100% adekwatną do upierdliwości podejścia. W dodatku szlak chyba nie był zbyt uczęszczany, bo w pewnym momencie trzeba się było przeciskać przez krzaki. Za Ostrą Górą nie było już większych przygód, a nawet pojawiły się wreszcie jakieś widoki, ale na Kłodzką Górę trzeba jeszcze było dojść. Ostatni fragment do szczytu pokonaliśmy już szlakiem żółtym. 



Sama Kłodzka Góra była wówczas mało atrakcyjnym, zalesionym szczytem z tabliczką oraz pieczątką. Co ciekawe, najwyższym szczytem Gór Bardzkich jest nie Kłodzka, a pobliska Szeroka Góra (9 metrów różnicy), ale nie przebiega przez nią żaden szlak, więc do Korony Gór Polski zalicza się niższe wzniesienie. Zakończyć wędrówkę planowaliśmy w Kłodzku, więc kontynuowaliśmy wędrówkę żółtym szlakiem przez Jedlak i Obszerną. Oznaczało to jeszcze 9 kilometrów dość nudnego dreptania przez las, a na końcu - miasto. Widoki były rzadkością i, szczerze mówiąc, po tej wycieczce raczej nie polecilibyśmy nikomu Gór Bardzkich na nic więcej niż tylko zaliczenie szczytu do Korony.





Kłodzka Góra po raz drugi - 2023

Minęło sześć lat, w międzyczasie wzięliśmy ślub, kilka razy się przeprowadziliśmy oraz doczekaliśmy się córki. Jechaliśmy akurat na krótki urlop do Lądka-Zdroju, a że Koronę Gór Polski robimy po raz drugi, tyle że z dzieckiem, to postanowiliśmy wrócić na Kłodzką Górę. Wybraliśmy inną trasę - dużo krótszą i prawdopodobnie najłatwiejszą z możliwych. Zaparkowaliśmy samochód na Przełęczy Kłodzkiej, z której w około godzinę można dotrzeć na szczyt. Nam zajęło to nieco dłużej, bo Natalka chodzi sporo po górach na własnych nogach, co oznacza, że tempo mamy dość wolne. Ale za to ile satysfakcji!


Podejście niewiele się różniło od tego, czego doświadczyliśmy za pierwszym razem - ostre podejścia, kilka szczytów po drodze (góra, dół, góra, dół...) i wędrówka przez las. A że tym razem był to sierpień i czas upałów, to znowu nam ta Kłodzka Góra dała trochę popalić. Gdy w końcu dotarliśmy na szczyt, nie poznaliśmy tego miejsca. Na zalesionym wierzchołku wyrosła mierząca niemal 35 metrów wieża widokowa z czterema tarasami. Widoki z niej są przecudne i obejmują od Ślęży po Śnieżnik, ale jest jeden szkopuł. Konstrukcja się buja i to bardzo! Mimo lęku dałam radę wejść na trzeci taras, a Dawid z Natalią na najwyższy, na którym okazało się, że nawet mój nieustraszony dotychczas mąż ma lęk wysokości. Córka natomiast pozostała niewzruszona i zachwycała się nową wieżą.



Po przybiciu pieczątek i zrobieniu pamiątkowych zdjęć skierowaliśmy się w dół. Nie miałam ochoty wracać tym samym szlakiem, więc rozejrzałam się za alternatywą... Po wschodniej stronie zbocza znajduje się dość szeroka droga, która omija Jelenią Kopę i Grodzisko. Szło się lekko i przyjemnie. Z Podzameckiej Kopy już trzeba było zejść ostro w dół, ale mimo wszystko i tak powrót był dużo mniej uciążliwy niż podejście. Nawet się nie obejrzeliśmy, a już byliśmy z powrotem na parkingu.



Góry Bardzkie zdecydowanie nie skradły naszych serc ani za pierwszym, ani za drugim razem. Wśród malowniczych pasm Sudetów konkurencja jest tak duża, że one po prostu dla piechurów nie mają jak się obronić, choć przyznam, że wieża widokowa na Kłodzkiej znacznie dodaje im atrakcyjności. Warto jednak zaznaczyć, że w tym paśmie znajduje się dużo dróg rowerowych, więc jestem przekonana, że Góry Bardzkie też znajdą swoich miłośników. 



P.S. A na sam koniec dodam tylko, że jak skierujemy się z Przełęczy Kłodzkiej wąską drogą na południe w kierunku Trzebieszowic, to trafimy na takie prześliczne widoki: