sobota, 23 lipca 2022

Pałac w Przyszowicach - rezydencja rodziny von Raczeck

Przyszowice są wsią w powiecie gliwickim, która przez lata związana była z rodem von Raczeck. To właśnie oni wznieśli pod koniec XIX wieku eklektyczny pałac wraz z parkiem. Po latach zaniedbań pałac odzyskał część swojego blasku i dziś jest ozdobą okolicy. 

Pałac w Przyszowicach zbudowany został przez rodzinę von Raczeck (Raczek) w latach 1890-95. Budynek powstał prawdopodobnie w miejscu wcześniejszego założenia, jednak raczej nigdy nie poznamy pełnej historii Przyszowic, ponieważ większość dokumentów spłonęła w pożarze w XVII wieku. Pałac jest budowlą eklektyczną, zbudowaną na planie prostokąta, z wejściem od południowej strony. Po lewej i prawej stronie wejścia znajdują się pilastry nawiązujące do jońskiego porządku kolumn. Portal zwieńczony jest kartuszem herbowym, a budowla pokryta jest wielospadzistym dachem. Wieża obecnie pokryta jest dachem płaskim, jednak przez II wojną światową wieńczyła ją cebulasta kopuła. 



Raczkowie byli właścicielami Przyszowic do początków XX wieku, kiedy pałac przeszedł w posiadanie rodziny von Korn. Po II wojnie światowej dokonano nacjonalizacji i pałac oddano Spółdzielni Produkcyjnej „Promień”. W latach 90. właścicielem została gmina Gierałtowice. Obecnie mieści się tu kilka placówek: przychodnia lekarska, przedszkole, biblioteka, restauracja. Na początku XXI wieku przeprowadzono renowację elewacji, która przywróciła pałacowi dawny blask. Niestety oryginalne wnętrza zostały zniszczone i obecnie dominuje w nich "styl PRL". Wokół budynku znajduje się rozległy park.

Położone na uboczu turystycznych szlaków Przyszowice mogą pochwalić się pięknym pałacem oraz parkiem. Jest to jeden z przykładów śląskich pałaców, których wbrew pozorom na tym industrialnym obszarze jest całkiem sporo. Warto go zobaczyć na przykład przy okazji wycieczki do zamku w Chudowie.

czwartek, 21 lipca 2022

Korona Gór Polski. Turbacz w Gorcach - nasza szczęśliwa trzynastka

Na najwyższy szczyt Gorców - Turbacz mierzący 1310 m n.p.m. - dotarłam dokładnie o 13:10. Nie udałoby się to, gdybyśmy nie zboczyli na chwilę do najwyżej położonego obserwatorium astronomicznego w Polsce. Ani gdybyśmy nie zatrzymali się w miejscu katastrofy samolotu. Ani gdybym nie spędziła mnóstwa czasu, robiąc zdjęcia Tatrom i Babiej Górze. Może to sprzyjające gwiazdy, a może zwykły zbieg okoliczności, ale wiem na pewno, że trzynasty szczyt do Korony Gór Polski z dzieckiem zdobyliśmy z przytupem i zapamiętamy go na długo!

W tym roku wróciłam na jeden dzień w Gorce po dłuższej przerwie. Przed laty bywałam tu parokrotnie i za każdym razem to pasmo górskie urzekało mnie wspaniałymi widokami. Pierwszy raz Turbacz zdobyłam w 2014 r. Było to podczas dwudniowej zimowej wycieczki z Rabki-Zdroju z noclegiem w schronisku na Starych Wierchach. Czerwony szlak przez Maciejową jest niezwykle malowniczy, a Stare Wierchy słyną z pięknej panoramy na Tatry.


Drugiego dnia trasa była dłuższa, a mianowicie że Starych Wierchów czerwonym szlakiem na Turbacz i następnie w dół zielonym do Nowego Targu. Pamiętam z tej wycieczki głownie "lodospady" na szlaku - droga była ekstremalnie oblodzona i szło się ciężko - oraz męczące podejście na Turbacz przez śniegi. I Tatry. Tatry, w których już wówczas byłam zakochana i które wtedy były tak blisko, jakby na wyciągnięcie ręki, ale jednak daleko. 

Parę lat minęło, wiele się zmieniło i oto stanęłam ponownie przez wyzwaniem wejścia na Turbacz. Odkąd chodzę po górach z mężem i dzieckiem, jest dużo trudniej i dlatego zawsze szukam najłatwiejszych, ale wciąż ciekawych tras. Zaczęliśmy w Hucisku, w którym znajduje się spory parking (płatny). Zależało mi na zrobieniu pętli, więc zaczęliśmy wycieczkę od ułatwienia sobie życia i wjechaliśmy wyciągiem na Polanę Tobołów (960 m n.p.m.). Dzięki temu zaoszczędziliśmy sobie 300 metrów przewyższenia na podejściu i nie chcę nawet wiedzieć, ile czasu ;-) 


Już z okolic górnej stacji kolejki można podziwiać pierwsze widoki na masyw Turbacza, Dolinę Olszowego Potoku i Beskid Wyspowy. Zimą można tu pojeździć na nartach. My obraliśmy szlak zielony i po krótkim podejściu na moment z niego zboczyliśmy, aby podejść na szczyt Suchory (1000 m n.p.m.). Na górze znajduje się najwyżej położone obserwatorium astronomiczne w Polsce. Pierwsze obserwacje przeprowadzono tu w 1987 roku. W 1991 r. obiekt został włączony do ogólnoświatowej sieci obserwatoriów tworzących tzw. Teleskop Globalny. Na świecie jest ich 17, w tym dwa w Europie (drugi jest we Francji). Placówki te prowadzą w określonych terminach obserwacje tej samej gwiazdy. Są to gównie obiekty o dużej gęstości, tzw. białe karły.


Z obserwatorium zeszliśmy nieco w dół do Polany Suchory, by rozpocząć żmudne podejście na Obidowiec (1089 m n.p.m.). Była to chyba najmniej przyjemna część wędrówki, ale na szczęście szybko minęła i doszliśmy do czerwonego szlaku - tego samego, którym szłam zimą po razy pierwszy na Turbacz. Znaki pokazują, że na najwyższy szczyt Gorców idzie się 1 h 40 minut i tyle mniej więcej trzeba liczyć. Jest to długi spacer, ale za to bardzo przyjemny - idzie się dużo po płaskim, a później lekko pod górę. Co chwila wyłaniają się coraz piękniejsze widoki na Tatry. Po drodze mija się też miejsce katastrofy samolotu. 25 maja 1973 roku na zboczach Obidowca rozbił się samolot sanitarny Let L-200 Morava, który w trudnych warunkach atmosferycznych transportował chore dziecko. W katastrofie zginęła jego matka, a pilot doznał poważnego urazu kręgosłupa. Dziecko uniknęło większych obrażeń.


Ostatnie podejście na Turbacz daje nieco mocniej odczuć się w nogach, ale te widoki na Tatry, Beskid Wyspowy oraz Babią Górę są najlepszą motywacją. Turbacz od tamtego wyjazdu kojarzy mi się z moją szczęśliwą 13. Był to bowiem trzynasty szczyt zdobyty w ramach Korony Gór Polski z dzieckiem; mierzy on 1310 m n.p.m., a na jego szczycie stanęłam dokładnie o 13:10! Nie, nie planowałam tego ;-) Na górze znajdują się ławki oraz kamienny obelisk - obecnie pięknie odnowiony, ale pamiętam go jeszcze, jak był całkiem zniszczony. Nieco poniżej szczytu znajduje się schronisko, a schodząc do niego można podziwiać widoki między innymi na Gorce i Jezioro Czorsztyńskie.



W schronisku zrobiliśmy sobie krótką przerwę i zaczęliśmy kierować się do zejścia. Przed budynkiem znajduje się największy w Gorcach węzeł szlaków turystycznych, więc warto mieć się na baczności, aby nie pomylić drogi. Schodziliśmy niebieskim szlakiem przez Halę Turbacz i Czoło Turbacza (1258 m n.p.m.). Jest ono jedną z najwyższych kumulacji w okolicy, w większości porasta je las za wyjątkiem dwóch polan. Od południowej strony na szczycie Czoła Turbacza występuje skała zwana Diabelskim Kamieniem o wysokości ok. 1,7 m i długości 5 m. Rozległe widoki obejmują między innymi Pasmo Babiogórskie, Beskid Wyspowy oraz pobliskie szczyty Gorców: Kudłoń, Mostownicę, Polanę Wzorową i wznoszącą się powyżej niej Jaworzynę Kamienicką, a także Halę Długą.


Ostatnia, mało atrakcyjna i dość żmudna, część wycieczki to zejście niebieskim szlakiem do Huciska. Idzie się cały czas jednostajnie w dół przez las. Walorem tego szlaku jest przyroda, znajdujemy się bowiem na terenie dawnego rezerwatu "Turbacz" im. Władysława Orkana. Powstał w 1927 roku w prywatnych dobrach hr. Włodzickich, a po powojennym upaństwowieniu ponownie go utworzono w 1964 r. Obecnie cały jego obszar leży w granicach Gorczańskiego Parku Narodowego. Naturalny drzewostan rezerwatu jest w minimalnym tylko stopniu przekształcony przez człowieka i podlega ścisłej ochronie. Po drodze minęliśmy kilka odgałęzień ścieżek edukacyjnych - można stąd dość np. na Turbaczyk (1059 m n.p.m.), lecz my już skierowaliśmy się do auta.


Kiedyś na jakimś forum ktoś zadał pytanie o to, który szlak na Turbacz jest najpiękniejszy i wywiązała się z tego burzliwa dyskusja. Wynikło z niej w zasadzie tylko tyle, że każdy z nich ma w sobie coś wyjątkowego. Nie mogę się nie zgodzić i choć na najwyższym szczycie Gorców byłam zaledwie dwa razy, to każda z obranych dróg miała w sobie coś, co sprawia, że wiem, że chętnie poznam kolejne szlaki.

środa, 20 lipca 2022

Zamek Lenno we Wleniu. Najstarszy murowany zamek na Śląsku

Położony na Pogórzu Izerskim zamek Lenno we Wleniu uchodzi za jedną z najstarszych warowni w Polsce i najstarszą na Śląsku. Jeśli ciekawa historia to dla Was nie wszystko, to jestem pewna, że zachwyci Was widok z zamkowej wieży, z której podziwiać można pasmo Karkonoszy, Góry Kaczawskie oraz Izerskie. To miejsce po prostu trzeba odwiedzić!

Lenno, Lehnhaus, Wleński Gródek - każda z tych nazw odnosi się do zamku górującego nad miejscowością Wleń na Dolnym Śląsku. Już w X wieku istniał w tym miejscu drewniano-ziemny gród, podniesiony w 1108 roku do rangi kasztelanii. Około 1160 r. książę Bolesław Wysoki rozpoczął wznoszenie tzw. "domu romańskiego", czyli pierwszej murowanej budowli zamkowej. Uważana jest ona za najstarszy świecki budynek na Śląsku i jedno z najstarszych założeń zamkowych w Polsce. W tamtym czasie wzniesiono także mur obronny. W XIII wieku zamek został rozbudowany między innymi o wieżę obronną i kaplicę, a wiek później powstała wieża mieszkalna. 

Kolejne lata przyniosły dalszy rozwój warowni i zagęszczenie jego zabudowy. W XV wieku umocniono tzw. zamek średni. W 1428 r. Wleń był bezskutecznie oblegany przez husytów; nieco bardziej burzliwa okazała się dla niego wojna trzydziestoletnia. Szwedzi warownię kilkukrotnie zdobywali i byli z niej przepędzani przez wojska cesarskie. Po ostatecznym odbiciu Wlenia 7 września 1646 r., cesarski generał Montecucoli nakazał wysadzić zamek w powietrze, aby nigdy już nie był punktem oporu. Od tego czasu twierdza pozostaje w ruinie.

Po wojnie nowym właścicielem zamku został pułkownik króla Francji Ludwika XIII Adam von Kaulhaus, jednak nie zdecydował się on na odbudowę ruiny. Zamiast tego zbudował nieco niżej pałac, w którym zamieszkał. Od roku 1804 do końca II wojny światowej oba obiekty pozostawały w rękach rodziny von Haugwitz. Obecnie w pałacu działa hotel, a zamek w formie ruiny udostępniony jest do zwiedzania. Z jego wieży podziwiać  można podziwiać pasmo Karkonoszy oraz panoramę Gór Kaczawskich i Pogórza Izerskiego. Zobaczcie zresztą sami.


Wleń leży w bliskim sąsiedztwie Doliny Bobru, która obfituje w atrakcje, takie jak wieża w Siedlęcinie, gościniec Perła Zachodu czy zapora w Pilchowicach. Nie można go pominąć podczas wędrówki po okolicy,  a wspaniałe widoki z wieży są jego największym atutem. To prawdziwa gratka nie tylko dla miłośników zamków. 

piątek, 15 lipca 2022

Zapora w Pilchowicach. 110 lat historii

Zapory wodne są charakterystycznym elementem krajobrazu Dolnego Śląska i zarazem jego cennym zabytkiem hydrotechnicznym. Ich historia sięga końca XIX wieku, kiedy to przez rejon przeszły katastrofalne w skutkach powodzie. Po tragedii zadecydowano o uregulowaniu rzek, które mogły stanowić zagrożenie i w ten sposób powstały używane do dziś monumentalne zapory. Ta znajdująca się w Pilchowicach jest największą z nich i zarazem drugą największą w Polsce.


Zapora wodna w Pilchowicach w tym roku obchodzi okrągłą, 110 rocznicę otwarcia.  Wielkością w Polsce przewyższa ją tylko zapora w Solinie (okolice Bieszczad), która powstała w latach 60. XX wieku. Dolnośląska tama na rzece Bóbr została zbudowana w latach 1902-1912. Zaporę wzniesiono w latach w ramach jednej inwestycji z (od paru lat nieczynną) Koleją Doliny Bobru (linia Jelenia Góra-Żagań), która miała ułatwiać transport materiału budowlanego, a później umożliwić rozwój turystyki w tym miejscu. Nad powstałym Jeziorem Pilchowickim poprowadzono most kolejowy, o którym zrobiło się głośno, gdy planowano go wysadzić w ramach kręcenia filmu Mission Impossible. Na szczęście do dewastacji nie doszło, co daje nadzieję na możliwość rewitalizacji linii kolejowej w przyszłości.

Zapora jest wysoka na 62 metry, a jej długość w koronie wynosi 290 metrów; w stopie - 140 m. Grubość jej muru u podstawy to 50 metrów, a w koronie - 7 metrów. W chwili oddania do użytku była największą zaporą kamienno-betonową w Europie. Dziś zresztą też robi ogromne wrażenie i warto zobaczyć ją na żywo. Przy zaporze zbudowano elektrownię wodną. Otwarcie w 1912 roku odbyło się z wielką pompą, a do Pilchowic przyjechał sam cesarz Wilhelm II. Dzięki inwestycji udało się uniknąć wielu zniszczeń, a powodzie zdarzyły się tylko w 1915, 1926, 1930, 1938, 1958 i 1997 r. Obecnie zapora pełni funkcje nie tylko ochronne, ale też energetyczne i turystyczne.

Pilchowicka zapora jest jednym z najpiękniejszych miejsc Doliny Bobru i całego Dolnego Śląska. Jej ogrom robi wrażenie, a Jezioro Pilchowickie wspaniale wpisuje się w krajobraz okolicy. Patrząc na tę wspaniałą konstrukcję ciężko uwierzyć, że ma ona już ponad 110 lat. Koniecznie wybierzcie się tam, będąc w okolicy. O innych zaporach Dolnego Śląska przeczytacie TUTAJ.